Porównałam ostatnio Wielkie Arkana Tarot of the Origins z Tarot of the Secret Forest, opartym z grubsza na wzorcu Rider-Waite (niestety Secret Forest nie ma na Tarotece, więc nie podlinkuję). Uderzyło mnie przy tym, że obrazy przedstawione w Tarocie Praźródeł są zwykle zdrowsze i pozytywniejsze psychicznie.

Czytaj dalej »

Dziś na tapecie licencja użytkownika Windows XP Home edition przetłumaczona z prawniczego na ludzkie (po angielsku). Warto przeczytać, żeby dowiedzieć się, co Microsoft może ci zrobić i jakie są twoje prawa (zgodnie z tym co tam pisze – „Przysługują ci tylko te prawa, które wymienione zostały w licencji”.)

24 Czerwiec, 2008 | Komentarze (0)

You see the full moon float,
you watch the red sun rise
We take these things for granted,
but somewhere someone’s dying

– Iron Maiden, „Childhood’s End”

RPG Hall of Fame

W konkursie udział biorą podręczniki podstawowe systemów: Kryształy Czasu, Warhammer, systemy World of Darkness 2ed (Wampir, Wilkołak, Mag, Changeling, Wraith), 7th Sea, Neuroshima, Deadlands, Zew Cthulhu, Nephilim, Dzikie Pola, Earthdawn, Cyberpunk 2020, Poza Czasem oraz De Profundis (które w zasadzie nie powinno znajdować się w tym towarzystwie, bo jest zupełnie innym rodzajem systemu – jeden oryginalny pomysł opisany na 20 kartkach – ale nie mogłam się powstrzymać). Uwaga: przyznawanie nagród całkowicie subiektywne.

Czytaj dalej »

Taki tytuł nosi książeczka którą dostaliśmy kupując Żakowi sandały. Sprzedawczyni zauważyła, że mówimy inaczej, więc spytała się, jak nam się na wakacjach podoba. Kiedy usłyszała, że my tutaj pracujemy, wyciągnęła całkiem sporą książeczkę i spytała, czy już taką mamy. No więc nie, nie mamy. No to proszę! Wzięłam chętnie, mając nadzieję na porządny spis telefonów alarmowych, stron lokalnej administracji i tak dalej. Nie zawiodłam się.

„Witamy w Kornwalii – Informacje dla pracowników z zagranicy” to bardzo porządna książeczka: ma 135 stron, papier kredowy i kolorowy druk. Informacje podano w czterech językach – po angielsku, polsku, chyba portugalsku i chyba rosyjsku. Wszystko czytelnie ułożone i bardzo pomocne (można między innymi poczytać o prawie angielskim dotyczącym zamieszkania, zatrudnienia, opieki zdrowotnej, szkolnictwa i tak dalej). Jest też rozdział „Wyznanie i religia”. Naturalnie od razu do niego zajrzałam.

Weźcie pod uwagę, że Kornwalia to takie angielskie Mazury – jeden z najbiedniejszych regionów UK, żyjący głównie z turystów. Rozdział o religiach zawiera jednak pełen wybór kontaktów. Różne kościoły chrześcijańskie, od anglikanów, przez katolików i rosyjskich ortodoksów po Świadków Jehowy. Muzułmanie, Bahaici, hinduiści, buddyści zwykli i Zen.

A oprócz tego – uwaga – poganie.

Książeczka kontaktowo-informacyjna, wydana przez Cornwall College i sygnowana przez Radę Okręgową Kornwalii, Government Office for the South West i tak dalej – niemalże oficjalna rządowa publikacja – zawiera informacje kontaktowe do pogan.

Kontaktem tym jest pani Cassandra Latham, lokalna wiedźma (jak się tytułuje: wioskowa mądra kobieta). Żeby było jasne – kontakt w książeczce nie jest kryptoreklamą, ponieważ znajduje się tam tylko jej email (stronę sama znalazłam już dawno temu). Jak można przeczytać na jej stronie, pani Latham czarownicą jest pełnoetatowo, a zajmuje się między innymi przeprowadzaniem ślubów, błogosławieństw dzieci i nabożeństw pogrzebowych, ale też oczyszczaniem domów, egzorcyzmami, rzucaniem zaklęć i zdejmowaniem klątw, usuwaniem brodawek, wróżeniem z kart Tarota i uzdrawianiem.

I nikt na nią nie poluje.

Uff… powoli dochodzę do siebie.

Swoją drogą, kiedy pani sprzedawczyni usłyszała, że jesteśmy z Polski, zaprosiła nas (nienachalnie!!) na nabożeństwo do swojego kościoła (katolickiego). Na informację że katolikami nie jesteśmy, uśmiechnęła się i powiedziała: „that’s ok”. Ona zaprasza, możemy przyjść i posłuchać, a po nabożeństwie będzie herbatka. Drugą atrakcją wieczoru, jeśli dobrze zrozumiałam, ma być kot. Zastanawiam się, czyby się nie wybrać z ciekawości religioznawczej, bo chciałabym zobaczyć, czy i jak obrządek katolików angielskich różni się od polskiego. Kościół w każdym razie jest o wiele skromniejszy, co może wynikać albo z tego, że są jednak mniejszością wyznaniową, albo z tego, że są mimo wszystko przyzwyczajeni do surowego protestanckiego wystroju wnętrz.

Tylko perspektywa herbatki w gronie starszych pań troszkę mnie przeraża, mimo że opanowałam już nieco sztukę uprzejmej i obszernej rozmowy o pogodzie wczorajszej, dzisiejszej i za tydzień.

Magia a grawitacja

Kolejny cytat z Pratchetta-albo-i-nie (książka ma dwóch autorów):

W Świecie Dysku nie ma pojęcia czarnej i białej magii. Istnieje po prostu magia, w dowolnej formie, którą użytkownik może wykorzystać w taki sposób, jaki mu się spodoba. Pomysł, że istnieje dowolny typ magii który jest sam z siebie dobry lub zły ma dla czarodzieja Świata Dysku taki sens jak istnienie dobrej i złej grawitacji. (Oczywiście, z subiektywnego punktu widzenia rzecz taka jak dobra i zła grawitacja istnieje; grawitacja która rozbija samoloty jest zdecydowanie odmiennego rodzaju niż grawitacja, dzięki której wszystko nie odlatuje w przestrzeń kosmiczną.)

— „The Discworld Companion”, Terry Pratchett and Stephen Briggs, tłumaczenie moje.

Dalej czytam „The Living Goddesses” Gimbutas i po tej lekturze mam coraz silniejsze wrażenie, że wiemy więcej niż nam się wydaje (lub niż nam próbują wmówić).

No bo tak: standardowy wywód na temat dawnych społeczeństw to fotografie malowideł naskalnych przedstawiających zwierzęta plus posążek Wenus z Willendorfu czy reliefy naskalne z Laussel połączone z opowieścią o Rogatym Bogu polowania, szamanach i kulcie życiodajnej Bogini Księżyca w matriarchalnych społeczeństwach. W bardziej rozwiniętej wersji kładącej nacisk na matriarchat może się jeszcze na przykład trafić Çatal Hüyük.

Gimbutas o malowidłach naskalnych nic jeszcze nie pisała (na oko zajmuje się raczej neolitem niż epokami wcześniejszymi; muszę potem jeszcze raz przejść przez książkę z notesikiem i zrobić jakiś ładny diagramik czasowo-przestrzenny). Nie napisała też nic, co mogłoby mnie przekonać, że faktycznie czczono boginię związaną z Księżycem. O ile pamiętam nie starała się nawet tego udowodnić. Pokazała za to, że istniała zadziwiająca różnorodność przedstawień bogini/bogiń, choćby tych związanych z symboliką zwierzęcą: między innymi ptaki, szczególnie drapieżne, ryby, jeże, węże oraz byki (głowy bycze identyfikowano graficznie z kobiecym układem rozrodczym jakby się ktoś zastanawiał, żaden tam Rogaty Bóg). Oprócz tego mamy kobiece postaci tłuste, ciężarne, symboliczne (tylko trójkąt łonowy, tylko piersi, tylko oczy), „sztywne białe boginie” znajdowane w grobach i tak dalej. Gimbutas pisze czasem „the goddess” albo wspomina o „roli pierwiastka żeńskiego w religii Dawnych Europejczyków”, co faktycznie może dać podstawę interpretacji że to wszystko jedna bogini. Niemniej jednak jest tych przedstawień multum i wcale nie są takie jednorodne! Całkiem możliwe, że czczono wtedy wiele bogiń o różnych atrybutach.

Ba, nie tylko posążki i malowidła przetrwały. Mamy też całkiem sporo resztek wykopanych świątyń (a także małych modeli świątyń!) oraz… pismo. Nierozszyfrowane jeszcze co prawda. Jego znaki powtarzają się później w kreteńskim piśmie linearnym A oraz jednej z wczesnych odmian pisma na Cyprze. (O ile dobrze pamiętam, Gimbutas pisze dalej, że na odizolowanym Cyprze przez jakiś czas używano alfabetu greckiego do zapisu dwóch języków, z których jeden nie miał korzeni indoeuropejskich, co potwierdzać ma jej tezę o najeździe i rugowaniu dawnych kultur, a także wskazywać na pewien okres istnienia dwóch ludów obok siebie).

O świątyniach dopiero zaczęłam czytać. Gimbutas twierdzi, że przez bardzo długi czas naukowcy uważali świątynie za dziwne domy (patrz opis zbudowanych na bazie trójkąta równobocznego „domów” z ołtarzami ze stanowiska Lepenski Vir), bo miały w sobie rzeczy codziennego użytku. Tymczasem na odwrót – pewne czynności (a konkretnie tkactwo, garncarstwo/wyrób ceramiki oraz wypiek chleba) obecnie związane z życiem codziennym były wtedy sakralne. Stwierdzić to można po modelach świątyń zawierających stanowiska piekarskie i kobiety wyrabiające chleb, albo też po pozostałościach dwupiętrowej świątyni, która na parterze miała warsztat wyrobu ceramiki, a dopiero na górze właściwą część świątynną.

Obrazki z orkami

Lubię orki. Nawet bardzo. Jednego wieczora coś mnie naszło i postanowiłam zrobić przegląd fajnych obrazków z orkami na serwisie deviantart:

Orki mniej lub bardziej SD

A tutaj deser i najlepsza część galerii: orczyce Ursuli Vernon, które zasługują na własną kategorię. Styl wykonania: Art Nouveau. Warto przeczytać również historyjki w podpisach.

..bywa ciekawy. Na przykład po raz pierwszy widzę papier reklamowany małym dzieckiem w garniturku. Trochę spadłam na ten widok z wychodka myśląc, że nie dość im, że od małego wysyłają do szkoły w mundurku, to jeszcze na reklamie muszą. Dziecko okazało się być „lekarzem medycyny” reklamującym mmmięciutki papier Velvet, ale piorunujące wrażenie zostało.

Dzisiaj z kolei nabyłam papier pod tytułem „Passé” i zastanawiam się, co skłoniło twórców marki do wybrania takiej nazwy. Kilka pomysłów:

  • Przesłodzone kociątka (takie jak na opakowaniu papieru) są passé.
  • Papier jest recyklingowany.
  • A może po prostu: po tym jak go już użyjesz, będzie już zdecydowanie passé…

Macie jakieś inne?

Mimo że do pracy mam tylko niezbyt długi spacer piechotą, wczoraj ledwo doszłam – lało wrednymi, poziomo zacinającymi kroplami, tnącymi twarz jak kawałki lodu, a wiało tak, że trudno było ustać na nogach. Schłam po tej wyprawie cały dzień, marudnie klepiąc przy okazji kod i marząc o ciepłym łóżku. Radio informowało tymczasem, że największe tej zimy sztormy objęły całą Wielką Brytanię, a St. Ives zabezpieczają przed powodzią workami z piaskiem (nie wiem tylko gdzie oni te worki układali, skoro tam niektóre domy stoją tuż przy plaży.) W drodze do domu już nie padało, więc nie odpuściliśmy sobie oczywiście i poszliśmy obejrzeć fale w porcie (były duże i bure). Na plażę już się nie wybraliśmy, bo nawet w porcie (czyli w osłoniętej zatoce) wiatr prawie człowieka wywracał. A w domu było zimno jak w psiarni i prądu nie było. Całą ulicę wyciemniło (nie tylko u nas zresztą). Sieci oczywiście też brak. Nawet się nie miałam jak na blogu pofrustrować! Na szczęście w nocy prąd włączono ponownie. Chwali im się, bałam się, że na ekipę naprawczą trzeba będzie czekać do następnego dnia.

« Późniejsze wpisy § Wcześniejsze wpisy »