Więcej o likwidacji parku

Mieszkańcy protestują przeciwko wycięciu zieleni. (Do podlinkowanego artykułu dołączone zdjęcie obrazujące co zostanie przekopane. Osobiście wolałabym raczej jakiś rzut z góry, ale trudno). Wiceprezydent się podśmiewa: Niestety, tak to już jest, że mieszkańcy boją się prawie każdej dużej inwestycji. Tak, tak, nie ma to jak ośmieszyć ludzi, którzy, wicie rozumicie, sami nie wiedzą co dla nich najlepsze. Ale nie bójcie się. Ekspert Z Eksperckiej Firmy wyjaśni wam, drogie owieczki, że tak naprawdę to dla waszego dobra, bo:

Jeśli miasto chce oddać ten teren prywatnemu inwestorowi, by zbudował parking, a potem, zanim odda go miastu, przez ileś lat na nim zarabiał, będzie musiało zagwarantować mu klientów. Teraz w tej okolicy można parkować za darmo. Trzeba zatem ograniczyć liczbę miejsc do parkowania, by zmusić kierowców do wjechania pod ziemię. Takie rozwiązanie będzie przy okazji korzystne dla mieszkańców. Bez tego do parkingu [nie] spłynie nadmiar aut i nie będzie on pełen, a sytuacja komunikacyjna w okolicy się nie zmieni.

(Uwaga, w powyższym cytacie dodałam [nie], bo chyba ktoś je zjadł, a bez tego słowa całe zdanie nie ma sensu.)

Na dobrą sprawę pan ekspert proponuje, żeby po prostu rozszerzyć strefy ORAZ jeszcze przy okazji dać zagranicznej firmie na tym zarobić przez dość długi okres czasu. (Nie żebym coś miała przeciwko zagranicznym firmom w ogóle, ale akurat w tym przypadku możemy być pewni, że będą z ludzi ściągać skórę, bo sami tam przecież nie parkują, patrz TPSa.) A mieszkańcy i pracownicy, którym zniszczy się miejsce odpoczynku i każe się płacić za parkowanie – do tej pory darmowe – mają uwierzyć, że to dla ich dobra. Jassne. Aha, a kierowców należy zmusić, czyli że ceny nie będą raczej sensowne. Powiedzcie mi, kto tu komu i ile dał w łapę?

Dla niewtajemniczonych dodatkowe wyjaśnienie: Kraków dzieli się na strefy rozłożone okręgami wokół Rynku Głównego. Parkując w strefie C trzeba płacić, kupując karty godzinne. Dlatego wielu ludzi kombinuje z parkuje poza strefami, ale jak najbliżej centrum. Na przykład przy Placu Inwalidów.

Zlikwidują park?

Naprzeciwko AGH, przy Placu Inwalidow mamy Park Krakowski. W nocy średnio bezpieczny, ale w dzień ładny i sprzyjający odpoczynkowi. I może zostać zlikwidowany. Bo, wicie rozumicie, trzeba tam postawić płatny parking podziemny.

Komentarze archiwalne

Blah, bo w mieście mamy za dużo parków >_< U nas też zlikwidowali parczek, żeby postawić Lidla, co było monstrualnym idiotyzmem i wszyscy przeciwko temu protestowali. Wzięliby i wyburzyli jakieś slumsy, bo jest mnóstwo ruder, które służą tylko wylęgarni zarazków i oszpeceniu krajobrazu. Ale to kosztuje, a ścięcie parku proste jest. :/ — Ailinon (26 styczeń 2007)

Polacy to analfabeci

Zwiazek Nauczycielstwa Polskiego przedrukowuje artykuł Elizy Michalik pt. Pomysły Giertycha są jak leczenie raka aspiryną. Pod rozwagę kilka cytatów:

(…)co dziesiąty polski 15-latek to funkcjonalny analfabeta. Dużo więcej – bo od 60 do 80 proc. dorosłych ludzi nie rozumie czytanego bądź mówionego tekstu, takiego jak instrukcja obsługi, rozkład jazdy czy telewizyjny program publicystyczny. Z danych OECD i UNESCO wynika, że 81 proc. Polaków nie potrafi formułować krótkich komunikatów, 68 proc. nie rozumie wewnętrznych zarządzeń i poleceń służbowych, 93 proc. nie umie korzystać z nowych technik bankowych, a 95 proc. – choć wydawałoby się, że jest coraz lepiej – ma kłopoty z korzystaniem z komputera i internetu!

(…) Prywatne pozarządowe organizacje alarmują: Polacy nie potrafią i nie lubią przyswajać nowych informacji, korzystać z nowinek technologicznych, dokształcać się, pracować w grupie, czytają najwyżej jedną książkę na rok, niechętnie się przekwalifikowują i łatwo zniechęcają. Alarmują też, że funkcjonalny analfabetyzm Polaków przekłada się na słabość państwa. Obywatel analfabeta nie potrafi korzystać ze swoich praw obywatelskich, a jego obywatelska świadomość ogranicza się do wiedzy o tym, w którym miejscu karty do głosowania trzeba postawić krzyżyk.

Wnuczka ostatniej skazanej czarownicy żąda uniewinnienia

W 1944 roku medium Helen Duncan została aresztowana i skazana na dziewięć miesięcy więzienia na podstawie angielskiego prawa przeciwko czarownicom. Czemu? Opowiedziała rodzicom zaginionego marynarza, że utonął on na statku, na którym służył. Zaginięcie tego statku ukrywano, aby morale nie spadło… Duncan naraziła się władzom wojskowym. Trafiła za to za kratki. Wyrok ten zmobilizował angielskich zwolenników spirytualizmu do lobbowania przeciw przestarzałemu prawu. Parę lat później je zniesiono. Duncan była ostatnią jego ofiarą.

A teraz Mary Martin, wnuczka Helen Duncan, żąda jej uniewinnienia.

Deja vu

Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że sieć się powtarza. Szczególnie strony i fora neopogańskie i mag(y)iczne. A dzisiaj uświadomiłam sobie, czemu. Otóż…

Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:
„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny”.

Europa powinna edukować?

Dzisiaj z Onetu (09.12.2007 – Onet zlikwidował artykuł, ale kopia została zachowana między innymi na portalu Islam w Polsce) dowiedziałam się, że Europa powinna edukować swoich imamów. Pozwólcie, że przedstawię wam nieco przerobioną wersję tego tekstu… (Minister został ministrem X, bo nie chciałam sugerować wkładania mu słów w usta.)

Przewodniczące Unii Europejskiej Niemcy zaproponowały aby Unia edukowała polskich księży w celu poprawy integracji Polaków w Europie, dzięki której można uniknąć przyszłych konfliktów oraz rozwoju terroru ślepego nacjonalizmu wyznaniowego.

Minister X powiedział w Berlinie dziennikarzom, iż podczas przewodnictwa Niemiec wraz z Komisją Europejską będzie wspierał inicjatywy zachęcające do edukacji polskich duchownych katolickich, dzięki której mogą oni być pomocni w integracji polskiej społeczności w Unii, a nie przyczyniać się do jej izolacji.

X zaznaczył, że „Unia nie powinna być przy tym arogancka, lecz pomocna”, Podkreślił także zagrożenia płynące z izolacji polskiej społeczności, która prowadzi do jej separacji od społeczeństwa Europejskiego. „Rozumiemy, że Polska jest częścią naszej wspólnoty, ale jednocześnie musi ona zrozumieć i zaakceptować prawa i obowiązki z tego wynikające” – powiedział dziennikarzom X.

Podkreślił, że chodzi mu między innymi o równouprawnienie kobiet, które jest uniwersalnym prawem zapisanym w Karcie Narodów Zjednoczonych – a nie tylko europejskim wymysłem.

No i co, czyż nie ma tyle samo sensu co oryginalna wypowiedź?

Antyaborcyjna poprawka do konstytucji – opinia prawnika

W artykule pt. Antyaborcyjne propozycje LPR: z politycznego wyrachowania, wbrew zdrowemu rozsądkowi (09.12.2007 – zmieniłam link na nowy, prowadzący do RTFa przechowywanego na stronie Federy, bo Rzeczpospolita niestety wyczyściła archiwum) wypowiada swoje zdanie na ten temat Władysław Mącior, emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i wiceprzewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego.

Pierwszych wrażeń o Feri ciąg dalszy

Po przeczytaniu początku książki w dalszym ciągu mam mieszane uczucia. Dobre wieści są takie, że autorka rzeczywiście ma sporą wiedzę. Zdaje sobie ona też sprawę zarówno z unikalności Feri jako tradycji Czarostwa, jak i z tego, że samo Feri ma wiele nurtów, w zależności od nauczycieli. O obydwu tych rzeczach mówi jasno i wyraźnie, odróżniając Feri od Wicca, a także od ogólnego czarostwa. Dla mnie to była wielka ulga. Dzięki temu „Ewolucja czarów” w połączeniu z „Zostań Boginią” może dać całkiem niezłe zorientowanie w Feri; jakby dodali jeszcze książki Andersonów (Victor i Cora, założyciele tradycji) to byłabym już całkiem szczęśliwa.

Są też i wady. Recenzje z sieci miały przynajmniej w jednym rację: pani Coyle, niestety, ględzi. Jeśli chodzi o jakość prozy, znajduje się przy dolnej, a nie górnej granicy – takie autorki jak Starhawk, Vivianne Crowley czy Phyllis Curott biją ją na głowę, a nawet i Cunningham chyba lepiej pisze. Drugim minusem jest to, że „Ewolucja czarów” nie nadaje się na pierwszą lekturę dla osób początkujących w kulturze ezoterycznej. Autorka uważa najwyraźniej pewne pojęcia za tak oczywiste, że nie fatyguje się wyjaśniać, co przez nie ma na myśli. Pierwsze opisane w książce ćwiczenie, na przykład, każe czytelnikowi wyobrazić sobie aurę (i zrobić z nią parę rzeczy), ale nigdzie wcześniej nie wspomniano, co to takiego.

No i wreszcie jedna rzecz, która mnie zabiła. Pozwólcie, że zacytuję.

(..) kiedy zaczęłam głębiej angażować się w Sztukę i tradycję, przechodząc inicjację w Reclaiming, podczas której przyjęłam swe obecne imię, zaczęłam czuć, że czegoś mi brakuje. Potrzebowałam jeszcze głębszego zaangażowania w praktykę duchową i intensywną pracę nad sobą niż znalazłam w anarchistycznej społeczności Reclaiming. Idea dzielenia się mocą była cenna i rewolucyjna, ale czułam, że moc trzeba czerpać z głębszego poziomu. Nie możemy dzielić się czymś, czego naprawdę nie posiadamy, a samo mówienie, że to mamy, nie sprawi, że tak się stanie. Nie porzuciłam Reclaiming, ale zaczęłam szukać.

(..) Pięć lat po inicjacji w Feri i po wielu latach nauczania w duchu Reclaiming, poczułam, że jestem gotowa, by zacząć nauczać Feri. Wreszcie dysponowałam czymś istotnym, czym mogłam się podzielić.

Na miejscu jej byłych uczniów z Reclaiming bym ją znalazła i udusiła. Nauczyciel, który uczy czegoś, co uważa za bezwartościowe, nieistotne, nieposiadające mocy, to oszust. Zresztą na miejscu kogokolwiek z tej tradycji (czy też raczej kolektywu, jak sami siebie nazywają) bym ją udusiła. Thorn Coyle opowiada w tym wstępie o uczeniu się od Sufich, katolików i Feri, ale o nikim nie wspomina z taką pogardą i protekcjonalnością, jak o Reclaimingu, swoich pierwszych nauczycielach.

A, swoją drogą, z pierwszym podkreślonym kawałkiem się zgadzam: wmawianie sobie, że się posiada moc, nie powoduje, że tą moc uzyskamy.

Komentarza archiwalne

A ja bym jej trochę broniła. Nie wiem, czy tam są podane jakieś szczegóły, ale generalnie wszystko zależy od tego, w jaki sposób i czego dokładnie się uczy. Wiadomo, że przekazuje się różne rzeczy osobom na różnych poziomach. Być może oddano jej pod opiekę osoby mocno początkujące, dla których mniejsze znaczenie miało to, co zraziło ich nauczycielkę do Reclaimingu. Tego można dobrze nauczyć nawet mając wątpliwości.

Oczywiście, nie zmienia to faktu, że na jej miejscu na pewno nie pisałabym o tym wszystkim w książce, bo może to być odebrane, delikatnie mówiąc, dwuznacznie. Można zmienić zdanie, ale należy pozostać lojalnym.

— Morven (27 grudzień 2006)

Feri mają pecha

Dzisiaj udało mi się dorwać „Ewolucję czarów” Thorn Coyle. Feri mają pecha do tłumaczeń. Po pierwsze tytuł tak naprawdę brzmi „Ewolucyjne czarownictwo” („Evolutionary Witchcraft”), ale mniejsza już z tym. Po otwarciu książki i przejrzeniu paru stron zobaczyłam, że tłumacz (?) miał problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Oh well. Jest przynajmniej nadzieja, że tłumaczył to człowiek, bo wygląda na bardziej zrozumiałe od „Zostań Boginią”. Dalsze wrażenia – jak skończę.

Blessed be all in hearth and hold, blessed in all worth more than gold

Siedziałam sobie dzisiaj czekając na wschód Słońca i tłukł mi się uparcie i upierdliwie po głowie fragment wiersza. Na początku nie mogłam go zidentyfikować. Potem zaczęło mi się wydawać, że widziałam go w „Liber Umbrarum”. No i owszem. O, proszę:

Blessed be all in hearth and hold,
Blessed in all worth more than gold.
Blessed be in strength and love,
Blessed be wher’er we rove.