W okolicach Dnia Zmarłych wspomina się zwykle o wspominaniu lub czczeniu przodków. Zakłada się zwykle, że przodkowie ci byli mądrymi nauczycielami lub towarzyszami, których brakuje nam w życiu. Ale… Co jesli nasze życie jest zaprzeczeniem tego, co robili nasi przodkowie? Jeśli metaforycznie przewracają się oni w grobach w związku z naszym postępowaniem? Jeśli, gdyby jeszcze żyli, poświęciliby wszystko, żeby tylko zawrócić daną osobę z jej obranej ścieżki?
Może się tak zdarzyć, że ateista-libertyn albo, o zgrozo, neopoganin, miał babcię-dewotkę o mentalności moherowego bereta. Albo, biorąc bardziej drastyczny przykład, miał rodziców, którzy się nad nim znęcali. Wspomnieć te osoby jakoś należy, bo jednak wnieśli jakiś wkład w nasze życie. Każda osoba, jaką spotkaliśmy na swojej ścieżce, w jakiś sposób przyczyniła sie do tego, że jesteśmy jacy jesteśmy – choćby w wyniku „co mnie nie zabije, czyni mnie silniejszym”. Nie da się też całkowicie zerwać ze swoją przeszłością, choćby z tego powodu, że blizny zostają na całe życie.
Ale czy takich przodków należy czcić? Czy należy ich prosić o opiekę i wsparcie?
Co wtedy, kiedy ścieżka przodków nie jest naszą ścieżką, kiedy ich mądrość nas nie dotyczy? Co wtedy, kiedy dana osoba zdecydowanie NIE życzy sobie ingerencji przodków w życie i chce się od nich oderwać, a jednocześnie być neopoganinem?
(Dla wyjaśnienia i trochę nie na temat: dla mnie neopogaństwo jest zerwaniem ciągłości tradycji/kultury. Odwoływanie się do dawnych Słowian, Rzymian, czarownic, neolitycznych łowców czy innych takich, to nie zachowywanie ciągłości czegokolwiek – takowej nie ma, bo musielibyśmy mieć wśród bezpośrednich, pamiętanych przez siebie przodków czarownice/Słowian etc i wychować się w tej kulturze. Takie odwoływanie się to tworzenie sobie własnej, mitycznej genealogii. Co oczywiscie jest zupełnie naturalne i bardzo pogańskie, ale nie mogę tego nazwać kontynuacją. To raczej „współczesna wariacja na temat”).
Komentarze archiwalne
W przypadku babci-dewotki sprawa ma się trochę inaczej niż w przypadku znęcających się rodziców. Jeżeli przodek „chce dobrze”, to wg mnie należy mu być wdzięcznym za chęci i za to, co dobrego od nich dostaliśmy i się nam przydaje, ale wcale to nie oznacza, że musimy się z nim we wszystkim zgadzać. Gdybyśmy się w końcu tak zgadzali zawsze, to cywilizacja stanęłaby w miejscu, bo czasami trzeba obalić starą teorię, aby postawić nową. Jeżeli przodek był patologiczny, to, owszem, można mu być wdzięcznym za fakt istnienia, ale trudno o cokolwiek więcej.
Natomiast w kwestii ciągłości tradycji i spadku po przodkach – oczywiście, że neopogaństwo trudno nazwać „ciągłością tradycji”, ale jak najbardziej jest to „wariacja na temat” tradycji, gdyż jednak w naszej kulturze zachowało się wiele elementów, które jakkolwiek nie zmiatane pod dywan albo „naturalizowane”, wciąż tam są. Zostaliśmy neopoganami między innymi, że czytano nam mity greckie, że obchodziliśmy święta mające mocny posmak pogański, że czytaliśmy literaturę klasyczną, itd. Jakby nie patrzeć neopogaństwo jest dla nas dużo bliższe kulturowo niż, powiedzmy, islam.
A tak już ogólnie „na temat” – spuścizną po przodkach jest również możliwość zmiany i adaptacji. Nie jesteśmy pierwszym pokoleniem, które wybiórczo bierze tradycję i tworzy z niej coś nowego. Tak robiło wiele pokoleń przed nami, podważając wartości, tworząc własne – w tej czy innej dziedzinie. Tą zdolność do samodzielnego myślenia i decydowania też mamy w darze od nich, nawet, jeżeli poprzednie pokolenia miały ją mniejszą lub choćby nawet nie miały jej w ogóle. To normalne, że dzieci są zawsze bardziej przystosowane do obecnych czasów niż ich rodzice – tak natura to ułożyła.
Czy przodkowie chcą/chcieliby nam pomagać w czymś niezgodnym z ich życiem… Częściowo oni są nami, a więc to nie jest tylko nasze życie, ale też ich nowe życie, w nowym świecie, z nowymi perspektywami. Więc myślę, że jednak ta ich część najbardziej bazowa, instynktowna, czysta „wola życia” chce zmian, bo aby żyć, trzeba się zmieniać.
– Ailinon (18 październik 2006)
Wiele razy podnoszono problem, że choć w języku angielskim „witch” oznacza zarówno mężczyznę jak i kobietę, to w języku polskim nie ma dobrego odpowiednika „wiedźmy”, czyli tej, która wie (”wiedźmina” zajął Andrzej Sapkowski, a „wiedźmak” się nie przyjął). Ale męska forma „wiedźmy” jednak kiedyś istniała: wiedun (09.12.2007 – o formie tej wspomina też Andrzej Szyjewski w książce „Religia Słowian”).
Ostatnio udało mi się zakupić „Tao fizyki” Fritjofa Capry i bach, od razu na początku taki cytat:
Jeśli chodzi o zawartość książki, czytelnik może odczuwać brak równowagi pomiędzy prezentacją myśli naukowej i mistycznej. W trakcie czytania rozumienie fizyki powinno być coraz większe, ale może nie nastąpić odpowidający mu wzrost w rozumieniu wschodniego mistycyzmu. Wydaje się to nieuniknione, gdyż mistycyzm jest przede wszystkim doświadczeniem, którego z książek nie można się nauczyć. Głębsze zrozumienie którejś z mistycznych tradycji może nastąpić dopiero po aktywnym zaangażowaniu się w nią. Wszystko, na co mogę liczyć, to spowodowanie uczucia, że takie zaangażowanie byłoby bardzo korzystne.
— Fritjof Capra, we wstępie do 'Tao fizyki'
Słońce jeszcze nie wzeszło. Morze zlewało się z niebem, tyle że morze było lekko pofałdowane, jak zmarszczona tkanina. Stopniowo, kiedy niebo rozjaśniało się, ciemna linia położyła się na horyzoncie, oddzielajac morze od nieba, a szarą tkaninę pocięły grube kreski, poruszające się jedna za drugą pod powierzchnią, następujące po sobie, ścigające się bez końca.
Kiedy zbliżały się do brzegu, każda pręga wznosiła się i nabrzmiewała, przełamywała się i rozciągała na piasku cienką mgiełkę białej wody. Fala zatrzymywała się, po czym ruszała znowu, wzdychając jak śpiący, którego oddech przychodzi i odchodzi nieświadomie. Ciemna pręga na horyzoncie stopniowo pojaśniała, jakby osad w starej butelce wina opadł, ukazując zieleń szkła. Niebo za nią także się rozjaśniło, jakby opadł z niego biały osad albo jakby ramię kobiety leżącej za horyzontem uniosło lampę i wąskie paski żółci, zieleni i bieli rozpostarły się na niebie jak pióra wachlarza. Po chwili uniosła lampę wyżej i powietrze zdało się stawać włókniste i odrywać od zielonej powierzchni migoczącymi włóknami, płonącymi czerwono i żółto jak zasnuty dymem ogień huczący w ognisku. Stopniowo włókna płonącego ogniska stopiły się w jeden obłok, jeden żar, który uniósł na sobie ciężar wełnistoszarego nieba i przemienił je w milion drobin łagodnego błękitu. Powierzchnia morza powoli stała się przezroczysta i rozpościerała się falując i lśniąc, aż wreszcie ciemne pręgi niemal zatarły się. Powoli ramię trzymające lampę uniosło ją wyżej i jeszcze wyżej, aż wreszcie ukazał się rozległy blask. Na linii horyzontu płonął łuk ognia i morze wokół niego jaskrawiło się złoto.
Motto:
Pieniądze to nasz czas i wysiłek w formie fizycznej, możliwej do wymiany; są też same w sobie rodzajem energii, którą równie łatwo można użyć do uzdrawiania jak i do zakupienia kolejnej pary butów których nigdy nie będziesz nosić.
— Dianne Sylvan, 'The Circle Within' (tłumaczenie moje)
Wśród osób zainteresowanych duchowością i new agem (i nie tylko zresztą) pieniądze są często tematem tabu, czymś negatywnym. „Zaślepienie kasą”, „sprzedać się”, „komercha”, „żądza pieniądza”, „obrzydliwie bogaty”. Pieniądze kojarzą się z wielkimi korporacjami, które niszczą naturę i ludzkie życia byle tylko opchać się pieniędzmi do przesytu. Dla mnie takie skojarzenia są chore. Demonizacja pieniądza przypomina mi demonizację seksu, uczuć i innych naturalnych dziedzin ludzkiego życia. Tak, pieniądz jest naturalny. Pieniądz to przecież współczesne określenie na „ja ci pomogę zbudować dach, a ty mi za to dasz dwa kurczaki.” Niemniej jednak handel wymienny nie jest postrzegana jako źródło zła, a pieniądze tak. Dlaczego?
Wydaje mi się, że problemem jest tutaj abstrakcyjność. Im bardziej abstrakcyjna koncepcja, tym trudniej jest człowiekowi odnieść się do niej emocjonalnie. Człowiek jest zwierzęciem, kieruje się zmysłami. Cielesność wpływa na nas bardziej niż chcemy to przyznać. Widzę to po sobie – jeśli mam na wydatki kwotę X, to zupełnie inaczej czuję się z konkretnym zapasem banknotów i monet, niż kiedy trzymam w ręce kartę kredytową. Im bardziej abstrakcyjna prezentacja kwoty, tym łatwiej szastać pieniędzmi, tym mniej czasu poświęca się na zastanowienie „czy naprawdę tego potrzebuję?”. I to chyba jest klucz do problemu.
Ożywienie swojej wyobraźni na tyle, żeby wywołać w sobie uczucia takie, jakby zamiast karty kredytowej trzymało się w ręku banknoty (a już tym bardziej kurczaka!) wymaga wiele wysiłku. Nie jestem pewna, czy mi to do końca wychodzi. To co dopiero powiedzieć o ludziach, którzy w ogóle nie są świadomi tego mechanizmu, a nawet gdyby byli świadomi to mogłoby im się nie chcieć wkładać tyle pracy? Idziemy więc sobie przez życie najłatwiejszą ścieżką. I właśnie przez to ułatwienie może powstać tyle zniszczeń. Nie raz słyszy się przecież o ludziach, którzy „nie uświadamiają sobie prawdziwej wagi pieniądza” i popadają w pułapkę oszukańczych kredytów tylko po to, żeby kupić sobie kolejny luksusowy przedmiot.
Ten mechanizm abstrakcji działa zresztą wszędzie. Łatwiej jest posłać na śmierć oddział ludzi, jeśli jest on reprezentowany przez chorągiewkę na mapie. Łatwiej jest wrzucić pieniądze do skarbonki niż poświęcić swój czas na pracę w wolontariacie przez ilość czasu potrzebną na zarobienie tych pieniędzy… A właśnie, sprawa „wykupywania się” od odpowiedzialności. Kiedy ostatnio widzieliście człowieka, który chciał za pomocą pieniędzy zwolnić się od obowiązku myślenia, troszczenia się? Wczoraj? No i są też te wielkie debaty wśród pogan na temat „czy za kurs należy brać pieniądze czy nie” – argumentem na „nie” jest to, że kursanci przyjmują wtedy zwykle postawę roszczeniową, zakładając że skoro zapłacili to już nic więcej się od nich nie wymaga.
Z pieniędzmi jest jeszcze drugi problem, ale byłby on chyba tak samo jaskrawy w przypadku handlu wymiennego. W naszej kulturze bogactwo daje władzę. Im ktoś ma więcej pieniędzy, tym większy jest jego wpływ na świat zewnętrzny. Między władzą a bogactwem jest jednak jedna, duża różnica. Środki materialne się dziedziczy, władza pochodzi zwykle z wyboru. Mamy tutaj ukryty odpowiednik monarchii dziedzicznej. Jak zapewne wszyscy pamiętają z historii, zdarzało się w takich przypadkach dość często, że władzę dostawała w łapy osoba zupełnie się do tego nienadająca. Podobnie władza zapewniana przez pieniądze nie pochodzi z wyboru. Zdobywa się ją przez dziedziczenie i/lub własną pracę, ale te rzeczy nie muszą wcale iść w parze z odpowiedzialnością, myśleniem o innych itp.
Najnowsze komentarze