Neopogaństwo

Przeglądasz archiwum kategorii 'Neopogaństwo'.

Bezczelnością nieudolnych jest żądanie, by krytyka ograniczała się do sprawozdawczości. Nie uleczy się kaszlącego kneblując mu usta.

— Bertold Brecht

Donald, jako artysta, zna potrzebe udzielania i przyjmowania konstruktywnej krytyki.

„Prawdziwa krytyka jest podarunkiem”, mówi Donald. „To oznaka twojego szacunku dla drugiej osoby jako artysty, ponieważ poświęcasz swój czas i wkładasz wysiłek w udzielenie konstruktywnej krytyki odnośnie czyjejś pracy.”

Donald ma zestaw reguł których używa do odróżniania konstruktywnej krytyki od zwykłego niszczenia czyjejś twórczej pracy. Konstruktywna krytyka musi być konkretna – zamiast „Nie cierpię tej pieśni” powinno być „Słowa i rytm się ze sobą gryzą”.

Aby krytyka była konstruktywna, jej celem musi być ulepszenie pracy, rozwiązanie konfliktu lub poprawa sytuacji: „Mówię ci, co mi się nie podoba w twojej pieśni, ponieważ chcę, by była poruszająca i piękna, oraz ponieważ wierzę, że możesz ją taką uczynić.”

Właściwy musi być również moment. Natychmiast po rytuale, kiedy kapłanki są wyczerpane i wciąż w transie, to nienajlepszy czas, by analizować trans przy pomocy bębnów.

Inna pomocna zasada określona przez kolektyw nauczycieli z Bay Area Witchcamp mówi, że krytyka powinna skupiać się na czymś, co dana osoba może faktycznie zmienić. Przykładowo, „Czy zastanawiałaś się nad wzięciem kilku lekcji głosu, co pomogłoby ci nauczyć się wybić w grupie?” niż „Jesteś taką szarą myszką, że nie nadajesz się na kapłankę”.

Wreszcie, rozważ, czy lepiej będzie, jeśli dostarczysz krytykę publicznie, czy prywatnie. Email powoduje, że ta zasada jest szczególnie ważna, ponieważ bardzo łatwo wcisnąć klawisz i wysłać krytykę na listę dyskusyjną.

Jest prawie nieuniknione, że publiczna konfrontacja zostanie odebrana jako atak. Kiedy jesteśmy poddawani krytyce przed innymi, tracimy twarz i czujemy się upokorzeni. To różnica pomiędzy cichym szepnięciem przyjacielowi, „rozporek ci się rozpiął”, a ryknięciem na cały zatłoczony pokój, „Hej, ludzie, JOEMU ROZPIĄŁ SIĘ ROZPOREK!!”

Czasem konfrontacja publiczna jest konieczna i efektywna, jak w przypadku młodej dziewczyny w kinie. Kiedy w mroku siadł koło niej jakiś mężczyzna i zaczął się masturbować, zamiast cichego oddalenia się, jak zrobiłoby to wiele kobiet, wstała i wrzasnęła, „Hej, ludzie – ten facet obok mnie się MASTURBUJE!”. Mężczyzna podskoczył i uciekł.

Jednak w większości przypadków konstruktywnej krytyki najlepiej udzielać prywatnie. Jesteś tej osobie winna danie jej szansy by wysłuchała, odpowiedziała i zmieniła zdanie, zanim upublicznisz całą sprawę.

Dzisiaj znalazłam na sieci następujący cytat z (podobno) Dion Fortune: Uczeń, który zamierza zostać eklektykiem zanim stał się ekspertem, nigdy nie będzie czymś więcej niż dyletantem. Oczywiście, stosuje się to do technik magicznych, a nie światopoglądu. Drewna (czy innego tworzywa używanego przez rzemieślnika) nie obchodzi w co wierzysz, dopóki rzeźbisz je w odpowiedni sposób…

Skrzypek na dachu. To brzmi głupio, prawda? Ale w naszej małej Anatewce każdy jest, można by powiedzieć, takim skrzypkiem na dachu, co próbuje wydobyć ze swych skrzypiec prosty i miły ton, nie skręcając sobie przy tym karku. Zadanie wcale niełatwe. Więc dlaczego – zapytacie – siedzimy tam na górze, jeśli to jest niebezpieczne? Siedzimy, bo Anatewka to nasz dom. A jak my utrzymujemy równowagę? Na to mogę wam odpowiedzieć jednym słowem: tradycja! (..) Ponieważ trzymamy się tradycji, zachowujemy równowagę przez długie, długie lata. (..) Możecie zapytać, skąd się bierze ta tradycja. Odpowiem wam – nie mam pojęcia! Tradycja – i koniec.

Komentarze archiwalne

Ja czasem sobie tak podśpiewuję: Tradition! Tradition! And tradition my friend is the observation of the Law!

– Enenna (28 listopad 2006)

Dzisiaj zrobiłam sobie rajd po zachodnich blogach wiccańsko-pogańskich. Rezultat: masa różnorakich postulatów. Między innymi:

  • Wiccanie powinni sobie postawić za cel nie tylko niekrzywdzenie niczego, ale też pomaganie i uzdrawianie świata
  • Ludzie należący do wiccańskiego kapłaństwa powinni być lepiej wykształceni. Czymże są w miarę młodzi ludzie bez wykształcenia wyższego w obliczu kapłanów różnych odłamów chrześcijańskich, judaistycznych lub buddyjskich? (Odpowiedź: nieopłacanymi wolontariuszami, którzy raczej nigdy nie dorównają utrzymywanym przez społeczność zawodowcom poświęcającym swój czas wyłącznie religii).
  • Wiccańskie kapłaństwo powinno przygotować się na przyjęcie kongregacji wiernych, którzy sami nie aspirują do statusu kapłana.

Kurde. Czemu ci ludzie (którzy to wszystko postulują) nie zostali w jakiejś liberalnej odnodze chrześcijaństwa?

Komentarze archiwalne

…bo można być neopoganinem/wiccanoidem filozoficznie, ale jednocześnie chcieć być „świeckim” albo „kapłanem” (w znaczeniu „minister”) społecznie. Tradycje misteryjne dawne czy dzisiejsze, zauważ, zawsze są w obrębie szerszych religii. Misteria eluzyjskie były częścią religii helleńskiej (o ile można ten zbiór tak nazwać), sufizm jest częścią islamu, itd. Wicca pod tym względem jest umocowana trochę w próżni i dlatego są jaja. Tak samo jak druidyzm zresztą i wszelkie próby rekonstrukcji działań wąskiej grupy ludzi i nazywania ich „religią” w społecznym znaczeniu. Bo to w sumie nie religia, a warstwa społeczna posiadająca konkretną wizję świata i praktyki. Religia społeczna musi zostawić miejsce na laikat, na kapłaństwo niosące posługi, na ścieżki misteryjne, na zakony, itp. I życie to wymusza. Podobne jaja będą mieli ci, co za 2000 lat stworzyliby „biskupizm” ;)

– Ailinon (16 listopad 2006)


Ech, skupiłaś się dokładnie na odwrotnej rzeczy niż ja. W zasadzie na liście mam kilka punktów, które znalazłam na ostatnim blogu, jaki miałam przed nosem, kiedy było już dość późno :) A chodzi mi o ogólny klimat panujący na tych blogach, trudny w zasadzie do wypunktowania.

Rzuca mi się w oczy na przykład olbrzymie pragnienie bycia zaakceptowanym i szanowanym przez społeczeństwo amerykańskie. Wyraźne jest też, że tryb myślenia u wiccanopogan coraz bardziej upodabnia się do „mainstreamowego”. Im bardziej starają się, żeby pogaństwo było szanowane przez mainstream, tym bardziej się do tego mainstreamu upodabniają i się z nim mieszają.

Rezultat jest taki, że neopogaństwo coraz bardziej przestaje być wyraźną, odmienną religią, a staje się zbiorem nowych szatek dla znudzonych mdłym chrześcijaństwem Amerykanów. I o to mi we wpisie chodziło.

– _3Jane (16 listopad 2006)

W okolicach Dnia Zmarłych wspomina się zwykle o wspominaniu lub czczeniu przodków. Zakłada się zwykle, że przodkowie ci byli mądrymi nauczycielami lub towarzyszami, których brakuje nam w życiu. Ale… Co jesli nasze życie jest zaprzeczeniem tego, co robili nasi przodkowie? Jeśli metaforycznie przewracają się oni w grobach w związku z naszym postępowaniem? Jeśli, gdyby jeszcze żyli, poświęciliby wszystko, żeby tylko zawrócić daną osobę z jej obranej ścieżki?

Może się tak zdarzyć, że ateista-libertyn albo, o zgrozo, neopoganin, miał babcię-dewotkę o mentalności moherowego bereta. Albo, biorąc bardziej drastyczny przykład, miał rodziców, którzy się nad nim znęcali. Wspomnieć te osoby jakoś należy, bo jednak wnieśli jakiś wkład w nasze życie. Każda osoba, jaką spotkaliśmy na swojej ścieżce, w jakiś sposób przyczyniła sie do tego, że jesteśmy jacy jesteśmy – choćby w wyniku „co mnie nie zabije, czyni mnie silniejszym”. Nie da się też całkowicie zerwać ze swoją przeszłością, choćby z tego powodu, że blizny zostają na całe życie.

Ale czy takich przodków należy czcić? Czy należy ich prosić o opiekę i wsparcie?

Co wtedy, kiedy ścieżka przodków nie jest naszą ścieżką, kiedy ich mądrość nas nie dotyczy? Co wtedy, kiedy dana osoba zdecydowanie NIE życzy sobie ingerencji przodków w życie i chce się od nich oderwać, a jednocześnie być neopoganinem?

(Dla wyjaśnienia i trochę nie na temat: dla mnie neopogaństwo jest zerwaniem ciągłości tradycji/kultury. Odwoływanie się do dawnych Słowian, Rzymian, czarownic, neolitycznych łowców czy innych takich, to nie zachowywanie ciągłości czegokolwiek – takowej nie ma, bo musielibyśmy mieć wśród bezpośrednich, pamiętanych przez siebie przodków czarownice/Słowian etc i wychować się w tej kulturze. Takie odwoływanie się to tworzenie sobie własnej, mitycznej genealogii. Co oczywiscie jest zupełnie naturalne i bardzo pogańskie, ale nie mogę tego nazwać kontynuacją. To raczej „współczesna wariacja na temat”).

Komentarze archiwalne

W przypadku babci-dewotki sprawa ma się trochę inaczej niż w przypadku znęcających się rodziców. Jeżeli przodek „chce dobrze”, to wg mnie należy mu być wdzięcznym za chęci i za to, co dobrego od nich dostaliśmy i się nam przydaje, ale wcale to nie oznacza, że musimy się z nim we wszystkim zgadzać. Gdybyśmy się w końcu tak zgadzali zawsze, to cywilizacja stanęłaby w miejscu, bo czasami trzeba obalić starą teorię, aby postawić nową. Jeżeli przodek był patologiczny, to, owszem, można mu być wdzięcznym za fakt istnienia, ale trudno o cokolwiek więcej.

Natomiast w kwestii ciągłości tradycji i spadku po przodkach – oczywiście, że neopogaństwo trudno nazwać „ciągłością tradycji”, ale jak najbardziej jest to „wariacja na temat” tradycji, gdyż jednak w naszej kulturze zachowało się wiele elementów, które jakkolwiek nie zmiatane pod dywan albo „naturalizowane”, wciąż tam są. Zostaliśmy neopoganami między innymi, że czytano nam mity greckie, że obchodziliśmy święta mające mocny posmak pogański, że czytaliśmy literaturę klasyczną, itd. Jakby nie patrzeć neopogaństwo jest dla nas dużo bliższe kulturowo niż, powiedzmy, islam.

A tak już ogólnie „na temat” – spuścizną po przodkach jest również możliwość zmiany i adaptacji. Nie jesteśmy pierwszym pokoleniem, które wybiórczo bierze tradycję i tworzy z niej coś nowego. Tak robiło wiele pokoleń przed nami, podważając wartości, tworząc własne – w tej czy innej dziedzinie. Tą zdolność do samodzielnego myślenia i decydowania też mamy w darze od nich, nawet, jeżeli poprzednie pokolenia miały ją mniejszą lub choćby nawet nie miały jej w ogóle. To normalne, że dzieci są zawsze bardziej przystosowane do obecnych czasów niż ich rodzice – tak natura to ułożyła.

Czy przodkowie chcą/chcieliby nam pomagać w czymś niezgodnym z ich życiem… Częściowo oni są nami, a więc to nie jest tylko nasze życie, ale też ich nowe życie, w nowym świecie, z nowymi perspektywami. Więc myślę, że jednak ta ich część najbardziej bazowa, instynktowna, czysta „wola życia” chce zmian, bo aby żyć, trzeba się zmieniać.

– Ailinon (18 październik 2006)


Wiele razy podnoszono problem, że choć w języku angielskim „witch” oznacza zarówno mężczyznę jak i kobietę, to w języku polskim nie ma dobrego odpowiednika „wiedźmy”, czyli tej, która wie („wiedźmina” zajął Andrzej Sapkowski, a „wiedźmak” się nie przyjął). Ale męska forma „wiedźmy” jednak kiedyś istniała: wiedun (09.12.2007 – o formie tej wspomina też Andrzej Szyjewski w książce „Religia Słowian”).

Wyjaśnienie tutaj: One thing we do know is women talk more than piles of rocks (wpis z blogu Pandagon). Należy koniecznie przeczytać także komentarze. Dodam tutaj później linki do postów polemicznych (w stosunku potrzeby istnienia kowenów dianicznych) i stron polskich na tematy podobne co powyższy wpis, dla osób nieangielskojęzycznych.

Ostatnio udało mi się zakupić „Tao fizyki” Fritjofa Capry i bach, od razu na początku taki cytat:

Jeśli chodzi o zawartość książki, czytelnik może odczuwać brak równowagi pomiędzy prezentacją myśli naukowej i mistycznej. W trakcie czytania rozumienie fizyki powinno być coraz większe, ale może nie nastąpić odpowidający mu wzrost w rozumieniu wschodniego mistycyzmu. Wydaje się to nieuniknione, gdyż mistycyzm jest przede wszystkim doświadczeniem, którego z książek nie można się nauczyć. Głębsze zrozumienie którejś z mistycznych tradycji może nastąpić dopiero po aktywnym zaangażowaniu się w nią. Wszystko, na co mogę liczyć, to spowodowanie uczucia, że takie zaangażowanie byłoby bardzo korzystne.

— Fritjof Capra, we wstępie do 'Tao fizyki'

…i ich internetowej Szkoły Czarownic, wyjaśnia seria artykułów pt. „Why Not WitchSchool? A Student’s Perspective” („Dlaczego nie WitchSchool? Z perspektywy ucznia”). Artykuł jest w trzech częściach – tutaj część druga i część trzecia. Autor wyjaśnia też dlaczego napisał te artykuły (08.12.2007 – link nie działa). Dorzucę jeszcze coś, co znalazłam w komentarzach do tych artykułów: Ready or not: The way of the Wiccan (artykuł z gazety).

Słońce jeszcze nie wzeszło. Morze zlewało się z niebem, tyle że morze było lekko pofałdowane, jak zmarszczona tkanina. Stopniowo, kiedy niebo rozjaśniało się, ciemna linia położyła się na horyzoncie, oddzielajac morze od nieba, a szarą tkaninę pocięły grube kreski, poruszające się jedna za drugą pod powierzchnią, następujące po sobie, ścigające się bez końca.

Kiedy zbliżały się do brzegu, każda pręga wznosiła się i nabrzmiewała, przełamywała się i rozciągała na piasku cienką mgiełkę białej wody. Fala zatrzymywała się, po czym ruszała znowu, wzdychając jak śpiący, którego oddech przychodzi i odchodzi nieświadomie. Ciemna pręga na horyzoncie stopniowo pojaśniała, jakby osad w starej butelce wina opadł, ukazując zieleń szkła. Niebo za nią także się rozjaśniło, jakby opadł z niego biały osad albo jakby ramię kobiety leżącej za horyzontem uniosło lampę i wąskie paski żółci, zieleni i bieli rozpostarły się na niebie jak pióra wachlarza. Po chwili uniosła lampę wyżej i powietrze zdało się stawać włókniste i odrywać od zielonej powierzchni migoczącymi włóknami, płonącymi czerwono i żółto jak zasnuty dymem ogień huczący w ognisku. Stopniowo włókna płonącego ogniska stopiły się w jeden obłok, jeden żar, który uniósł na sobie ciężar wełnistoszarego nieba i przemienił je w milion drobin łagodnego błękitu. Powierzchnia morza powoli stała się przezroczysta i rozpościerała się falując i lśniąc, aż wreszcie ciemne pręgi niemal zatarły się. Powoli ramię trzymające lampę uniosło ją wyżej i jeszcze wyżej, aż wreszcie ukazał się rozległy blask. Na linii horyzontu płonął łuk ognia i morze wokół niego jaskrawiło się złoto.

« Późniejsze wpisy § Wcześniejsze wpisy »