Po przeczytaniu początku książki w dalszym ciągu mam mieszane uczucia. Dobre wieści są takie, że autorka rzeczywiście ma sporą wiedzę. Zdaje sobie ona też sprawę zarówno z unikalności Feri jako tradycji Czarostwa, jak i z tego, że samo Feri ma wiele nurtów, w zależności od nauczycieli. O obydwu tych rzeczach mówi jasno i wyraźnie, odróżniając Feri od Wicca, a także od ogólnego czarostwa. Dla mnie to była wielka ulga. Dzięki temu „Ewolucja czarów” w połączeniu z „Zostań Boginią” może dać całkiem niezłe zorientowanie w Feri; jakby dodali jeszcze książki Andersonów (Victor i Cora, założyciele tradycji) to byłabym już całkiem szczęśliwa.
Są też i wady. Recenzje z sieci miały przynajmniej w jednym rację: pani Coyle, niestety, ględzi. Jeśli chodzi o jakość prozy, znajduje się przy dolnej, a nie górnej granicy – takie autorki jak Starhawk, Vivianne Crowley czy Phyllis Curott biją ją na głowę, a nawet i Cunningham chyba lepiej pisze. Drugim minusem jest to, że „Ewolucja czarów” nie nadaje się na pierwszą lekturę dla osób początkujących w kulturze ezoterycznej. Autorka uważa najwyraźniej pewne pojęcia za tak oczywiste, że nie fatyguje się wyjaśniać, co przez nie ma na myśli. Pierwsze opisane w książce ćwiczenie, na przykład, każe czytelnikowi wyobrazić sobie aurę (i zrobić z nią parę rzeczy), ale nigdzie wcześniej nie wspomniano, co to takiego.
No i wreszcie jedna rzecz, która mnie zabiła. Pozwólcie, że zacytuję.
(..) kiedy zaczęłam głębiej angażować się w Sztukę i tradycję, przechodząc inicjację w Reclaiming, podczas której przyjęłam swe obecne imię, zaczęłam czuć, że czegoś mi brakuje. Potrzebowałam jeszcze głębszego zaangażowania w praktykę duchową i intensywną pracę nad sobą niż znalazłam w anarchistycznej społeczności Reclaiming. Idea dzielenia się mocą była cenna i rewolucyjna, ale czułam, że moc trzeba czerpać z głębszego poziomu. Nie możemy dzielić się czymś, czego naprawdę nie posiadamy, a samo mówienie, że to mamy, nie sprawi, że tak się stanie. Nie porzuciłam Reclaiming, ale zaczęłam szukać.
(..) Pięć lat po inicjacji w Feri i po wielu latach nauczania w duchu Reclaiming, poczułam, że jestem gotowa, by zacząć nauczać Feri. Wreszcie dysponowałam czymś istotnym, czym mogłam się podzielić.
Na miejscu jej byłych uczniów z Reclaiming bym ją znalazła i udusiła. Nauczyciel, który uczy czegoś, co uważa za bezwartościowe, nieistotne, nieposiadające mocy, to oszust. Zresztą na miejscu kogokolwiek z tej tradycji (czy też raczej kolektywu, jak sami siebie nazywają) bym ją udusiła. Thorn Coyle opowiada w tym wstępie o uczeniu się od Sufich, katolików i Feri, ale o nikim nie wspomina z taką pogardą i protekcjonalnością, jak o Reclaimingu, swoich pierwszych nauczycielach.
A, swoją drogą, z pierwszym podkreślonym kawałkiem się zgadzam: wmawianie sobie, że się posiada moc, nie powoduje, że tą moc uzyskamy.
Komentarza archiwalne
A ja bym jej trochę broniła. Nie wiem, czy tam są podane jakieś szczegóły, ale generalnie wszystko zależy od tego, w jaki sposób i czego dokładnie się uczy. Wiadomo, że przekazuje się różne rzeczy osobom na różnych poziomach. Być może oddano jej pod opiekę osoby mocno początkujące, dla których mniejsze znaczenie miało to, co zraziło ich nauczycielkę do Reclaimingu. Tego można dobrze nauczyć nawet mając wątpliwości.
Oczywiście, nie zmienia to faktu, że na jej miejscu na pewno nie pisałabym o tym wszystkim w książce, bo może to być odebrane, delikatnie mówiąc, dwuznacznie. Można zmienić zdanie, ale należy pozostać lojalnym.
– Morven (27 grudzień 2006)
Najnowsze komentarze