…i ich internetowej Szkoły Czarownic, wyjaśnia seria artykułów pt. „Why Not WitchSchool? A Student’s Perspective” (”Dlaczego nie WitchSchool? Z perspektywy ucznia”). Artykuł jest w trzech częściach – tutaj część druga i część trzecia. Autor wyjaśnia też dlaczego napisał te artykuły (08.12.2007 – link nie działa). Dorzucę jeszcze coś, co znalazłam w komentarzach do tych artykułów: Ready or not: The way of the Wiccan (artykuł z gazety).
Przeglądasz archiwum kategorii 'Czarownictwo'.
Użycie noża jako głównego symbolu oznacza, że jesteśmy gotowi się bronić i przyjmujemy odpowiedzialność za nasze działania. Trudno jest zaprzeczyć, kto trzymał nóż! Kulą można oberwać od kogoś z tłumu, ale kiedy ktoś cię dźgnie, zwykle wiesz kto to był.
Aby zaatakować nożem, musisz być gotów zaryzykować własne życie i bezpieczeństwo, bo atak taki stawia cię w zasięgu twojej ofiary. Co więcej, jeśli zabijasz przy użyciu noża, wiesz o tym: poczujesz, jak ostrze tnie, jak się przebija przez powłokę ciała, jak ociera się o kości… zobaczysz ból, który zadajesz, poczujesz zapach rozciętych przez ciebie wnętrzności, lepkość krwi na twoich dłoniach, usłyszysz krzyk agonii i strachu. Zobaczysz, jak życie ucieka z doczesnej postaci, będziesz mógł zaobserwować przemianę żywej istoty w masę mięsa i kości… i będziesz wiedzieć, że odpowiedzialność spoczywa na tobie.
Nie możesz udawać, nawet przed samym sobą, że tego nie zrobiłeś. Wicca opiera się na braniu na siebie odpowiedzialności, a nie na tym, że jakaś zewnętrzna siła obciąża cię oskarżeniami; kulturowo Wicca jest społecznością „winy”, w przeciwieństwie do społeczności „wstydu” w której żyjemy, a która wydaje się czcić Jedenaste Przykazanie: „Nie Daj Się Przyłapać.”
(Artykuł jest oczywiście bardziej obszerny, a zaprezentowana w nim symbolika Athame nie ogranicza się do osobistej odpowiedzialności. Po prostu ten fragment rzucił mi się w oczy. Osobistą odpowiedzialność uważam bowiem za jedną z podstawowych idei w Wicca.)
Komentarze archiwalne
Podoba mi się taka interpretacja miecza. Odpowiedzialność za własne uczynki jest tym, co sprawia, że jesteśmy wolni. Miecz służy też do obrony naszej wolności. Podoba mi się takie ujęcie.
Wolność jest przypisana jednostce, dlatego ważne są dzialania przez nią podejmowane. Wolne czyny odbijają się w wieczności.
– rawimir (8 listopad 2005)
Disclaimer: po pierwsze, poniższe notatki nie stanowią pełnego streszczenia książki. Po drugie: w omawianej książce Wicca obejmuje przede wszystkim to, co zazwyczaj nazywa się Wicca Eklektycznym. Z definicją tą się nie zgadzam, ale dla spójnosci z książką używam słownictwa autorki.
Rozdział zaczyna się od krótkiej teorii na temat znaczenia religii. Jest ona, według Dianne, sposobem na znalezienie celu życia, czegos, co pomogłoby ludziom zrozumieć ich miejsce we wszechswiecie i zapewne pogodzić się z jego złymi stronami (morderstwa, powodzie, politycy, komary). Jednak ponieważ cel życia i jego znaczenie nie jest takie samo dla wszystkich, powstało wiele scieżek.
Podkreślając to, że wszystkie ścieżki są właściwe, autorka sugeruje, że częsta (szczególnie wśród młodszych „stażem” Wiccan) postawa dumy z tego, że nie jest się jak inne religie, może być niewłaściwa, oraz że możemy się od innych wiele nauczyć. Za przykład stawia ideę codziennej praktyki, którą sama „podłapała” od katolickich zakonnic.
Dziwi mnie jednak, że autorka sama nie praktykuje tego, co głosi. W tekście dość często kontrastuje Wicca z chrześcijaństwem i komentuje, że w danym miejscu chrześcijaństwo rozwiązało coś źle, natomiast Wicca – dobrze. Po co to robi? W końcu celem tej książki miało być wspomożenie Wiccan w ich praktyce duchowej, a nie krytyka praktyki chrześcijan. Na dodatek, skoro wszystkie ścieżki są właściwe, to jak praktyka chrześcijan mogłaby być niewłaściwa (przecież nie można jej zarzucić, by była nieetyczna)? Nie podoba mi się to.
Wróćmy jednak do rozdziału pierwszego. Celem przedstawionym przez Wicca jest uswiadomienie sobie (przypomnienie) Boskosci w nas i wszystkim wokół, oraz manifestowanie Boga i Bogini cały czas – kochanie i dawanie jak oni, służenie im w doskonałym zaufaniu, sprowadzając ich łaskę na swiat. (Jest to, według autorki, cel tej samej kategorii, co dążenie do znalezienia się w niebie lub osiągnięcia nirwany). Rytuał i inne narzędzia stosowane w Wicca to srodki pomagające osiągnąć ten cel. Motyw świętosci całego swiata oraz dążenia do manifestowania w sobie boskosci przewija sie potem przez cały rozdział. (CDN).
Disclaimer: po pierwsze, poniższe notatki nie stanowią pełnego streszczenia książki. Po drugie: w omawianej książce Wicca obejmuje przede wszystkim to, co zazwyczaj nazywa się Wicca Eklektycznym. Z definicją tą się nie zgadzam, ale dla spójnosci z książką używam słownictwa autorki.
W przedmowie rzuciło mi się w oczy stwierdzenie, że autorka nie należy do osób uzdolnionych parapsychicznie i zajmujących się podróżami astralnymi, oglądaniem aur czy innymi podobnymi rzeczami. Jej magia nie rozróżnia zanadto między stanem alfa a stanem beta. Mimo to wie doskonale, kiedy Bogowie chcą jej cos przekazać (opisuje przypadki „omenów” za pomocą obecnosci ptaków, a w związku z napisaniem książki – pająków).
Ze wstępu dowiadujemy się, że celem „The Circle Within” jest wspomożenie Wiccan w zbliżaniu się do Boga i Bogini. Książka ta ma być przewodnikiem w tworzeniu własnej praktyki duchowej na podstawie następujących przekonań:
- każdy czyn może być rytuałem
- każda chwila naszego życia to szansa na oddanie czci Boskosci wewnątrz i wokół nas.
Ponieważ Boskosć, według autorki, jest jedna, ale ma wiele twarzy, za pomocą których ludzie sobie ją przybliżają, to wszystkie etyczne scieżki to własciwe scieżki. Tutaj narzucają mi się następujące pytania: po pierwsze, skąd wiadomo, że dana scieżka rzeczywiscie prowadzi do kontaktu z Boskoscią? Jest przecież wiele przypadków samooszukiwania się w dziedzinach innych niż religijne. Czy rzeczywiscie WSZYSTKIE scieżki działają? I po drugie, według CZYJEJ etyki okreslamy, czy scieżka jest etyczna i dlaczego akurat według tej, a nie innej?
Autorka pisze także, że uważa magię za czyn religijny, który trzeba rozpatrywać w kontekscie relacji z Bogami. Nie mówi niestety w jaki sposób i dlaczego, ale mam nadzieję, że w dalszej częsci książki to się wyjasni. Nie jest to zresztą koncepcja unikalna; podobne podejscie do magii ma Phyllis Curott (”Book of Shadows”, „Witch crafting”).
Komentarze archiwalne
Skoro magia jest formą kontaktu z Boskością, a konkretnie z neopogańskimi bogami to co mają powiedzieć czarujący nie-poganie?
Takie powiązanie jest dla mnie dość kontrowersyjne…
– Abyss (26 sierpień 2005)
Po pierwsze, dla tej pani wszyscy bogowie to ostatecznie jest jedno i to samo (patrz wyżej). Po drugie, nie wiem, czy według niej magia to kontakt z neopogańskimi bóstwami czy tą Boskoscią Ostateczną, bo nie zdefiniowała do końca. O magii była na razie wzmianka kilkuzdaniowa.
Natomiast jesli chodzi o autorow z podobnymi poglądami, to według Cunninghama, jesli będziesz używać magii do złych celów, to Bogowie ci odbiorą moc. Nie pamiętam co w tej materii mówiła Curott.
– 3Jane (26 sierpień 2005)
Wspaniały temat na jakiś artykuł, może sama taki kiedyś napiszę… „gdzie kończy się magia, a zaczyna przesąd” ;>
– Ailinon (26 sierpień 2005)
Magia a przesąd to bardzo ciekawy temat. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że człowieka, który zna magię i jej prawdziwą wagę, można poznać po tym, że o niej za dużo nie mówi. Ci, co gadają, na 90% pielęgnują jakiś przesąd.
– Morven (27 sierpień 2005)
Ostatnio, dzięki uprzejmosci Morven, która mi tą pozycję pożyczyła, czytam sobie „The Circle Within” autorstwa Dianne Sylvan.
Według tego, co Dianne Sylvan pisze o sobie sama (8.12.2007 – zawartość kiedyś linkniętej tutaj strony się zmieniła i tych informacji już tam nie ma), ma dwadziescia kilka lat i mieszka w USA w stanie Teksas. Jesli chodzi o Wicca, to z książki dowiedziałam się, że zaczynała od samotnej praktyki posiadając tylko „Wicca” Scotta Cunninghama. Na tylnej okładce pisze, że ma drugi stopień w „Sybilline Order of Wicca”, o której to grupie na sieci jest bardzo mało. Możliwe, że się zlikwidowali. Pani Sylvan w każdym razie nie wspomina o tym stopniu na swojej stronie. Pisze za to, ze wymysliła własną tradycję i zamierza jej nauczać, zaczynając od końca tego roku.
Tyle bio. Książka pierwsze wrażenie sprawia wielce pozytywne. Jest to dzieło inteligentnej i dojrzałej Wiccanki Eklektycznej. Po przejrzeniu jej dochodzę do wniosku, że podejscie autorki miejscami jest charakterystyczne dla Amerykanki wychowanej na Cunninghamie. Książka porusza temat rzadko wspominany w podręcznikach dla początkujących, a mianowicie: co Wiccanin robi pomiędzy swiętami i w jaki sposób utrzymuje codzienny kontakt ze swoimi Bogami.
Ciąg dalszy wkrótce.
Czasem grzebiąc przez sieć natrafiam na spory i dyskusje dotyczące tematu „czy czarownicą człowiek się rodzi, czy też może nią zostać?”. Jedni twierdzą, że moc ma się wrodzoną, że na duszy tkwi wtedy znak Bogów Czarownic i że albo się jest Z Tej Krwi, albo nie. Inni odpowiadają, że nie ma czegoś takiego jak wrodzona moc i przeznaczenie od urodzenia, że dar można w sobie wyćwiczyć (podobnie jak mięśnie) i że Bogowie są dostępni dla wszystkich.
Kto ma rację? Właściwie jedni i drudzy. Rzeczywiście, to nie jest tak, że pochodzenie determinuje wszystko. To tak jak z genami – można albo wykorzystać dary otrzymane na początku, albo je zaprzepaścić. Ale z drugiej strony nie każdy jest/może zostać czarownicą. Jest wielu takich, których fascynuje czarownictwo, którzy pragną być czarownicami i dążą do tego, przypinając sobie szumne etykietki ale… kiedy spojrzeć z boku, czarownicami nie są. A to dlatego, że nie są odpowiednimi osobami. I bardzo możliwe, że nigdy nie będą.
Oprócz rzeczy wrodzonych i własnych decyzji istnieje bowiem trzeci czynnik. Trwający całe życie wpływ świata na daną osobę. Bez pewnych elementów w sobie, elementów, które dostaje się dzięki odpowiednim doświadczeniom, ani rusz. Aby zostać czarownicą, trzeba zostać odpowiednio oszlifowanym przez świat. Za szlify te płaci się łzami, krwią, potem i cierpieniem. Bo aby się nauczyć, trzeba być gotowym cierpieć. Natomiast przytłaczająca większość ludzi ucieka od cierpienia gdzie pieprz rośnie. Nie potrafi się przyznać, nawet przed samym sobą, do błędów i braków. Okłamują siebie, żeby osłonić się przed bólem. Unikają szlifów. I dlatego czarownicami nie są i nie będą.
Tu wcale nie chodzi o fascynację cierpieniem i mroczną stroną życia, bo wśród „gotyckich wampirów” jest tyle samo takich zakłamanych chciało-by-się, co wśród „białych czarodziejek”. To tylko prosty fakt. Rzeczywistość. Nie ma nowego życia bez bólów porodowych. Nie ma wiedzy o sobie bez spojrzenia w lustro. A tym lustrem jest świat oraz inni ludzie.
Dzisiaj znalazłam (ponownie) taki artykuł na WitchVoxie: Be Nice or I’ll Punch Your Lights Out (wart przeczytania w całości). Jest to przykład sensownego podejścia do karmy. Autorka pokazuje między innymi, że określenia dobro i zło są relatywne i że nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć przyczyn, które wpłynęły na sytuację, ani możliwych konsekwencji naszej decyzji.
Z takiego punktu widzenia odpowiedź na „co zrobić, jeśli ktoś, kogo kocham, jest chory, nieprzytomny i umiera?” przestaje być łatwa. Ludzie wierzący w wersję trójpowrotu typu „młotek” w swoich książkach odpowiadają: „Bez ich pozwolenia – nic. Widocznie wybrali sobie taką lekcję w życiu”. A jeśli ich wybraną lekcją było doświadczenie, że mogą polegać na tych, którzy ich kochają, nawet, jeśli nie są w stanie poprosić o pomoc?
Postawa taka (”nie ratuję, bo to ich lekcja”) byłaby, według mnie, równie sensowna, co gdyby strażak stanął z założonymi rękami i powiedział: „Nie będę ludzi śpiących i zaczadzonych wyciągać z budynku, skoro o to nie proszą. Niech zginą w płomieniach – widać taką sobie lekcję wybrali. Nie będę na siebie brał brzemienia trójpowrotu. Kto wie, może z tego dziecka, co się właśnie spala, w przyszłości wyrósłby nowy Hitler?”
Ale z drugiej strony… większość ludzi przynajmniej raz doświadczyła pomocy, której sobie wcale nie życzyli i która, z ich punktu widzenia, była przymusem i wcale nie działała dla ich dobra. Wydaje się, że dobrym przykładem byłoby tu nawracanie – w końcu nikt nie ma ochoty na pranie mózgu. Czyli pomoc wbrew czyjejś woli jest zła. Mamy już przynajmniej jedną wartość absolutną. A… jeśli to „nawracanie” jest próbą wyrwania kogoś z destruktywnej grupy? Jeśli dziecko zmuszane jest do zażycia lekarstwa, żeby się nie pochorowało? Jeśli, po wszystkim, osoba wcześniej się sprzeciwiajaca stwierdzi, że ta pomoc wbrew woli wyszła jej na dobre?
Nigdy nie możemy być pewni, że postąpiliśmy dobrze – ani tego, że postąpiliśmy źle. Każda decyzja – a także jej brak, bo niedziałanie pozostaje jakimś wyborem – powoduje konsekwencje. Myślę, że w dalszej perspektywnie zawsze znajdą się i jakieś złe, i dobre. Pozostaje tylko się starać być najlepszym, jakim w danej chwili się może.
Wczoraj czytałam sobie „Misteria Kabirów. Prometeusz” Karla Kerenyi. Znalazłam tam taki cytat:
„jeden jest człowieczy
i jeden bogów ród. Z jednej macierzy
oba nasze rody dech zaczerpnęły. A przecież dzieli nas cała moc
tak rozdzielona, że tu nic, a tam trwa na wieczność
spiżowa, krzepka nieb siedziba.”W ten sposób Pindar w szóstej odzie nemejskiej jednoczy ze sobą i rozdziela plemię ludzi i bogów.
Konkurs tygodnia: gdzie w tekstach związanych z Wicca znajduje się tekst identyczny jak pierwsza połowa wiersza?
Miałam napisać o czym innym, ale przez przypadek wpadłam na artykuł Mary Wakefield przedrukowany w Forum, a następnie przeklejony na katolicki serwis Apologetyka (już niedostępny). Jest to sprawozdanie z rozmowy przeprowadzonej w angielskim pubie z neopoganinem o imieniu Steve.
Dziennikarka miała do rozmówcy stosunek niechętny i raczej pogardliwy, co widać po jej wypowiedziach (”… przyjrzałam mu się uważniej w poszukiwaniu oznak konszachtów z diabłem”, „Przecież chyba nie wierzysz, że istnieją te setki pradawnych bóstw?”, „Steve, ale ty powinieneś lubić Kościół anglikański.”). Usiłuje wywołać takie samo uczucie również u czytelnika. Robi to za pomocą odpowiednio dobranych komentarzy i interpretacji: „Steve wstydliwie chowa dłonie pod stół” po tym, jak spytała go o zasady neopogaństwa (przyglądając mu się w poszukiwaniu kontaktu z diabłem), artykuły w przeglądanym przez nią neopogańskim czasopiśmie brzmią „smętnie znajomo, jak fragmenty poradnika psychologicznego”, a wywiad określa mianem „kursu reedukacyjnego”.
Z jednej strony próba manipulacji sympatiami czytelnika bije w oczy, a z drugiej… Jeśli pozostałe rzeczy przez nią opisywane i cytowane są prawdziwe, to ja jej się nie dziwię. Pomijam już wyśmiewanie grafomańskiej poezji i bzdurnych dyskusji, które można znaleźć na samym końcu. Pozwolę sobie natomiast zacytować fragment rozmowy dziennikarki ze Stevem. Otóż…
Dziewięć tysięcy nastolatek w Anglii zostało czarodziejkami wicca.co.uk z powodu Buffy, postrachu wampirów. Że co?! – To prawda – zapewnia Steve. – Kiedy Willow, przyjaciółka Buffy, została czarodziejką lesbijką, na stronie internetowej WiccaUk zakotłowało się i w efekcie cztery i pół tysiąca nowych czarodziejek do dziś jest pogankami. To jest przyszłość!
Smutna ta przyszłość.
Ostatnio poczułam dość gwałtownie, że jestem przeciwko dalszemu robieniu wiccańskich rzeczy dla wszystkich. Zaraz wyjaśnię dlaczego.
Otóż każda grupa nieuchronnie ciąży do najniższego wspólnego mianownika. Inicjatywa wiccańska, która ma stały przypływ zupełnych „świeżasków” oznacza wieczne debaty nad znaczeniem Porady, narzekanie na chrześcijaństwo (”świeży” zwykle wciąż jeszcze głęboko przeżywają swoje odejście od głównej religii i chętnie krzyczą o nienawiści do myślących inaczej, sami ją przy tym wykazując w nadmiarze i absolutnie nie dostrzegając swojej hipokryzji), tłumaczenie „świeższym”, że Wicca to NIE JEST pradawna religia celtycka, powszechnie panującą polityczną poprawność (bo „świeży” zwykle mają tak wrażliwe ego, że na prostą uwagę, że zachowują się niezbyt grzecznie albo gadają totalne bzdury zwykle obrażają się na wieki), oraz inne bzdury.
Nudzi mnie to, mdli i inne takie rzeczy. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom takie coś może być w rozwoju potrzebne (są też oczywiście „świeżaski”, które okazują się być mądre i na poziomie, ale są w mniejszości), tak samo jak potrzebne są kolejne szczeble edukacji z przedszkolem włącznie. Niemniej jednak bycie skazanym na wieczne siedzenie w przedszkolu, samemu będąc na etapie podstawówki bądź liceum, jest torturą psychiczną. Z nudy można zwariować.
Grupa dla wszystkich nieuchronnie stanie się przedszkolem. A ja bym chciała, żeby powstał wreszcie ten etap wyższy, wyżej wspomniana podstawówka bądź liceum. I żeby ludzie zamiast tłumaczyć po raz n-ty, dlaczego chrześcijaństwa powierzchownie przemalowanego na kult natury i doprawionego wzorkami celtyckimi nie można nazywać Wicca, wreszcie to coś wspólnie zrobili. Ludzie bardziej zaawansowani istnieją i często wykazują całkiem sporo inicjatywy na działania dla innych, tylko całą ją wkładają w przedszkole. Dlaczego?
Nie tupię tutaj i nie żądam „zróbcie to dla mnie, a ja przyjdę na gotowe i będę na waszą pracę kręcić nosem” (w przeciwieństwie do większości „świeżasków”). Chętnie będę współpracowała; ile potrafię zrobić, może zobaczyć każdy, kto czytał „Na korze brzozowej spisane” czy archiwa grup wicca-pl lub Wicca-ABC. Ale tu nawet nie ma się do czego przyłączyć i z kim współpracować. Dlaczego?

Najnowsze komentarze