Neopogaństwo

Przeglądasz archiwum kategorii 'Neopogaństwo'.

Porównałam ostatnio Wielkie Arkana Tarot of the Origins z Tarot of the Secret Forest, opartym z grubsza na wzorcu Rider-Waite (niestety Secret Forest nie ma na Tarotece, więc nie podlinkuję). Uderzyło mnie przy tym, że obrazy przedstawione w Tarocie Praźródeł są zwykle zdrowsze i pozytywniejsze psychicznie.

Czytaj dalej »

Taki tytuł nosi książeczka którą dostaliśmy kupując Żakowi sandały. Sprzedawczyni zauważyła, że mówimy inaczej, więc spytała się, jak nam się na wakacjach podoba. Kiedy usłyszała, że my tutaj pracujemy, wyciągnęła całkiem sporą książeczkę i spytała, czy już taką mamy. No więc nie, nie mamy. No to proszę! Wzięłam chętnie, mając nadzieję na porządny spis telefonów alarmowych, stron lokalnej administracji i tak dalej. Nie zawiodłam się.

„Witamy w Kornwalii – Informacje dla pracowników z zagranicy” to bardzo porządna książeczka: ma 135 stron, papier kredowy i kolorowy druk. Informacje podano w czterech językach – po angielsku, polsku, chyba portugalsku i chyba rosyjsku. Wszystko czytelnie ułożone i bardzo pomocne (można między innymi poczytać o prawie angielskim dotyczącym zamieszkania, zatrudnienia, opieki zdrowotnej, szkolnictwa i tak dalej). Jest też rozdział „Wyznanie i religia”. Naturalnie od razu do niego zajrzałam.

Weźcie pod uwagę, że Kornwalia to takie angielskie Mazury – jeden z najbiedniejszych regionów UK, żyjący głównie z turystów. Rozdział o religiach zawiera jednak pełen wybór kontaktów. Różne kościoły chrześcijańskie, od anglikanów, przez katolików i rosyjskich ortodoksów po Świadków Jehowy. Muzułmanie, Bahaici, hinduiści, buddyści zwykli i Zen.

A oprócz tego – uwaga – poganie.

Książeczka kontaktowo-informacyjna, wydana przez Cornwall College i sygnowana przez Radę Okręgową Kornwalii, Government Office for the South West i tak dalej – niemalże oficjalna rządowa publikacja – zawiera informacje kontaktowe do pogan.

Kontaktem tym jest pani Cassandra Latham, lokalna wiedźma (jak się tytułuje: wioskowa mądra kobieta). Żeby było jasne – kontakt w książeczce nie jest kryptoreklamą, ponieważ znajduje się tam tylko jej email (stronę sama znalazłam już dawno temu). Jak można przeczytać na jej stronie, pani Latham czarownicą jest pełnoetatowo, a zajmuje się między innymi przeprowadzaniem ślubów, błogosławieństw dzieci i nabożeństw pogrzebowych, ale też oczyszczaniem domów, egzorcyzmami, rzucaniem zaklęć i zdejmowaniem klątw, usuwaniem brodawek, wróżeniem z kart Tarota i uzdrawianiem.

I nikt na nią nie poluje.

Uff… powoli dochodzę do siebie.

Swoją drogą, kiedy pani sprzedawczyni usłyszała, że jesteśmy z Polski, zaprosiła nas (nienachalnie!!) na nabożeństwo do swojego kościoła (katolickiego). Na informację że katolikami nie jesteśmy, uśmiechnęła się i powiedziała: „that’s ok”. Ona zaprasza, możemy przyjść i posłuchać, a po nabożeństwie będzie herbatka. Drugą atrakcją wieczoru, jeśli dobrze zrozumiałam, ma być kot. Zastanawiam się, czyby się nie wybrać z ciekawości religioznawczej, bo chciałabym zobaczyć, czy i jak obrządek katolików angielskich różni się od polskiego. Kościół w każdym razie jest o wiele skromniejszy, co może wynikać albo z tego, że są jednak mniejszością wyznaniową, albo z tego, że są mimo wszystko przyzwyczajeni do surowego protestanckiego wystroju wnętrz.

Tylko perspektywa herbatki w gronie starszych pań troszkę mnie przeraża, mimo że opanowałam już nieco sztukę uprzejmej i obszernej rozmowy o pogodzie wczorajszej, dzisiejszej i za tydzień.

Dalej czytam „The Living Goddesses” Gimbutas i po tej lekturze mam coraz silniejsze wrażenie, że wiemy więcej niż nam się wydaje (lub niż nam próbują wmówić).

No bo tak: standardowy wywód na temat dawnych społeczeństw to fotografie malowideł naskalnych przedstawiających zwierzęta plus posążek Wenus z Willendorfu czy reliefy naskalne z Laussel połączone z opowieścią o Rogatym Bogu polowania, szamanach i kulcie życiodajnej Bogini Księżyca w matriarchalnych społeczeństwach. W bardziej rozwiniętej wersji kładącej nacisk na matriarchat może się jeszcze na przykład trafić Çatal Hüyük.

Gimbutas o malowidłach naskalnych nic jeszcze nie pisała (na oko zajmuje się raczej neolitem niż epokami wcześniejszymi; muszę potem jeszcze raz przejść przez książkę z notesikiem i zrobić jakiś ładny diagramik czasowo-przestrzenny). Nie napisała też nic, co mogłoby mnie przekonać, że faktycznie czczono boginię związaną z Księżycem. O ile pamiętam nie starała się nawet tego udowodnić. Pokazała za to, że istniała zadziwiająca różnorodność przedstawień bogini/bogiń, choćby tych związanych z symboliką zwierzęcą: między innymi ptaki, szczególnie drapieżne, ryby, jeże, węże oraz byki (głowy bycze identyfikowano graficznie z kobiecym układem rozrodczym jakby się ktoś zastanawiał, żaden tam Rogaty Bóg). Oprócz tego mamy kobiece postaci tłuste, ciężarne, symboliczne (tylko trójkąt łonowy, tylko piersi, tylko oczy), „sztywne białe boginie” znajdowane w grobach i tak dalej. Gimbutas pisze czasem „the goddess” albo wspomina o „roli pierwiastka żeńskiego w religii Dawnych Europejczyków”, co faktycznie może dać podstawę interpretacji że to wszystko jedna bogini. Niemniej jednak jest tych przedstawień multum i wcale nie są takie jednorodne! Całkiem możliwe, że czczono wtedy wiele bogiń o różnych atrybutach.

Ba, nie tylko posążki i malowidła przetrwały. Mamy też całkiem sporo resztek wykopanych świątyń (a także małych modeli świątyń!) oraz… pismo. Nierozszyfrowane jeszcze co prawda. Jego znaki powtarzają się później w kreteńskim piśmie linearnym A oraz jednej z wczesnych odmian pisma na Cyprze. (O ile dobrze pamiętam, Gimbutas pisze dalej, że na odizolowanym Cyprze przez jakiś czas używano alfabetu greckiego do zapisu dwóch języków, z których jeden nie miał korzeni indoeuropejskich, co potwierdzać ma jej tezę o najeździe i rugowaniu dawnych kultur, a także wskazywać na pewien okres istnienia dwóch ludów obok siebie).

O świątyniach dopiero zaczęłam czytać. Gimbutas twierdzi, że przez bardzo długi czas naukowcy uważali świątynie za dziwne domy (patrz opis zbudowanych na bazie trójkąta równobocznego „domów” z ołtarzami ze stanowiska Lepenski Vir), bo miały w sobie rzeczy codziennego użytku. Tymczasem na odwrót – pewne czynności (a konkretnie tkactwo, garncarstwo/wyrób ceramiki oraz wypiek chleba) obecnie związane z życiem codziennym były wtedy sakralne. Stwierdzić to można po modelach świątyń zawierających stanowiska piekarskie i kobiety wyrabiające chleb, albo też po pozostałościach dwupiętrowej świątyni, która na parterze miała warsztat wyrobu ceramiki, a dopiero na górze właściwą część świątynną.

Właśnie zahaczyłam o wywiad z Phyllis Curott na blogu WildHunt. Ciężko przeraził mnie tok jej rozumowania i mam problem dostrzec w nim jakąkolwiek logikę. Otóż w Arabii Saudyjskiej żyła-była sobie pewna kobieta, Fawza Falih Muhammad Ali, i została skazana na śmierć za bycie czarownicą. No a Phyllis Curott (nie tylko ona jedna oczywiście) stara się zapobiec wykonaniu wyroku. Dlaczego mnie to ciężko przeraża?

Trzeba przypomnieć, że to, co z ich języka tłumaczy się na nasze jako czarownica to zdecydowanie nie to samo, co czarownica w najczęstszym rozumieniu neopogańskim (”osoba praktykująca religię natury/płodności, czcząca Boginię i Boga, etc”). Ważne jest, że w wielu językach istnieją różne określenia na praktykujących magię, które po angielsku czy polsku załatwia się jednym „czarownica”, i w związku z tym łatwo o nieporozumienia. Istotne jest to, że po naszemu jako „czarownica” tłumaczy się najczęściej pojęcia dotyczące uprawiania magii złośliwej. Taka historyczna zaszłość, po prostu nie ma na to innego słowa!

Pani Curott o tym pamięta, ale… (cytuję za WildHunt, tłumaczenie moje, uwagi w nawiasach kwadratowych uzupełniają brakujący kontekst):

Jest jeszcze jeden powód [dla którego Phyllis Curott uważa, że ten przypadek powinien być ważny dla współczesnej społeczności pogańskiej]. Nie sądzę, aby Fawza praktykowała cokolwiek przypominającego to, co obecnie większość z nas nazywa Wicca i Czarownictwem. Jeśli w ogóle coś uprawiała, a nie jest to jasne, mógł to być jakiś rodzaj starej, tradycyjnej magii ludowej. To nie ma znaczenia – została skazana na śmierć przez odrąbanie głowy za Czarownictwo. Jest to słowo, które wielu z nas używa na określenie samych siebie. Słowo to oznacza, że jest ona członkiem naszej społeczności.

Jeśli nie widzicie konsekwencji tej wypowiedzi, to spróbujcie wykonać następujący eksperyment myślowy:

Istnieją obecnie ruchy na temat legalizacji pedofilii i głoszące „dobrą pedofilię”. Wyobraźcie sobie, że minęło parędziesiąt lat, słowo „pedofil” dla części ludzi zmieniło znaczenie i dajmy na to zaczęło oznaczać kogoś, kto się opiekuje dziećmi i się o nie troszczy. Wy opiekujecie się dziećmi i w związku z tym uważacie się za pedofilów. Dowiadujecie się (dzięki wspaniałym mediom), że w kraju X ktoś został skazany za pedofilię. Jesteście świadomi tego, że słowa nie zmieniły tam znaczenia i że prawdopodobnie oznacza to, że ten ktoś dzieci gwałcił a nie opiekował się nimi, ale go i tak bronicie, bo… bo media nazwały go tak samo, jak nazywacie się sami?!

Gdzie tu logika?

Najpierw sobie przywłaszczamy jakieś określenie (np. na uprawianie magii negatywnej), a potem co, w ogóle przestają istnieć praktykujący tę magię negatywną? No przecież nie! I jakoś ich trzeba nazywać!

Na koniec disclaimer: abstrahuję w tym momencie od tego czy Fawza była czegokolwiek winna, od tego czy prawo w Arabii Saudyjskiej jest słuszne czy nie, od tego jakie są historyczne konsekwencje procesów o czarownictwo (rozumiane jako uprawianie złośliwej magii) i tak dalej. Obchodzi mnie tylko tok rozumowania Phyllis Curott.

Sporo się mówi o Wielkiej Bogini z czasów neolitu, wspominając zwykle przy tym, że żyła-była taka archeolożka, Marija Gimbutas, i ona to udowodniła, że… No więc postanowiłam sprawdzić co faktycznie Gimbutas udowodniła i kupić sobie jej książki, albowiem efekt głuchego telefonu wyczynia czasem dziwne rzeczy.

Na pierwszy ogień poszła „The Living Goddesses” – jej ostatnia praca angielskojęzyczna, wydana już pośmiertnie i zredagowana przez Miriam Robbins Dexter. Zachęciła mnie do niej wzmianka o tym, że autorka po raz pierwszy wspomniała o współczesnych resztkach dawnego kultu bogini. Wzmianka okazała się niestety myląca, bo po pobieżnym przejrzeniu zorientowałam się, że w roli współczesnych resztek występuje opis roli bogiń w mitologii etruskiej, baskijskiej, germańskiej, bałtyckiej i celtyckiej. Nic to jednak, przegryzajmy się dalej.

Już w pierwszym rozdziale pt. „Symbolic Significance of the Human Body” pojawiają się oznaki głuchego telefonu. Gimbutas pisze (tłumaczenie moje):

Nasze programowanie kulturowe prowadzi do założenia, że przedstawienia kobiece niezmiennie oznaczają „ziemię jako płodność”, a w związku z tym wszystkie nagie artefakty kobiece stają się „figurkami płodności”. Kultury Dawnej Europy z pewnością troszczyły się o płodność. Jednak jak zobaczymy, wielka różnorodność figurek, a szczególnie ich neolitycznych kontekstów archeologicznych, sugeruje że siła żeńska pełniła szerszą rolę religijną.

Pod tym przypis redaktorki:

Jest to częsty temat w pracach Mariji Gimbutas, niezrozumiany przez wiele osób twierdzących, że głosiła ona istnienie pojedynczego, jednowymiarowego bóstwa, zarówno dla europejskiego górnego paleolitu jak i neolitu, bogini „płodności” lub bogini „matki”. Świetne wyjaśnienie różnorodnych funkcji i manifestacji starożytnych figurek kobiecych przedstawia Rice (Patricia C. Rice, 1981, „Prehistoric Venuses: Symbols of Motherhood or Womanhood” w „Journal of Anthropological Research 37 (4)”). Rice argumentuje, że to, co zwie się figurkami Wenus z górnego paleolitu to tak naprawdę figurki kobiet wszelkiego wieku, od kobiet młodych przez ciężarne do starych.

Jak na razie wciąż jestem na początku „The Living Goddesses”, ale z chęcią przeczytam o tej szerszej roli religijnej. Mam nadzieję, że będzie to coś jak w „The Great Cosmic Mother”, która to książka ucieszyła mnie mówiąc o roli kobiet w rozwoju rzemiosła i sztuki.

Kiedy przeczytałam krótką wzmiankę o kieszonkowych świątyniach (”pocket shrine”) Hindusów, stwierdziłam, że na pewno na Googlach da się znaleźć coś więcej. Żeby było śmieszniej, to o hinduskich świątyniach nie znalazłam nic, ale dowiedziałam się, że „pocket shrine” to typ hobbystycznego rękodzieła i to niekoniecznie religijnego w zamyśle – HobbyLoco, jedna ze stron na ten temat wyjaśnia, że „kieszonkowe świątynie to po prostu nakierowane na określony temat, mieszczące się w kieszeni dzieła sztuki. Często wykonuje się je z pudełek od zapałek lub małych puszek.” Poniżej co ciekawsze linki:

  • Aisling’s Guide to Art Shrines – najlepsza strona, opis jak zrobić kieszonkową świątynię, gotowe przykłady i różne inspiracje (książki, linki itp).
  • Pocket Shrines – blog/lista na serwisie livejournal gromadząca pomysły różnych ludzi.
  • Shrine-a-long – temat na forum Craftster poświęcony świątyniom – zbiór polecanych linków do książek, artykułów i świątyń wykonanych przez innych ludzi
  • Shrine-a-long 2008 – to samo forum, zbiór świątyń wykonanych w roku 2008
  • Crafty Chica’s Paper & Assemblage Projects – strona autorki książki o wykonywaniu kieszonkowych świątyń. Na stronie zdjęcia i opisy wykonanych przez autorkę projektów.
  • Creating Personal Shrines – artykuł o zastosowaniach osobistych świątyń (oddawanie czci, przypominanie, uzdrawianie i inne), zdjęcia osobistych świątyń autorki, linki do stron i spis książek.
  • Matchbox Shrines – fotografie artystycznych świątyń kieszonkowych wykonanych w pudełkach od zapałek
  • Jackie’s Stuff: Pocket & Personal Shrines – zbiór zdjęć świątyń służących do modlitwy lub medytacji. Każde pudełko zawiera jeden nieprzymocowany przedmiot, który właściciel powinien trzymać w dłoni modląc się lub medytując.
  • HobbyLoco: Matchbox Shrines – kilka zdjęć artystycznych świątyń, parę wybranych linków.
  • Turn a tin into a pocket shrine, Traveller’s Pocket Shrine i Super Viral Pocket Shrine opisują inny typ kieszonkowej świątyni. Pudełko zawiera wewnątrz tylko dwie świeczki herbaciane, samo natomiast, przyozdobione z zewnątrz odpowiednimi wizerunkami, może służyć za ołtarz.
  • Kolejną wariacją na temat jest Matchbook Shrine, czyli coś co udaje amerykańskiego typu „książeczkę zapałek”, tylko z jedną modyfikacją: na każdej „zapałce” z tyłu napisano krótki tekst przypominający o czymś związanym z głównym tematem świątyni. Kamuflaż do kwadratu!
  • I wreszcie jeszcze jedna wariacja, The Wallet Shrine – uszyta z materiału świątynia-portfel, wzorowana na meksykańskim portfelu ze świętymi.

Kolejne artykuły, które nie pasowały na bircha, ale chciałam je zachować:

(To był kiedyś artykuł na stronie „Na korze brzozowej spisane”. Przeniosłam go tutaj, bo nie pasuje do nieco zmienionej koncepcji bircha).

Przeczytałeś książkę, artykuł czy stronę i poczułeś, że to jest to, albo że to może być to. Chcesz się zająć Wicca. Chcesz zostać Wiccaninem… ale jak? Tylu ludzi zadaje sobie (i mnie, w emailach) to pytanie, że postanowiłam na ten temat napisać artykuł. Być może pomoże ci on na twojej drodze. (Uwaga: wszystkie te podpunkty są istotne!)

Czytaj dalej »

O zmianie wiary

(To był kiedyś artykuł na stronie „Na korze brzozowej spisane”. Przeniosłam go tutaj, bo nie pasuje do nieco zmienionej koncepcji bircha).

Spotykam oraz (o wiele częściej) otrzymuję maile od osób, które rozważają zmianę religii na Wicca bądź oświadczają, że niedawno to zrobiły. Chciałabym więc podzielić się paroma przemyśleniami odnośnie takiej zmiany. Mam nadzieję, że mój artykuł pomoże w podjęciu tego trudnego wyboru – na tak albo na nie – oraz wyjaśni, z jakimi problemami mogą spotkać się „świeży” Wiccanie i pozwoli osobom niezainteresowanym tą wiarą zrozumieć pozycję i uczucia nowicjuszy.

Czytaj dalej »

(To był kiedyś artykuł na stronie „Na korze brzozowej spisane”. Przeniosłam go tutaj, bo nie pasuje do nieco zmienionej koncepcji bircha).

Wybór ścieżki nie jest kwestią wyboru między wbiciem się na siłę w sztywny, nieprzystający (lub częściowo nieprzystający) do nas „wzorzec” czy też „normę” (= dopasowaniem siebie do ścieżki, ślepym podążaniem za tym, co inni nam nakażą robić), a stworzeniem własnego, całkowicie do siebie pasującego „wzorca”.

Czytaj dalej »

« Późniejsze wpisy