Jacy są współcześni poganie?

Po poganach, którzy spędzili na ścieżce więcej niż powiedzmy 5 lat, spodziewałabym się bezkompromisowości i wiary w siebie. Nie dlatego, że są poganami, ale dlatego, że są członkami zdezorganizowanej religii mniejszościowej.

Jak na razie, większość pogan zaczyna samotnie: samotnie przemyśliwa rzeczy i praktykuje. Żeby w ogóle zacząć, muszą przeciwstawić się naciskowi otoczenia, które mówi im (bezpośrednio lub nie), jakie zachowanie jest akceptowalne: które religie, jaki stopień żarliwości religijnej, jaki stopień wiary w rzeczy nadprzyrodzone, jaki stopień zainteresowania innymi religiami, jakie praktyki.

Żeby się temu oprzeć, zaryzykować coś nowego, hipotetyczny poganin musi mieć wiarę w siebie i w to, że wie lepiej niż inni. A potem musi się tego trzymać, wytrzymać erozję poglądów wynikającą z zetknięcia ze światem, który mówi „to nie ma sensu”, „nie wychylaj się”, „nie bądź śmieszny”, który utrudnia odłożenie czasu na praktyki religijne (jak powiedzieć „teraz chcę spokojnie sie pomodlić” jeśli twoja rodzina uważa twoją religię za złą lub śmieszną?) i ogólną zmianę siebie. Świat nie chce, żebyś stał się poganinem. Świat lubi status quo.

Dlatego większość pogan, którzy wytrwali przy swoim, zrobili to płynąc pod prąd. To są ludzie twardzi, przyzwyczajeni do walki i do tego, że wiedzą lepiej.

Stąd, oczywiście, biorą się potem wojny. Składasz dziesięciu ludzi nienawykłych do współpracy w grupie, a nawykłych za to do stawiania na swoim i cenienia swoich poglądów nad poglądy innych, a kończy się to jatką, bo każdy z członków wie lepiej i głęboko w swój autorytet wierzy (bo bez tej wiary by nie przetrwał jako poganin).

Kiedy pogaństwo będzie bardziej mainstreamowe, kiedy będzie można je praktykować bez wysiłku psychicznego, kiedy poganie będą nawracać się przez dołączenie do społeczności (nie grupy-zbieraniny indywidualistycznych jednostek), kiedy będą mogli uznać autorytet innych bez obawy, że utracą swoją tożsamość – wtedy wojny przycichną. „Konformista” to inne słowo na „człowiek, z którym wreszcie można coś zbudować”.

Czasem bezkompromisowość nazywa się „ego”, przydając temu słowa negatywny wydźwięk. Nie podoba mi się to. Nie zgadzam się z tym, żeby abnegacja, altruizm i pokora były cechami duchowości. Podobało mi się podejście Brendana Myersa w książce „The other side of virtue” (druga strona cnoty). Myers pokazuje tam, że obecna kultura zachodnia uważa, że duchowość wyraża się poprzez cnoty oparte na pasywności i zaniechaniu (posłuszeństwo, skromność, wyrzekanie się rzeczy itp), gdy tymczasem pogańskie cnoty były wg niego aktywne i polegały na dążeniu do doskonałości (rzeczy takie jak honor, odwaga, zaufanie, przyjaźń i sprawiedliwość).

Generalnie, jako poganka, wolałabym być bohaterem niż świętym/pustelnikiem.

Polecam też esej Thorn Coyle o cnocie dumy.

Pagan everyday: breakfast blessing prayer

Speaking a blessing over my morning meal is, I believe, of great benefit to me as a Pagan. Before eating I first hold my hands over or around the plate and visualise filling my food with beneficial energy (I use Reiki on it, but you could simply channel divine energy, or bless it in some other way, however you perceive magic). Internally, I pray. In my mind I speak a blessing for every entity without whom I would not have my breakfast. I think of the Earth, grasses and corn that grow on it, cows, farmers, various factory workers, transport workers, and finally clients that pay for my work, and bless each of them. I imagine the whole process of transforming basic ingredients into my morning meal. I thank all beings involved. Then I eat.

I think that this prayer helps me develop a Pagan way of thinking. Before I can bless everyone involved in the process of making my meal I have to read the list of ingredients and research where they come from. This turns me into a responsible citizen of the world, well-aware of the impact I’m making on the planet and its inhabitants, and helps me make well-informed choices when purchasing food. I develop a stronger relationship with the world and its inhabitants. Finally, by pronouncing a blessing I also affirm my personal power – I am not powerless and alone, I have a connection to the Gods and I can use it to better the world.

This practice has some obvious personal benefits as well. A meal that has been magically transformed and blessed will make me stronger. Additionally, when I research what goes into my food I become more aware of what I take in. Pronouncing a blessing over what I know to be junk food leaves me feeling uneasy, since I know it’s not good for me and I will hurt myself when I eat it. It’s not a worthy fuel for the temple and the gift of the Gods that is my body. I’m therefore compelled to develop healthier dietary habits.

(Read this excerpt from Barbara Brown Taylor’s excellent book „An Altar in the World” on the practice of pronouncing blessings to see where I got the inspiration for my morning prayer).

Co to znaczy: być czarownicą? / What does it mean to be a witch?

Co to znaczy: być czarownicą?

Najistotniejsza spośród cech które według mnie definiują czarownicę jest jej pozycja w społeczeństwie. Czarownica jest samotniczką. Zajmuje miejsce na obrzeżu społeczności. Dobrowolnie i chętnie zajmuje się rzeczami, których “przyzwoita” osoba nie lubi, boi się lub brzydzi. Dlatego nikt nie przyznaje się do bliższych znajomości z czarownicą. Nawet krewni dyskretnie zrywają z nią stosunki. Czarownica zagraża porządkowi społecznemu, ponieważ bezkarnie angażuje się w czynności zakazane w niepisanej umowie społecznej. Podczas “polowań na czarownice” (poszukiwań winnego) jest jedną z pierwszych kandydatek na kozła ofiarnego.

Na codzień jednak czarownicę się toleruje, ponieważ jej usługi są niezbędne. Spełnia potrzeby, do których “przyzwoici” ludzie wstydzą się przyznać, ale które muszą znaleźć gdzieś ujście. Przychodzą więc do niej potajemnie, po zmroku, aby zaspokoić swoje pożądanie (czary miłosne), pragnienie zemsty (czary szkodliwe), chciwość i dążenie do wyższego statusu społecznego (czary pieniężne), pragnienie władzy (czary manipulacyjne), lub by zdobyć kontrolę nad własnym i cudzym życiem (wróżenie). Dostarcza też trucizn, środków poronnych i antykoncepcyjnych.

Czarownica jest w tym podobna do innych zawodów praktykowanych na pograniczu społeczeństwa: pielęgniarzy, śmieciarzy, rzeźników, grabarzów i balsamistów. Najbliższa jednak jest prostytutce, bo obie te profesje są najczęściej nielegalne i uprawiane po zmroku, a także działaczowi społecznemu, zwłaszcza feministce, bo odwraca tradycyjny porządek społeczny i daje władzę grupie ludzi tradycyjnie jej pozbawionej. “Przyzwoite” kobiety odżegnują się od bycia feministkami, ale korzystają ze zdobyczy tego ruchu. Nieprzypadkowo też stereotypowe czarownice, prostytutki i feministki wyobrażane są jako kobiety.

Czarownica używa magii “niskiej”: ludowej, brudnej, brzydkiej, przyziemnej, codziennej, niewyrafinowanej i niewyedukowanej. Jest praktyczna: do czarów wykorzystuje składniki łatwo dostępne i pozornie niewinne. Interesują ją rezultaty. O jej zaklęciach nie da się powiedzieć “to mi się tylko przywidziało” albo “to tylko technika psychologiczna”. Są namacalne i słyszalne: węzełki, amulety, świece, przepisywane na skrawku papieru modlitwy, napary i maści, a nie wizualizacje, afirmacje i białe światło. Cywilizowani ludzie wstydzą się wierzyć w magię czarownicy.

Czy czarownice czczą diabła? Nie wiem, ale jeśli mieszkają w kraju chrześcijańskim, to ich otoczenie będzie tak uważało. Diabeł to symbol wszystkiego, co w kulturze chrześcijańskiej nieakceptowane, ale pociągające. Dlatego czarownica, nawet jeśli wyznaje inną wiarę lub jest w ogóle ateistką, symbolicznie jest służką diabła. Wicca i religie naśladujące tą religię wydają mi się mało czarownicze. Mieszczą się według mnie raczej w tradycji benandanti, szeptuch, zaklinaczy itp: ludzi, którzy praktykowali magię aprobowaną społecznie (leczyli, zdejmowali uroki i… wykrywali czarownice). Prawo trójpowrotu i wiccańska porada są odwrotnością czarownictwa: są prospołeczne, a nie antyspołeczne.

Według tej definicji większość ludzi uważających się za czarownice tak naprawdę nimi nie jest. Czarownicą zostaje się bowiem tak samo, jak przywódcą: ten tytuł nadają ci inni ludzie. Kobieta jest czarownicą, jeśli otoczenie odpowiednio ją traktuje. Czasem zostaje nazwana czarownicą wbrew swojej woli.

Źródła literackie na których opieram swój wizerunek czarownicy to między innymi:


What does it mean to be a witch?

In my opinion, the most important trait that defines a witch is her social standing. A witch is a loner. She exists on the fringe of the society. She voluntarily and gladly engages in activities that “decent” people dislike, are afraid of or find repulsive. For this reason noone admits to a close relationship with a witch. Even her relatives discreetly cut all ties with her. A witch threatens the social order since she engages in forbidden activities with impunity. She is one of the first candidates for a scapegoat whenever a “witch-hunt” is on.

Most of the time, though, “decent” people tolerate a witch, since her services are indespensable. She meets the needs to which they are too ashamed to admit, but that have to find an outlet somewhere. Thus, people come to her in secret, after nightfall, to satisfy their lust (love spells), desire for revenge (maleficent spells), greed and drive to increase their social standing (money spells), desire for power (manipulative spells), or to gain control their own and other people’s lives (fortune telling). She is also the source of poisons, abortifacients and contraceptives.

In this regard a witch is similar to other people holding jobs that are barely accepted by the society: nurses, dustmen, butchers, grave diggers and embalmers. Her closest relative is a prostitute, since both these professions are mostly illegal and practised in the dark, and a social activist, especially a feminist, since she reverses the social order and empowers a traditionally powerless groups. “Decent” women deny any connection to feminism, but they benefit from achievements of this movement. It is also not a coincidence that stereotypical witches, prostitutes and feminists are all imagined as women.

Witches’ magic is “low”: folk, dirty, ugly, material, everyday, unrefined and uneducated. A witch is pragmatic: her spell ingredients are easily accessible and seemingly innocent. Her spells cannot be dismissed as delusions or psychological techniques. They are tangible and audible: bundles and bags, amulets, candles, prayers scribbled on paper scraps, brews and salves; not visualisations, affirmations and white light. Civilised people are too embarassed to believe in witches’ magic.

Do witches worship the devil? I don’t know, but if they live in a Christian country, their neighbours will think they do. The devil is a symbol of all that Christians do not approve, but to which they feel drawn. For this reason, a witch is symbolically the devil’s servant, even if she professes some other religion than Christianity or is an atheist. Wiccan and similar religions don’t seem to be very witchy to me. Instead, they continue traditions of benandanti, conjurers, and wise women: people who practiced socially accepted magic (healing, lifting curses and… detecting witches). The threefold law and Wiccan Rede are directly opposite to witchcraft, since they’re pro-social, not anti-social.

According to this definition, the majority of people who consider themselves witches – aren’t. One becomes a witch in the same way in which one becomes a leader: by being proclaimed as such by other people. A woman is a witch, if she is treated as such by her neighbours. Sometimes this happens against her will.

Here are the literary sources that portray a witch similarly:

Witamy w Kornwalii

Taki tytuł nosi książeczka którą dostaliśmy kupując Żakowi sandały. Sprzedawczyni zauważyła, że mówimy inaczej, więc spytała się, jak nam się na wakacjach podoba. Kiedy usłyszała, że my tutaj pracujemy, wyciągnęła całkiem sporą książeczkę i spytała, czy już taką mamy. No więc nie, nie mamy. No to proszę! Wzięłam chętnie, mając nadzieję na porządny spis telefonów alarmowych, stron lokalnej administracji i tak dalej. Nie zawiodłam się.

„Witamy w Kornwalii – Informacje dla pracowników z zagranicy” to bardzo porządna książeczka: ma 135 stron, papier kredowy i kolorowy druk. Informacje podano w czterech językach – po angielsku, polsku, chyba portugalsku i chyba rosyjsku. Wszystko czytelnie ułożone i bardzo pomocne (można między innymi poczytać o prawie angielskim dotyczącym zamieszkania, zatrudnienia, opieki zdrowotnej, szkolnictwa i tak dalej). Jest też rozdział „Wyznanie i religia”. Naturalnie od razu do niego zajrzałam.

Weźcie pod uwagę, że Kornwalia to takie angielskie Mazury – jeden z najbiedniejszych regionów UK, żyjący głównie z turystów. Rozdział o religiach zawiera jednak pełen wybór kontaktów. Różne kościoły chrześcijańskie, od anglikanów, przez katolików i rosyjskich ortodoksów po Świadków Jehowy. Muzułmanie, Bahaici, hinduiści, buddyści zwykli i Zen.

A oprócz tego – uwaga – poganie.

Książeczka kontaktowo-informacyjna, wydana przez Cornwall College i sygnowana przez Radę Okręgową Kornwalii, Government Office for the South West i tak dalej – niemalże oficjalna rządowa publikacja – zawiera informacje kontaktowe do pogan.

Kontaktem tym jest pani Cassandra Latham, lokalna wiedźma (jak się tytułuje: wioskowa mądra kobieta). Żeby było jasne – kontakt w książeczce nie jest kryptoreklamą, ponieważ znajduje się tam tylko jej email (stronę sama znalazłam już dawno temu). Jak można przeczytać na jej stronie, pani Latham czarownicą jest pełnoetatowo, a zajmuje się między innymi przeprowadzaniem ślubów, błogosławieństw dzieci i nabożeństw pogrzebowych, ale też oczyszczaniem domów, egzorcyzmami, rzucaniem zaklęć i zdejmowaniem klątw, usuwaniem brodawek, wróżeniem z kart Tarota i uzdrawianiem.

I nikt na nią nie poluje.

Uff… powoli dochodzę do siebie.

Swoją drogą, kiedy pani sprzedawczyni usłyszała, że jesteśmy z Polski, zaprosiła nas (nienachalnie!!) na nabożeństwo do swojego kościoła (katolickiego). Na informację że katolikami nie jesteśmy, uśmiechnęła się i powiedziała: „that’s ok”. Ona zaprasza, możemy przyjść i posłuchać, a po nabożeństwie będzie herbatka. Drugą atrakcją wieczoru, jeśli dobrze zrozumiałam, ma być kot. Zastanawiam się, czyby się nie wybrać z ciekawości religioznawczej, bo chciałabym zobaczyć, czy i jak obrządek katolików angielskich różni się od polskiego. Kościół w każdym razie jest o wiele skromniejszy, co może wynikać albo z tego, że są jednak mniejszością wyznaniową, albo z tego, że są mimo wszystko przyzwyczajeni do surowego protestanckiego wystroju wnętrz.

Tylko perspektywa herbatki w gronie starszych pań troszkę mnie przeraża, mimo że opanowałam już nieco sztukę uprzejmej i obszernej rozmowy o pogodzie wczorajszej, dzisiejszej i za tydzień.

Wiemy więcej niż nam się wydaje

Dalej czytam „The Living Goddesses” Gimbutas i po tej lekturze mam coraz silniejsze wrażenie, że wiemy więcej niż nam się wydaje (lub niż nam próbują wmówić).

No bo tak: standardowy wywód na temat dawnych społeczeństw to fotografie malowideł naskalnych przedstawiających zwierzęta plus posążek Wenus z Willendorfu czy reliefy naskalne z Laussel połączone z opowieścią o Rogatym Bogu polowania, szamanach i kulcie życiodajnej Bogini Księżyca w matriarchalnych społeczeństwach. W bardziej rozwiniętej wersji kładącej nacisk na matriarchat może się jeszcze na przykład trafić Çatal Hüyük.

Gimbutas o malowidłach naskalnych nic jeszcze nie pisała (na oko zajmuje się raczej neolitem niż epokami wcześniejszymi; muszę potem jeszcze raz przejść przez książkę z notesikiem i zrobić jakiś ładny diagramik czasowo-przestrzenny). Nie napisała też nic, co mogłoby mnie przekonać, że faktycznie czczono boginię związaną z Księżycem. O ile pamiętam nie starała się nawet tego udowodnić. Pokazała za to, że istniała zadziwiająca różnorodność przedstawień bogini/bogiń, choćby tych związanych z symboliką zwierzęcą: między innymi ptaki, szczególnie drapieżne, ryby, jeże, węże oraz byki (głowy bycze identyfikowano graficznie z kobiecym układem rozrodczym jakby się ktoś zastanawiał, żaden tam Rogaty Bóg). Oprócz tego mamy kobiece postaci tłuste, ciężarne, symboliczne (tylko trójkąt łonowy, tylko piersi, tylko oczy), „sztywne białe boginie” znajdowane w grobach i tak dalej. Gimbutas pisze czasem „the goddess” albo wspomina o „roli pierwiastka żeńskiego w religii Dawnych Europejczyków”, co faktycznie może dać podstawę interpretacji że to wszystko jedna bogini. Niemniej jednak jest tych przedstawień multum i wcale nie są takie jednorodne! Całkiem możliwe, że czczono wtedy wiele bogiń o różnych atrybutach.

Ba, nie tylko posążki i malowidła przetrwały. Mamy też całkiem sporo resztek wykopanych świątyń (a także małych modeli świątyń!) oraz… pismo. Nierozszyfrowane jeszcze co prawda. Jego znaki powtarzają się później w kreteńskim piśmie linearnym A oraz jednej z wczesnych odmian pisma na Cyprze. (O ile dobrze pamiętam, Gimbutas pisze dalej, że na odizolowanym Cyprze przez jakiś czas używano alfabetu greckiego do zapisu dwóch języków, z których jeden nie miał korzeni indoeuropejskich, co potwierdzać ma jej tezę o najeździe i rugowaniu dawnych kultur, a także wskazywać na pewien okres istnienia dwóch ludów obok siebie).

O świątyniach dopiero zaczęłam czytać. Gimbutas twierdzi, że przez bardzo długi czas naukowcy uważali świątynie za dziwne domy (patrz opis zbudowanych na bazie trójkąta równobocznego „domów” z ołtarzami ze stanowiska Lepenski Vir), bo miały w sobie rzeczy codziennego użytku. Tymczasem na odwrót – pewne czynności (a konkretnie tkactwo, garncarstwo/wyrób ceramiki oraz wypiek chleba) obecnie związane z życiem codziennym były wtedy sakralne. Stwierdzić to można po modelach świątyń zawierających stanowiska piekarskie i kobiety wyrabiające chleb, albo też po pozostałościach dwupiętrowej świątyni, która na parterze miała warsztat wyrobu ceramiki, a dopiero na górze właściwą część świątynną.

Czarownice przeciwko procesom o czarownictwo

Właśnie zahaczyłam o wywiad z Phyllis Curott na blogu WildHunt. Ciężko przeraził mnie tok jej rozumowania i mam problem dostrzec w nim jakąkolwiek logikę. Otóż w Arabii Saudyjskiej żyła-była sobie pewna kobieta, Fawza Falih Muhammad Ali, i została skazana na śmierć za bycie czarownicą. No a Phyllis Curott (nie tylko ona jedna oczywiście) stara się zapobiec wykonaniu wyroku. Dlaczego mnie to ciężko przeraża?

Trzeba przypomnieć, że to, co z ich języka tłumaczy się na nasze jako czarownica to zdecydowanie nie to samo, co czarownica w najczęstszym rozumieniu neopogańskim („osoba praktykująca religię natury/płodności, czcząca Boginię i Boga, etc”). Ważne jest, że w wielu językach istnieją różne określenia na praktykujących magię, które po angielsku czy polsku załatwia się jednym „czarownica”, i w związku z tym łatwo o nieporozumienia. Istotne jest to, że po naszemu jako „czarownica” tłumaczy się najczęściej pojęcia dotyczące uprawiania magii złośliwej. Taka historyczna zaszłość, po prostu nie ma na to innego słowa!

Pani Curott o tym pamięta, ale… (cytuję za WildHunt, tłumaczenie moje, uwagi w nawiasach kwadratowych uzupełniają brakujący kontekst):

Jest jeszcze jeden powód [dla którego Phyllis Curott uważa, że ten przypadek powinien być ważny dla współczesnej społeczności pogańskiej]. Nie sądzę, aby Fawza praktykowała cokolwiek przypominającego to, co obecnie większość z nas nazywa Wicca i Czarownictwem. Jeśli w ogóle coś uprawiała, a nie jest to jasne, mógł to być jakiś rodzaj starej, tradycyjnej magii ludowej. To nie ma znaczenia – została skazana na śmierć przez odrąbanie głowy za Czarownictwo. Jest to słowo, które wielu z nas używa na określenie samych siebie. Słowo to oznacza, że jest ona członkiem naszej społeczności.

Jeśli nie widzicie konsekwencji tej wypowiedzi, to spróbujcie wykonać następujący eksperyment myślowy:

Istnieją obecnie ruchy na temat legalizacji pedofilii i głoszące „dobrą pedofilię”. Wyobraźcie sobie, że minęło parędziesiąt lat, słowo „pedofil” dla części ludzi zmieniło znaczenie i dajmy na to zaczęło oznaczać kogoś, kto się opiekuje dziećmi i się o nie troszczy. Wy opiekujecie się dziećmi i w związku z tym uważacie się za pedofilów. Dowiadujecie się (dzięki wspaniałym mediom), że w kraju X ktoś został skazany za pedofilię. Jesteście świadomi tego, że słowa nie zmieniły tam znaczenia i że prawdopodobnie oznacza to, że ten ktoś dzieci gwałcił a nie opiekował się nimi, ale go i tak bronicie, bo… bo media nazwały go tak samo, jak nazywacie się sami?!

Gdzie tu logika?

Najpierw sobie przywłaszczamy jakieś określenie (np. na uprawianie magii negatywnej), a potem co, w ogóle przestają istnieć praktykujący tę magię negatywną? No przecież nie! I jakoś ich trzeba nazywać!

Na koniec disclaimer: abstrahuję w tym momencie od tego czy Fawza była czegokolwiek winna, od tego czy prawo w Arabii Saudyjskiej jest słuszne czy nie, od tego jakie są historyczne konsekwencje procesów o czarownictwo (rozumiane jako uprawianie złośliwej magii) i tak dalej. Obchodzi mnie tylko tok rozumowania Phyllis Curott.

Wielka, większa i największa

Sporo się mówi o Wielkiej Bogini z czasów neolitu, wspominając zwykle przy tym, że żyła-była taka archeolożka, Marija Gimbutas, i ona to udowodniła, że… No więc postanowiłam sprawdzić co faktycznie Gimbutas udowodniła i kupić sobie jej książki, albowiem efekt głuchego telefonu wyczynia czasem dziwne rzeczy.

Na pierwszy ogień poszła „The Living Goddesses” – jej ostatnia praca angielskojęzyczna, wydana już pośmiertnie i zredagowana przez Miriam Robbins Dexter. Zachęciła mnie do niej wzmianka o tym, że autorka po raz pierwszy wspomniała o współczesnych resztkach dawnego kultu bogini. Wzmianka okazała się niestety myląca, bo po pobieżnym przejrzeniu zorientowałam się, że w roli współczesnych resztek występuje opis roli bogiń w mitologii etruskiej, baskijskiej, germańskiej, bałtyckiej i celtyckiej. Nic to jednak, przegryzajmy się dalej.

Już w pierwszym rozdziale pt. „Symbolic Significance of the Human Body” pojawiają się oznaki głuchego telefonu. Gimbutas pisze (tłumaczenie moje):

Nasze programowanie kulturowe prowadzi do założenia, że przedstawienia kobiece niezmiennie oznaczają „ziemię jako płodność”, a w związku z tym wszystkie nagie artefakty kobiece stają się „figurkami płodności”. Kultury Dawnej Europy z pewnością troszczyły się o płodność. Jednak jak zobaczymy, wielka różnorodność figurek, a szczególnie ich neolitycznych kontekstów archeologicznych, sugeruje że siła żeńska pełniła szerszą rolę religijną.

Pod tym przypis redaktorki:

Jest to częsty temat w pracach Mariji Gimbutas, niezrozumiany przez wiele osób twierdzących, że głosiła ona istnienie pojedynczego, jednowymiarowego bóstwa, zarówno dla europejskiego górnego paleolitu jak i neolitu, bogini „płodności” lub bogini „matki”. Świetne wyjaśnienie różnorodnych funkcji i manifestacji starożytnych figurek kobiecych przedstawia Rice (Patricia C. Rice, 1981, „Prehistoric Venuses: Symbols of Motherhood or Womanhood” w „Journal of Anthropological Research 37 (4)”). Rice argumentuje, że to, co zwie się figurkami Wenus z górnego paleolitu to tak naprawdę figurki kobiet wszelkiego wieku, od kobiet młodych przez ciężarne do starych.

Jak na razie wciąż jestem na początku „The Living Goddesses”, ale z chęcią przeczytam o tej szerszej roli religijnej. Mam nadzieję, że będzie to coś jak w „The Great Cosmic Mother”, która to książka ucieszyła mnie mówiąc o roli kobiet w rozwoju rzemiosła i sztuki.

Kieszonkowe świątynie

Kiedy przeczytałam krótką wzmiankę o kieszonkowych świątyniach („pocket shrine”) Hindusów, stwierdziłam, że na pewno na Googlach da się znaleźć coś więcej. Żeby było śmieszniej, to o hinduskich świątyniach nie znalazłam nic, ale dowiedziałam się, że „pocket shrine” to typ hobbystycznego rękodzieła i to niekoniecznie religijnego w zamyśle – HobbyLoco, jedna ze stron na ten temat wyjaśnia, że „kieszonkowe świątynie to po prostu nakierowane na określony temat, mieszczące się w kieszeni dzieła sztuki. Często wykonuje się je z pudełek od zapałek lub małych puszek.” Poniżej co ciekawsze linki:

  • Aisling’s Guide to Art Shrines – najlepsza strona, opis jak zrobić kieszonkową świątynię, gotowe przykłady i różne inspiracje (książki, linki itp).
  • Pocket Shrines – blog/lista na serwisie livejournal gromadząca pomysły różnych ludzi.
  • Shrine-a-long – temat na forum Craftster poświęcony świątyniom – zbiór polecanych linków do książek, artykułów i świątyń wykonanych przez innych ludzi
  • Shrine-a-long 2008 – to samo forum, zbiór świątyń wykonanych w roku 2008
  • Crafty Chica’s Paper & Assemblage Projects – strona autorki książki o wykonywaniu kieszonkowych świątyń. Na stronie zdjęcia i opisy wykonanych przez autorkę projektów.
  • Creating Personal Shrines – artykuł o zastosowaniach osobistych świątyń (oddawanie czci, przypominanie, uzdrawianie i inne), zdjęcia osobistych świątyń autorki, linki do stron i spis książek.
  • Matchbox Shrines – fotografie artystycznych świątyń kieszonkowych wykonanych w pudełkach od zapałek
  • Jackie’s Stuff: Pocket & Personal Shrines – zbiór zdjęć świątyń służących do modlitwy lub medytacji. Każde pudełko zawiera jeden nieprzymocowany przedmiot, który właściciel powinien trzymać w dłoni modląc się lub medytując.
  • HobbyLoco: Matchbox Shrines – kilka zdjęć artystycznych świątyń, parę wybranych linków.
  • Turn a tin into a pocket shrine, Traveller’s Pocket Shrine i Super Viral Pocket Shrine opisują inny typ kieszonkowej świątyni. Pudełko zawiera wewnątrz tylko dwie świeczki herbaciane, samo natomiast, przyozdobione z zewnątrz odpowiednimi wizerunkami, może służyć za ołtarz.
  • Kolejną wariacją na temat jest Matchbook Shrine, czyli coś co udaje amerykańskiego typu „książeczkę zapałek”, tylko z jedną modyfikacją: na każdej „zapałce” z tyłu napisano krótki tekst przypominający o czymś związanym z głównym tematem świątyni. Kamuflaż do kwadratu!
  • I wreszcie jeszcze jedna wariacja, The Wallet Shrine – uszyta z materiału świątynia-portfel, wzorowana na meksykańskim portfelu ze świętymi.