Magia

Przeglądasz archiwum kategorii 'Magia'.

Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że sieć się powtarza. Szczególnie strony i fora neopogańskie i mag(y)iczne. A dzisiaj uświadomiłam sobie, czemu. Otóż…

Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:
„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny”.

Dzisiaj znalazłam na sieci następujący cytat z (podobno) Dion Fortune: Uczeń, który zamierza zostać eklektykiem zanim stał się ekspertem, nigdy nie będzie czymś więcej niż dyletantem. Oczywiście, stosuje się to do technik magicznych, a nie światopoglądu. Drewna (czy innego tworzywa używanego przez rzemieślnika) nie obchodzi w co wierzysz, dopóki rzeźbisz je w odpowiedni sposób…

W celu uświadamiania szerszej publiczności o tym, dlaczego magia nie powinna być dostępna dla każdego, zacytuję pewną rozmowę z OccultForums.com, która mnie rozłożyła swoim komicznym zestawieniem:

Nowy na forum: w czarostwie jestem nowy i mam trudności z rzuceniem klątwy na moją byłą dziewczynę. Nie chcę jej zabić, tylko zmusić ją, żeby sobie uświadomiła, co mi zrobiła. Proszę, pomóżcie mi i podajcie jakieś zaklęcia.

Moderator: Spróbuj z nią porozmawiać.

Komentarze archiwalne

Pytanie: czy to magia jest powszechnie dostępna czy też uproszczona, fastfoodowa wiedza o niej pochodząca z pewnego rodzaju wydawnictw i stron internetowych?

I jeśli można ściągnąć muzykę, książkę itd z sieci a dowolny zestaw narzedzi kupić w sklepie to czy należy się dziwić, że podobne rozumowanie funkcjonuje w przypadku magii?

– Abyss (23 kwiecień 2005)


Tylko że za pomocą książki nie możesz przeprowadzić na innej osobie odpowiednika prania mózgu. Zauważ, że na przykład broni nie sprzedają ot, tak sobie.

A jaki rodzaj magii jest powszechnie dostępny? Przy pewnej dozie starania – większość. Oczywiście potem trzeba się jeszcze tego nauczyć, a większość takich „żebrających o zaklęcia” się na to nie zdobędzie. Ale jednak.

A ponadto, nawet zwykłą wizualizacją można osiągnąć niezłe efekty, jeśli włoży się w to wiele siły woli i zacięcia.

– 3Jane (28 kwiecień 2005)

Ponieważ powoli zaczęłam dochodzić do końca „Skutecznego systemu samoobrony psychicznej”, wybrałam się dzisiaj do księgarni i kupiłam „Samoobronę psychiczną” Dion Fortune. Przy okazji zobaczyłam na półce więcej klasyki: książki Annie Besant (teozofki – następczyni Heleny Blavatskiej) oraz Roberta Monroe (tego od projekcji astralnej).

Pierwsze wrażenia z książki Denning i Phillipsa? Mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się, że w książce poruszają nie tylko tematy dotyczące strony magicznej, ale również psychologicznej (radzą, jak zabezpieczyć się przed psychomanipulacją ze strony innych, w tym sprzedawców, biznesmenów i rodziny). Podkreślają również wagę regularnej praktyki. Z drugiej strony jednak części książki są wyraźnie przeznaczone dla chrześcijan i ludzi stosujących kabałę (jeden z obrzędów wymaga czytania psalmów i odwołuje się do Drzewa Życia), a pod względem etycznym jest ona momentami słaba. Więcej napiszę, jak skończę ją czytać.

Mam też pierwsze wrażenia z Dion Fortune. Po pierwsze, dramatyzuje. Po drugie, świat dzieli między Białych Magów Podążających (chrześcijańską) Ścieżką Prawej Ręki oraz Czarownice i Czarowników Podążających (satanistyczną) Ścieżką Lewej Ręki. Po trzecie, w kupie bredni (typu: podczas czarnych mszy tworzy się hostię z ludzkich odchodów, krwi miesięcznej i białej mąki), dramatyzowania i przypadków z życia codziennego (tj. opowieści typu „teściowa kobiety, którą znałam, okazała się podświadomie być czarownicą, co pozostało jej z poprzedniego życia, i przez to zniszczyła tą kobietę i jej męża”) znajdują się tam istotne spostrzeżenia i błyskotliwe uwagi.

Na ile książka Fortune będzie wartościowa pod względem psychicznej samoobrony, jeszcze nie wiem, ale jest to kolejna pozycja, którą należy czytać uważnie, z ołówkiem w ręku i notesem, w którym zapisuje się swoje uwagi i przemyślenia. Zupełnie tak, jak w przypadku Gardnera. Jak ktoś nie umie znajdować tego, o co chodzi, tylko oczekuje, że wszystko będzie miał podane pod nos, to stwierdzi, że to stek bredni i pseudonaukowych opowiastek. Zastanawiam się, czy to jakaś charakterystyczna cecha książek z tamtego okresu? Całkiem ciekawy sposób na ukrywanie informacji przed osobami, które nie są warte tego, żeby je posiadać. Jak nie umie myśleć – to się nie dowie…

Zajrzałam dziś do CUDu, największego krakowskiego sklepu z rzeczami ezoterycznymi, a zobaczywszy nowości miałam ochotę z radości kwiczeć, płakać i fikać koziołki. Otóż nareszcie zaczęto wydawać klasykę. Na półce stały sobie spokojnie obok siebie „Psychiczna samoobrona” Dion Fortune (Violet Firth) oraz „Skuteczny sytem samoobrony psychicznej” Melity Denning i Osborne’a Phillipsa (Vivian i Leona Barcynskich).

Tytuł tej drugiej pozycji był w oryginale taki sam, co pierwszej, ale polski wydawca widać uznał, że potrzebuje go nieco podkolorować, aby się lepiej sprzedawał. Tak jak pierwszego „Terminatora” w Polsce przemianowano na „Elektronicznego zabójcę” czy jakmutam. (Dobrze że Batmana nie przerobiono na „Zemstę nietoperza”…) Ale nic to! Ważne, że książki wyszły.

Na razie kupiłam sobie „Skuteczny system samoobrony psychicznej”. Mimo że w oryginale wydawane przez Llewellyn (wśród osób na poziomie to amerykańskie wydawnictwo stało się obecnie synonimem masowej tandety ezoterycznej), książki Denning/Phillips zaliczają się do tych nielicznych pozycji „z księżycem na grzbiecie”, które rzeczywiście są coś warte. Liczę zatem na ciekawą lekturę.

Aha – ani Fortune, ani duo Denning/Phillips nie mają oczywiście nic wspólnego z Wicca, a raczej z zakonami zajmującymi się magią ceremonialną w stylu Złotego Świtu. Jednak powieści ezoteryczne napisane przez Dion Fortune często uznaje się za ważne źródło inspiracji pierwszych Wiccan Tradycyjnych (patrz A Goddess Arrives. The Novels of Dion Fortune and the Developement of Gardnerian Witchcraft Chasa Cliftona). Z tego powodu o Dion Fortune warto dowiedzieć się więcej, czytając krótką biografię Dion Fortune i daty z jej życia oraz bardzo krótką biografię Dion Fortune i obszerne recenzje jej książek.

Zwykle w charakterze ćwiczeń wizualizacyjnych używałam obiektów naturalnych. Wczoraj postanowiłam spróbować innego rodzaju, też często polecanego na początek jako najprostsze: figur geometrycznych w różnych kolorach. Zdecydowałam się na kolorowe okręgi na płaszczyźnie czarnej, a potem białej.

Okazało się, że to mi przychodzi ciężej. Czasem żeby np. wytworzyć pomarańczowy krążek musiałam wizualizować pomarańczę i w myślach z niej wycinać odpowiedni kształt. Jestem ciekawa, czy taka prawidłowość występuje zawsze (łatwiej wizualizuje się obiekty rzeczywiście występujące niż abstrakcyjne), czy też zależy to od osoby. Gdyby ktoś się chciał podzielić swoimi doświadczeniami, to zapraszam do komentowania albo skontaktowania się mailowo :)

Komentarze archiwalne

Przyznam się,że mam podobnie.O ile wizualizacja obiektów naturalnych przychodzi mi dość swobodnie to np.figury geometryczne(a w szczególności bryły przestrzenne ) wymagają ode mnie większej koncentracji ew. głębszego relaksu.Sądzę(zaznaczam,że jest to moja osobista teoria)że może mieć to związek z częstotliwością występowania danego obiektu w nazym otoczeniu.Dla przykładu częściej w ciągu dnia widzę szklankę niż fioletowy sześcian,więc jeśli próbuję wizualizować szklankę to mój umysł mając do dyspozycji więcej wspomnień nt. szklanki może ją z łatwością odtworzyć.Inaczej rzecz się ma z fioletowym sześcianem którego np.nigdy nie widziałem więc umysł musi zbudować jego obraz od podstaw,posługując się tylko wspomnieniami przedmiotów do niego podobnych lecz nie identycznych z nim.(takim działaniem mogła by być opisywana przez ciebie pomarancza)

Pozdrawiam

– Awaiku (26 luty 2005)


Jesli o mnie chodzi to nie ma zadnego znaczenia.
Najciezej jest z hmm… nie wiem czy mozna nazwac to wizualizacja… zapachow.
Ale wszystko to kwestia wprawy, moim zdaniem.

P.S. Chciclam Ci podziekowac Jane w imieniu wszyskich,ktorzy boja sie flafikow za stronke Troiana Mystica! Jak,ze tam nie ruszyla jeszcze ksiaga gosci wpisuje ta notke tutaj!
Oby tak dalej ;)

– Ilia (26 luty 2005)


ja tez nie mam problemow z wizualizacja „obiektow abstrakcyjnych” tak jak llia i o ile pamietam nigdy nie mialm, nawet na poczatku mojej drogi. Swego czasu spotykalm sie w gronie paru osob gdzie miedzy innymi wzualizowalismy rozne rzeczy i czesc z tych osob na poczatku miala problemy inni zas nie. Zgadzam sie tez z llia ze jezeli nie wychodzi od razu to poprostu cwiczyc a wiadomo ze cwiczenie czyni mistrza.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy zagladaja na te strone
Hanna

– Hanna (26 luty 2005)

Ważna informacja – szczególnie ten fragment wytłuszczony (zaznaczony przeze mnie – autorka posługiwała się w książce do podkreślania italiką):

(..) nie musisz „wierzyć” w rzeczywistość magii ani Boskości, by być Czarownicą. W Wicca tak naprawdę nie musisz „wierzyć” w żadne z przeżyć innych ludzii, w to, że Bogini istnieje ani nawet że jesteś w stanie użyć magii która objawi się w twoim życiu. W Wicca nie chodzi o wiarę w jakieś niewidoczne, transcendentne bóstwo; chodzi w nim o czucie i doświadczanie, a zatem poznanie Boskości, która przebywa we wszystkim. Religia Wicca to system świętych praktyk magicznych, a one działają – jeśli ich używasz. (Oczywiście widziałam również ludzi, którzy nie praktykują lecz udają, zaplątani w głaskanie swojego ego i politykę – ale co interesujące, jeśli przychodzą z niewłaściwych powodów lub z niewłaściwym nastawieniem, ich magia po prostu nie działa!)

Ponieważ te praktyki naprawdę działają, spotkasz Boskość i wyciągniesz pewne wnioski odnośnie rzeczywistości – że jest ona boska, że wszystko jest wzajemnie połączone, że życie jest święte i należy je przeżywać z radością i wdzięcznością. Powodem, dla którego Wicca to religia którą ludzie dzielą, jest to, że wyciągają podobne wnioski dotyczące boskości na podstawie podobnych doświadczeń.

W Wicca najpierw przeżywa się pewne doświadczenia w wyniku bardzo konkretnych praktyk magicznych, a potem już nie musisz wierzyć. Dlatego „Na korze brzozowej spisane” nie nadaje się podręcznik Wicca. Ta strona celowo zawiera tylko wyniki praktyk magicznych, a nie ich opis. Jest jak katalog ze zdjęciami gotowych produktów ze szkła – na podstawie takiego katalogu nie nauczysz się wydmuchiwać własnych szklanek.

Wszystkim ludziom, którzy czytają „Na korze brzozowej spisane” i twierdzą „Ja zawsze byłam Wiccanką/Wiccaninem, nie wiedząc o tym, bo dokładnie tak myślałam!” mówię: NIE. Wicca to najpierw to, co się ROBI i jak się ZMIENIA, a nie to, w co się wierzy na pałę. Światopogląd wynika z tego, czego się doświadcza. Wybieranie elementów religii na podstawie swojego światopoglądu to coś dokładnie na odwrót – można to nazwać neopogaństwem, ale Wicca to to nie jest.

Komentarze archiwalne

Rozumiem Twój punkt widzenia ale byc może ci, którzy mówią „zawsze byłem wiccaninem tylko o tym nie wiedziałem ” doświadczyli tej boskości, tego mistycznego związku z Naturą, ich życie zmieniało się pod wpływem tych doświadczeń ale nie nadawali temu nazwy, bo po prostu jej nie znali.

– Vanadisa (1 marzec 2005)


Droga Vanadiso, są konkretne techniki, których się używa, żeby przejść te konkretne doświadczenia, które związane są z Wicca. Jest BARDZO mało prawdopodobne, żeby samemu na nie wpaść, tak samo, jak bardzo mało prawdopodobne jest, żeby ktoś sam z siebie wpadł na odtworzenie jakiegoś stylu karate (utworzyć własną sztukę walki zapewne może, ale karate to to nie będzie).

Nikt jakoś nigdy nie twierdzi „zawsze byłem karateką, tylko o tym nie wiedziałem”, bo wszyscy wiedzą, że karate to bardzo konkretna rzecz. Tak samo z Wicca, ono też jest zestawem konkretnych technik, których trzeba się nauczyć.

Jeśli ktoś o nich wcześniej nie wiedział i ich nie wykonywał, to danych doświadczeń przejść nie mógł i nie ma o czym dyskutować. Jego mistyczne związki z naturą i doświadczenie boskości to po prostu jego prywatna religijność. Może to być religijność neopogańska (tak jak prywatna sztuka walki to też sztuka walki), ale nie jest to Wicca (prywatna sztuka walki to nie karate).

Taka prywatna religijność też jest bardzo dobra. Nie widzę powodu, żeby próbować koniecznie ją nazywać, i to nazwą, do której logicznie żadnego prawa nie ma. No, chyba że dla prestiżu i podszywania się, ale o takich intencjach nie mówimy, prawda?

– 3Jane (1 marzec 2005)

Tylko to, co fałszywe, jest zostawiane w spokoju. A wiecie czemu?

Rozumowanie pewnych ludzi, którym zostanie pokazany jakiś mechanizm dający potencjalnie władzę nad innymi, przebiega następująco:

  • Co mógłbym zrobić, gdybym miał do tego dostęp?
  • Mmm… No więc sąsiad sprzątałby moje podwórko, każda laska byłaby moja – także żona tego sąsiada, a moja żona zapomniałaby o rozwodzie a dzieci wreszcie robiłyby tylko to, co chcę. Dzieci jak ryby – głosu nie mają!
  • Chwila, chwila… przecież mój sąsiad MA do tego dostęp!
  • Na pewno w tej chwili posuwa moją żonę, bo przecież każda laska może być jego! Który facet by tego nie chciał?
  • Zatłukę sukinsyna! A w ogóle, każdy, kto ma dostęp do tego mechanizmu, jest ZŁY!!

O, proszę bardzo. Nasz hipotetyczny Ktoś właśnie doszedł do wniosku, że skoro on sam myśli głównie o tym, jakby tu zmusić innych do robienia rzeczy tak, jak on chce, a wbrew ich woli, to jego sąsiad na pewno też o tym myśli. (Jeśli wszystko jest tak jak Ktoś chce – OK. Jeśli natomiast kto inny mu robi to samo – źle! Tak zwana moralność Kalego w pełnej krasie. Ale ja nie o tym chciałam.)

Zawsze się znajdą ludzie, którzy, jeśli tylko zobaczą coś działającego a potężnego, zaraz wpadną w paranoję, że za pomocą tego mechanizmu ktoś będzie chciał im zaszkodzić. A to z kolei włącza mechanizm samoobronny typu „znajdź i zniszcz, a najlepiej przekonaj też innych, żeby robili to samo”.

Stąd wniosek: jedynym sposobem, by przekonać ludzi, że na przykład magia nie jest zła, jest przekonanie ich, że nie stanowi zagrożenia – czyli że nie działa. A że czarownica to ktoś, kto używa magii… sami sobie dopiszcie ciąg dalszy.

Kiedy przestajesz przetwarzać świat na słowa, widzisz go inaczej. Polega to nie tylko na tym, że nie wypowiadasz słów, ale także na tym, że zatrzymuje się u ciebie wewnętrzny dialog, który zwykle gdzieś tam w środku brzęczy. Kiedy patrzysz na jakąś rzecz, nie określasz jej słowem i nie zaczynasz analizować słownie, ale odbierasz ją w inny sposób, bardziej chyba bezpośredni.

Tak naprawdę dowiesz się jak to jest, dopiero wtedy, kiedy tego doświadczysz. Bo to jest po drugiej stronie świata, niemej stronie świata. Słowa nie mają tam znaczenia. Sztuka w tym, żeby umieć się między dwoma stronami – niemej i wypełnionej słowami – poruszać. Umieć dokonać przeskoku. Jak przy poruszaniu się woda/ląd – trzeba przestać chodzić, zacząć pływać – i na odwrót.

Dlaczego piszę tak mało? Bo jestem po drugiej stronie.

Komentarze archiwalne

:-)
…vide: „Tkacz Iluzji” Ewy Białołęckiej.

– Morven (31 październik 2004)

Temat do przemyśleń:

Just because it is difficult does not mean it is not your destiny.

« Późniejsze wpisy § Wcześniejsze wpisy »