Styczeń 2012

Styczeń 2012- przeglądasz archiwa miesięczne.

Po poganach, którzy spędzili na ścieżce więcej niż powiedzmy 5 lat, spodziewałabym się bezkompromisowości i wiary w siebie. Nie dlatego, że są poganami, ale dlatego, że są członkami zdezorganizowanej religii mniejszościowej.

Jak na razie, większość pogan zaczyna samotnie: samotnie przemyśliwa rzeczy i praktykuje. Żeby w ogóle zacząć, muszą przeciwstawić się naciskowi otoczenia, które mówi im (bezpośrednio lub nie), jakie zachowanie jest akceptowalne: które religie, jaki stopień żarliwości religijnej, jaki stopień wiary w rzeczy nadprzyrodzone, jaki stopień zainteresowania innymi religiami, jakie praktyki.

Żeby się temu oprzeć, zaryzykować coś nowego, hipotetyczny poganin musi mieć wiarę w siebie i w to, że wie lepiej niż inni. A potem musi się tego trzymać, wytrzymać erozję poglądów wynikającą z zetknięcia ze światem, który mówi „to nie ma sensu”, „nie wychylaj się”, „nie bądź śmieszny”, który utrudnia odłożenie czasu na praktyki religijne (jak powiedzieć „teraz chcę spokojnie sie pomodlić” jeśli twoja rodzina uważa twoją religię za złą lub śmieszną?) i ogólną zmianę siebie. Świat nie chce, żebyś stał się poganinem. Świat lubi status quo.

Dlatego większość pogan, którzy wytrwali przy swoim, zrobili to płynąc pod prąd. To są ludzie twardzi, przyzwyczajeni do walki i do tego, że wiedzą lepiej.

Stąd, oczywiście, biorą się potem wojny. Składasz dziesięciu ludzi nienawykłych do współpracy w grupie, a nawykłych za to do stawiania na swoim i cenienia swoich poglądów nad poglądy innych, a kończy się to jatką, bo każdy z członków wie lepiej i głęboko w swój autorytet wierzy (bo bez tej wiary by nie przetrwał jako poganin).

Kiedy pogaństwo będzie bardziej mainstreamowe, kiedy będzie można je praktykować bez wysiłku psychicznego, kiedy poganie będą nawracać się przez dołączenie do społeczności (nie grupy-zbieraniny indywidualistycznych jednostek), kiedy będą mogli uznać autorytet innych bez obawy, że utracą swoją tożsamość – wtedy wojny przycichną. „Konformista” to inne słowo na „człowiek, z którym wreszcie można coś zbudować”.

Czasem bezkompromisowość nazywa się „ego”, przydając temu słowa negatywny wydźwięk. Nie podoba mi się to. Nie zgadzam się z tym, żeby abnegacja, altruizm i pokora były cechami duchowości. Podobało mi się podejście Brendana Myersa w książce „The other side of virtue” (druga strona cnoty). Myers pokazuje tam, że obecna kultura zachodnia uważa, że duchowość wyraża się poprzez cnoty oparte na pasywności i zaniechaniu (posłuszeństwo, skromność, wyrzekanie się rzeczy itp), gdy tymczasem pogańskie cnoty były wg niego aktywne i polegały na dążeniu do doskonałości (rzeczy takie jak honor, odwaga, zaufanie, przyjaźń i sprawiedliwość).

Generalnie, jako poganka, wolałabym być bohaterem niż świętym/pustelnikiem.

Polecam też esej Thorn Coyle o cnocie dumy.

Speaking a blessing over my morning meal is, I believe, of great benefit to me as a Pagan. Before eating I first hold my hands over or around the plate and visualise filling my food with beneficial energy (I use Reiki on it, but you could simply channel divine energy, or bless it in some other way, however you perceive magic). Internally, I pray. In my mind I speak a blessing for every entity without whom I would not have my breakfast. I think of the Earth, grasses and corn that grow on it, cows, farmers, various factory workers, transport workers, and finally clients that pay for my work, and bless each of them. I imagine the whole process of transforming basic ingredients into my morning meal. I thank all beings involved. Then I eat.

I think that this prayer helps me develop a Pagan way of thinking. Before I can bless everyone involved in the process of making my meal I have to read the list of ingredients and research where they come from. This turns me into a responsible citizen of the world, well-aware of the impact I’m making on the planet and its inhabitants, and helps me make well-informed choices when purchasing food. I develop a stronger relationship with the world and its inhabitants. Finally, by pronouncing a blessing I also affirm my personal power – I am not powerless and alone, I have a connection to the Gods and I can use it to better the world.

This practice has some obvious personal benefits as well. A meal that has been magically transformed and blessed will make me stronger. Additionally, when I research what goes into my food I become more aware of what I take in. Pronouncing a blessing over what I know to be junk food leaves me feeling uneasy, since I know it’s not good for me and I will hurt myself when I eat it. It’s not a worthy fuel for the temple and the gift of the Gods that is my body. I’m therefore compelled to develop healthier dietary habits.

(Read this excerpt from Barbara Brown Taylor’s excellent book „An Altar in the World” on the practice of pronouncing blessings to see where I got the inspiration for my morning prayer).