Marzec 2008

Marzec 2008- przeglądasz archiwa miesięczne.

Dalej czytam „The Living Goddesses” Gimbutas i po tej lekturze mam coraz silniejsze wrażenie, że wiemy więcej niż nam się wydaje (lub niż nam próbują wmówić).

No bo tak: standardowy wywód na temat dawnych społeczeństw to fotografie malowideł naskalnych przedstawiających zwierzęta plus posążek Wenus z Willendorfu czy reliefy naskalne z Laussel połączone z opowieścią o Rogatym Bogu polowania, szamanach i kulcie życiodajnej Bogini Księżyca w matriarchalnych społeczeństwach. W bardziej rozwiniętej wersji kładącej nacisk na matriarchat może się jeszcze na przykład trafić Çatal Hüyük.

Gimbutas o malowidłach naskalnych nic jeszcze nie pisała (na oko zajmuje się raczej neolitem niż epokami wcześniejszymi; muszę potem jeszcze raz przejść przez książkę z notesikiem i zrobić jakiś ładny diagramik czasowo-przestrzenny). Nie napisała też nic, co mogłoby mnie przekonać, że faktycznie czczono boginię związaną z Księżycem. O ile pamiętam nie starała się nawet tego udowodnić. Pokazała za to, że istniała zadziwiająca różnorodność przedstawień bogini/bogiń, choćby tych związanych z symboliką zwierzęcą: między innymi ptaki, szczególnie drapieżne, ryby, jeże, węże oraz byki (głowy bycze identyfikowano graficznie z kobiecym układem rozrodczym jakby się ktoś zastanawiał, żaden tam Rogaty Bóg). Oprócz tego mamy kobiece postaci tłuste, ciężarne, symboliczne (tylko trójkąt łonowy, tylko piersi, tylko oczy), „sztywne białe boginie” znajdowane w grobach i tak dalej. Gimbutas pisze czasem „the goddess” albo wspomina o „roli pierwiastka żeńskiego w religii Dawnych Europejczyków”, co faktycznie może dać podstawę interpretacji że to wszystko jedna bogini. Niemniej jednak jest tych przedstawień multum i wcale nie są takie jednorodne! Całkiem możliwe, że czczono wtedy wiele bogiń o różnych atrybutach.

Ba, nie tylko posążki i malowidła przetrwały. Mamy też całkiem sporo resztek wykopanych świątyń (a także małych modeli świątyń!) oraz… pismo. Nierozszyfrowane jeszcze co prawda. Jego znaki powtarzają się później w kreteńskim piśmie linearnym A oraz jednej z wczesnych odmian pisma na Cyprze. (O ile dobrze pamiętam, Gimbutas pisze dalej, że na odizolowanym Cyprze przez jakiś czas używano alfabetu greckiego do zapisu dwóch języków, z których jeden nie miał korzeni indoeuropejskich, co potwierdzać ma jej tezę o najeździe i rugowaniu dawnych kultur, a także wskazywać na pewien okres istnienia dwóch ludów obok siebie).

O świątyniach dopiero zaczęłam czytać. Gimbutas twierdzi, że przez bardzo długi czas naukowcy uważali świątynie za dziwne domy (patrz opis zbudowanych na bazie trójkąta równobocznego „domów” z ołtarzami ze stanowiska Lepenski Vir), bo miały w sobie rzeczy codziennego użytku. Tymczasem na odwrót – pewne czynności (a konkretnie tkactwo, garncarstwo/wyrób ceramiki oraz wypiek chleba) obecnie związane z życiem codziennym były wtedy sakralne. Stwierdzić to można po modelach świątyń zawierających stanowiska piekarskie i kobiety wyrabiające chleb, albo też po pozostałościach dwupiętrowej świątyni, która na parterze miała warsztat wyrobu ceramiki, a dopiero na górze właściwą część świątynną.

Obrazki z orkami

Lubię orki. Nawet bardzo. Jednego wieczora coś mnie naszło i postanowiłam zrobić przegląd fajnych obrazków z orkami na serwisie deviantart:

Orki mniej lub bardziej SD

A tutaj deser i najlepsza część galerii: orczyce Ursuli Vernon, które zasługują na własną kategorię. Styl wykonania: Art Nouveau. Warto przeczytać również historyjki w podpisach.

..bywa ciekawy. Na przykład po raz pierwszy widzę papier reklamowany małym dzieckiem w garniturku. Trochę spadłam na ten widok z wychodka myśląc, że nie dość im, że od małego wysyłają do szkoły w mundurku, to jeszcze na reklamie muszą. Dziecko okazało się być „lekarzem medycyny” reklamującym mmmięciutki papier Velvet, ale piorunujące wrażenie zostało.

Dzisiaj z kolei nabyłam papier pod tytułem „Passé” i zastanawiam się, co skłoniło twórców marki do wybrania takiej nazwy. Kilka pomysłów:

  • Przesłodzone kociątka (takie jak na opakowaniu papieru) są passé.
  • Papier jest recyklingowany.
  • A może po prostu: po tym jak go już użyjesz, będzie już zdecydowanie passé…

Macie jakieś inne?

Mimo że do pracy mam tylko niezbyt długi spacer piechotą, wczoraj ledwo doszłam – lało wrednymi, poziomo zacinającymi kroplami, tnącymi twarz jak kawałki lodu, a wiało tak, że trudno było ustać na nogach. Schłam po tej wyprawie cały dzień, marudnie klepiąc przy okazji kod i marząc o ciepłym łóżku. Radio informowało tymczasem, że największe tej zimy sztormy objęły całą Wielką Brytanię, a St. Ives zabezpieczają przed powodzią workami z piaskiem (nie wiem tylko gdzie oni te worki układali, skoro tam niektóre domy stoją tuż przy plaży.) W drodze do domu już nie padało, więc nie odpuściliśmy sobie oczywiście i poszliśmy obejrzeć fale w porcie (były duże i bure). Na plażę już się nie wybraliśmy, bo nawet w porcie (czyli w osłoniętej zatoce) wiatr prawie człowieka wywracał. A w domu było zimno jak w psiarni i prądu nie było. Całą ulicę wyciemniło (nie tylko u nas zresztą). Sieci oczywiście też brak. Nawet się nie miałam jak na blogu pofrustrować! Na szczęście w nocy prąd włączono ponownie. Chwali im się, bałam się, że na ekipę naprawczą trzeba będzie czekać do następnego dnia.

Żółw

Gracie w World of Warcraft? A, gracie? No to się wam pochwalę ;)

Wczoraj padł mi w Zul’Gurub „Polymorph: Turtle”. Jak to podsumowała szefowa rajdu: „Rzadki drop z bossa którego prawie nikt nie robi, z instansa do którego prawie nikt nie chodzi.” Drugi mag był lekko załamany (rzucił biedak 5, a ja 9…)

Właśnie zahaczyłam o wywiad z Phyllis Curott na blogu WildHunt. Ciężko przeraził mnie tok jej rozumowania i mam problem dostrzec w nim jakąkolwiek logikę. Otóż w Arabii Saudyjskiej żyła-była sobie pewna kobieta, Fawza Falih Muhammad Ali, i została skazana na śmierć za bycie czarownicą. No a Phyllis Curott (nie tylko ona jedna oczywiście) stara się zapobiec wykonaniu wyroku. Dlaczego mnie to ciężko przeraża?

Trzeba przypomnieć, że to, co z ich języka tłumaczy się na nasze jako czarownica to zdecydowanie nie to samo, co czarownica w najczęstszym rozumieniu neopogańskim („osoba praktykująca religię natury/płodności, czcząca Boginię i Boga, etc”). Ważne jest, że w wielu językach istnieją różne określenia na praktykujących magię, które po angielsku czy polsku załatwia się jednym „czarownica”, i w związku z tym łatwo o nieporozumienia. Istotne jest to, że po naszemu jako „czarownica” tłumaczy się najczęściej pojęcia dotyczące uprawiania magii złośliwej. Taka historyczna zaszłość, po prostu nie ma na to innego słowa!

Pani Curott o tym pamięta, ale… (cytuję za WildHunt, tłumaczenie moje, uwagi w nawiasach kwadratowych uzupełniają brakujący kontekst):

Jest jeszcze jeden powód [dla którego Phyllis Curott uważa, że ten przypadek powinien być ważny dla współczesnej społeczności pogańskiej]. Nie sądzę, aby Fawza praktykowała cokolwiek przypominającego to, co obecnie większość z nas nazywa Wicca i Czarownictwem. Jeśli w ogóle coś uprawiała, a nie jest to jasne, mógł to być jakiś rodzaj starej, tradycyjnej magii ludowej. To nie ma znaczenia – została skazana na śmierć przez odrąbanie głowy za Czarownictwo. Jest to słowo, które wielu z nas używa na określenie samych siebie. Słowo to oznacza, że jest ona członkiem naszej społeczności.

Jeśli nie widzicie konsekwencji tej wypowiedzi, to spróbujcie wykonać następujący eksperyment myślowy:

Istnieją obecnie ruchy na temat legalizacji pedofilii i głoszące „dobrą pedofilię”. Wyobraźcie sobie, że minęło parędziesiąt lat, słowo „pedofil” dla części ludzi zmieniło znaczenie i dajmy na to zaczęło oznaczać kogoś, kto się opiekuje dziećmi i się o nie troszczy. Wy opiekujecie się dziećmi i w związku z tym uważacie się za pedofilów. Dowiadujecie się (dzięki wspaniałym mediom), że w kraju X ktoś został skazany za pedofilię. Jesteście świadomi tego, że słowa nie zmieniły tam znaczenia i że prawdopodobnie oznacza to, że ten ktoś dzieci gwałcił a nie opiekował się nimi, ale go i tak bronicie, bo… bo media nazwały go tak samo, jak nazywacie się sami?!

Gdzie tu logika?

Najpierw sobie przywłaszczamy jakieś określenie (np. na uprawianie magii negatywnej), a potem co, w ogóle przestają istnieć praktykujący tę magię negatywną? No przecież nie! I jakoś ich trzeba nazywać!

Na koniec disclaimer: abstrahuję w tym momencie od tego czy Fawza była czegokolwiek winna, od tego czy prawo w Arabii Saudyjskiej jest słuszne czy nie, od tego jakie są historyczne konsekwencje procesów o czarownictwo (rozumiane jako uprawianie złośliwej magii) i tak dalej. Obchodzi mnie tylko tok rozumowania Phyllis Curott.

Sporo się mówi o Wielkiej Bogini z czasów neolitu, wspominając zwykle przy tym, że żyła-była taka archeolożka, Marija Gimbutas, i ona to udowodniła, że… No więc postanowiłam sprawdzić co faktycznie Gimbutas udowodniła i kupić sobie jej książki, albowiem efekt głuchego telefonu wyczynia czasem dziwne rzeczy.

Na pierwszy ogień poszła „The Living Goddesses” – jej ostatnia praca angielskojęzyczna, wydana już pośmiertnie i zredagowana przez Miriam Robbins Dexter. Zachęciła mnie do niej wzmianka o tym, że autorka po raz pierwszy wspomniała o współczesnych resztkach dawnego kultu bogini. Wzmianka okazała się niestety myląca, bo po pobieżnym przejrzeniu zorientowałam się, że w roli współczesnych resztek występuje opis roli bogiń w mitologii etruskiej, baskijskiej, germańskiej, bałtyckiej i celtyckiej. Nic to jednak, przegryzajmy się dalej.

Już w pierwszym rozdziale pt. „Symbolic Significance of the Human Body” pojawiają się oznaki głuchego telefonu. Gimbutas pisze (tłumaczenie moje):

Nasze programowanie kulturowe prowadzi do założenia, że przedstawienia kobiece niezmiennie oznaczają „ziemię jako płodność”, a w związku z tym wszystkie nagie artefakty kobiece stają się „figurkami płodności”. Kultury Dawnej Europy z pewnością troszczyły się o płodność. Jednak jak zobaczymy, wielka różnorodność figurek, a szczególnie ich neolitycznych kontekstów archeologicznych, sugeruje że siła żeńska pełniła szerszą rolę religijną.

Pod tym przypis redaktorki:

Jest to częsty temat w pracach Mariji Gimbutas, niezrozumiany przez wiele osób twierdzących, że głosiła ona istnienie pojedynczego, jednowymiarowego bóstwa, zarówno dla europejskiego górnego paleolitu jak i neolitu, bogini „płodności” lub bogini „matki”. Świetne wyjaśnienie różnorodnych funkcji i manifestacji starożytnych figurek kobiecych przedstawia Rice (Patricia C. Rice, 1981, „Prehistoric Venuses: Symbols of Motherhood or Womanhood” w „Journal of Anthropological Research 37 (4)”). Rice argumentuje, że to, co zwie się figurkami Wenus z górnego paleolitu to tak naprawdę figurki kobiet wszelkiego wieku, od kobiet młodych przez ciężarne do starych.

Jak na razie wciąż jestem na początku „The Living Goddesses”, ale z chęcią przeczytam o tej szerszej roli religijnej. Mam nadzieję, że będzie to coś jak w „The Great Cosmic Mother”, która to książka ucieszyła mnie mówiąc o roli kobiet w rozwoju rzemiosła i sztuki.

Kiedy przeczytałam krótką wzmiankę o kieszonkowych świątyniach („pocket shrine”) Hindusów, stwierdziłam, że na pewno na Googlach da się znaleźć coś więcej. Żeby było śmieszniej, to o hinduskich świątyniach nie znalazłam nic, ale dowiedziałam się, że „pocket shrine” to typ hobbystycznego rękodzieła i to niekoniecznie religijnego w zamyśle – HobbyLoco, jedna ze stron na ten temat wyjaśnia, że „kieszonkowe świątynie to po prostu nakierowane na określony temat, mieszczące się w kieszeni dzieła sztuki. Często wykonuje się je z pudełek od zapałek lub małych puszek.” Poniżej co ciekawsze linki:

  • Aisling’s Guide to Art Shrines – najlepsza strona, opis jak zrobić kieszonkową świątynię, gotowe przykłady i różne inspiracje (książki, linki itp).
  • Pocket Shrines – blog/lista na serwisie livejournal gromadząca pomysły różnych ludzi.
  • Shrine-a-long – temat na forum Craftster poświęcony świątyniom – zbiór polecanych linków do książek, artykułów i świątyń wykonanych przez innych ludzi
  • Shrine-a-long 2008 – to samo forum, zbiór świątyń wykonanych w roku 2008
  • Crafty Chica’s Paper & Assemblage Projects – strona autorki książki o wykonywaniu kieszonkowych świątyń. Na stronie zdjęcia i opisy wykonanych przez autorkę projektów.
  • Creating Personal Shrines – artykuł o zastosowaniach osobistych świątyń (oddawanie czci, przypominanie, uzdrawianie i inne), zdjęcia osobistych świątyń autorki, linki do stron i spis książek.
  • Matchbox Shrines – fotografie artystycznych świątyń kieszonkowych wykonanych w pudełkach od zapałek
  • Jackie’s Stuff: Pocket & Personal Shrines – zbiór zdjęć świątyń służących do modlitwy lub medytacji. Każde pudełko zawiera jeden nieprzymocowany przedmiot, który właściciel powinien trzymać w dłoni modląc się lub medytując.
  • HobbyLoco: Matchbox Shrines – kilka zdjęć artystycznych świątyń, parę wybranych linków.
  • Turn a tin into a pocket shrine, Traveller’s Pocket Shrine i Super Viral Pocket Shrine opisują inny typ kieszonkowej świątyni. Pudełko zawiera wewnątrz tylko dwie świeczki herbaciane, samo natomiast, przyozdobione z zewnątrz odpowiednimi wizerunkami, może służyć za ołtarz.
  • Kolejną wariacją na temat jest Matchbook Shrine, czyli coś co udaje amerykańskiego typu „książeczkę zapałek”, tylko z jedną modyfikacją: na każdej „zapałce” z tyłu napisano krótki tekst przypominający o czymś związanym z głównym tematem świątyni. Kamuflaż do kwadratu!
  • I wreszcie jeszcze jedna wariacja, The Wallet Shrine – uszyta z materiału świątynia-portfel, wzorowana na meksykańskim portfelu ze świętymi.