Podróż do Szwecji pierwsza, część 2: jak przyjechaliśmy do Göteborga

Na miejscu, tuż po opuszczeniu samolotu, zachwyciła nas przyroda. Łąki i lasy rozciągały się po horyzont, wiał całkiem silny i dość ciepły wiatr… a przed nami, w charakterze terminalu, stał niezbyt duży hangar z blachy falistej, do którego należało dojść na piechotę po spłacheciu gładkiego asfaltu służącym tutaj za miejsce do kołowania i pas startowy. To akurat lotnisko (Göteborg ma dwa) było, jednym słowem, niewielkie. Obsługa miła, w środku czysto, odbiór bagażów przeszedł dość szybko. Przemknąwszy obok sporej grupy niezbyt trzeźwych polskich górali wyszliśmy po drugiej stronie hangaru.

I wtedy okazało się, że Flygbussarna, czyli autobusy przewożące pasażerów z lotniska do miasta i nazad, już dawno temu odjechały, bo nie mają zwyczaju czekać na opóźnione samoloty (sprawę pewnie dobiło to, że była niedziela wieczorem). Uratowała nas przypadkiem spotkana, zadomowiona już w Szwecji Polka, która wytargowała z taksówkarzem całkiem rozsądną cenę za przejazd dla 4 osób (ona, my, plus jakaś pani chirurg – jeszcze jedna zagubiona owieczka). Bez niej by się to chyba nie udało, bo ciemnolicy taksówkarz imieniem Omar Ali nie mówił ni w ząb po angielsku, a mój szwedzki nie jest jeszcze zbyt dobrej jakości. Zaskoczeniem było dla mnie na przykład to, że Szwedzi Göteborg wymawiają „Jötyborij”.

Na pierwszy rzut oka zza szyby taksówki miasto wydało się bure i pełne niskich industrialnych budynków i niespecjalnie mnie zachwyciło. Dopiero następnego dnia miałam się zorientować, że to przez to, że wjechaliśmy od strony portu, największego zresztą w całej Skandynawii. Powoli (to ważne!) dojechaliśmy do schroniska Slottskogens vandrarhem, wytaszczyliśmy trolejkę i zadekowaliśmy się w malutkim pokoiku. Oprócz mizernej wielkości pokoik odznaczał się też ustawnością (zmieścili wygodne łóżko piętrowe, szafkę, stolik z dwoma krzesłami, lustro, tv i suszarkę na naprawdę małej przestrzeni), a przede wszystkim czystością i niesamowitą dźwiękoszczelnością.

Czytaliśmy już, że Szwedzi cenią sobie ciszę; można tego było doświadczyć w schronisku. Drzwi były ciężkie i grube na ładne parę centymetrów, a okna składały się z kilku warstw szyb. Zamknięcie pokoju odcinało wszelkie dźwięki i pogrążało mieszkańca w błogiej ciszy. Był to dla nas wstrząs – dwa ostatnie lata spaliśmy w miejscu wypełnionym o każdej porze dnia i nocy dźwiękami ulicy. Budynek naprzeciwko tworzył ścianę dźwiękową, która umożliwiała – nawet z czwartego piętra – przysłuchiwanie się wszystkim dzwonkom komórek, tuptaniu obcasów, kichaniu oraz – oczywiście – wrum wrum! silników aut i motorynek.

Zadomowiwszy się więc, rozejrzawszy po schronisku – a miało w sobie sporo pryszniców, saunę, dwie duże jadalnie, w jednej z nich stół do bilarda, jak również w pełni wyposażoną bardzo obszerną kuchnię do dyspozycji gości i dwa miejsca z książkami do relaksu i czytania – wybraliśmy się na obiad, pierwsze zakupy i spacer.

Zapisz w serwisie społecznym: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Gwar
  • Ma.gnolia
  • Wykop