Wiedzeni sentymentem do chłodu, północy, morza połączonego z górami i praw kobiet, postanowiliśmy (my, to znaczy ja z Żakiem) wybrać się pod koniec sierpnia do Szwecji w celu zwiedzenia Göteborga i Sztokholmu oraz rozejrzenia się, czy i w którym mieście fajnie byłoby się osiedlić. Zaklepaliśmy sobie bilety na trasę Warszawa – Göteborg – Sztokholm – Katowice i dzielnie ruszyliśmy w dal.
Polska, chcąc nas zapewne utwierdzić w słuszności decyzji o emigracji, pożegnała nas powiewem profesjonalizmu na warszawskim lotnisku Okęcie.
Na terminal z którego odlatywaliśmy, Etiudę, dostać można się było tylko i wyłącznie tuptając wzdłuż wydzielonego słupkami kawałka szosy. Żadnego przejścia wewnątrz budynków, osłony przed ewentualnym wiatrem i deszczem (których na szczęście nie było) ani śmierdzącymi spalinami samochodów (te, naturalnie, pojawiały się od czasu do czasu). Sam budynek terminala wyglądał jak dworzec autobusowy w Zakopanem, albo właściwie jeszcze gorzej, nie obrażajmy tego zacnego miasta, które przynajmniej ustawiło ławki dla ludzi. Na Okęciu masa ludzi siedziała na walizkach na chodniku. Wewnątrz nie było na oczekujących miejsca; nie przewidziano widać, że samoloty czasem odlatują jak chcą a kontrola trwa długo, w związku z czym ludzie przychodzą wcześniej i potrzebują mieć gdzie poczekać.
Szczęśliwcy pod dachem również nie mogli narzekać na nadmiar luksusów – klimatyzacji nie było, do damskiego wychodka (nieposiadającego papieru toaletowego) stała długaśna kolejka, a po przejściu kontroli bagażowej trzeba było siedzieć na podłodze, bo walizki oczywiście zostały już nadane. Siedzeń w sali przy bramkach było, rozumiecie, akurat tyle, żeby wystarczyło na pasażerów jednego samolotu, tymczasem koczowała tam ludność mieszcząca się do, tak na oko, trzech. Bo dwa były opóźnione.
Ale, ale! Trochę się zapędziłam. Zanim dostało się do sali koczowników, kontrolę trzeba było najpierw przejść.
Niezwykłym niebezpieczeństwem okazała się moja nowiutka, nieotwarta jeszcze tubka pasty do zębów, której zapomniałam przełożyć z podręcznego plecaka do walizki. Kupiona na promocji, posiadała 120 ml pasty – a to o 20 ml więcej niż norma przewiduje. Na moją zdesperowaną propozycję, że może by w takim razie wycisnąć z tubki te nadmiarowe 20 ml, pan kontroler tylko się uśmiechnął i ciepnął pastę do pobliskiego kosza. Trafiła mnie na to lekka cholera, albowiem dolecieć mieliśmy na miejsce w niedzielę wieczorem i wcale nie miałam pewności, że na miejscu otwarte będą jakiekolwiek sklepy z artykułami higienicznymi.
„Nic to!” pomyślałam do siebie uspokajająco, „wszystkie pozostałe niebezpieczne rzeczy mamy w trolejce, a ta idzie do luku, czepiać się zatem nie będą”. Otóż pomyliłam się. Pan, który obok nas siedział i prześwietlał walizy, zawołał mnie po nazwisku i kazał sobie otworzyć naszą trolejkę. (Była, rozumiecie, zamknięta na taką malutką kłódeczkę. Ciekawe czy gdyby nie była zamknięta, to pan prześwietlający otworzyłby ją sam?) Panu nie podobał się nasz składany nóż, służący zwykle do krojenia sera, chleba i kiełbasy. Otworzył go, przyjrzał się uważnie ostrzu, po czym, doszedłszy widać do wniosku że za jego pomocą nie wysadzimy zdalnie samolotu, odłożył go na miejsce i kazał z powrotem zapakować trolejkę. Do tej pory nie wiem, na jakiej podstawie czepiał się noża znajdującego się w bagażu do luku, skoro właśnie tam należy noże wkładać i wszędzie o tym trąbią.
Odczekawszy następnie swoje 2,5 godziny na bardzo spóźniony samolot WizzAiru (dowiedzieliśmy się potem, że w Gdańsku obsługa lotniska uszkodziła jego drzwi podczas dostawiania do nich schodów, a wymiana potrwała dość długo) zaczęliśmy się wreszcie przemieszczać w stronę Göteborga.










Komentarze (0)
RSS komentarzy do tego wpisu
Trackback link: http://www.3jane.pl/2007/12/26/podroz-do-szwecji-pierwsza-czesc-1-okecie/trackback/