czyli jak wygląd trojana wpływa na otoczenie.
Zajrzał do nas dzisiaj dzielnicowy, bo kogoś szukał. Do nas, znaczy się, do mnie i Żaka. Otwieramy mu drzwi a on na to:
- „O! Clive Barker i (ktoś tam jeszcze)!”
Ja się na to, jako amatorka horrorów mniej i bardziej tandetnych, radośnie do niego wyszczerzyłam (pokrewna dusza!). Dzielnicowy pogadał i poszedł, a nas po chwili naszła pewna drobna refleksja.
Otworzyliśmy mu drzwi ubrani w metalowe „kangurki”. Żakowa ma na sobie krzesło elektryczne (Metallica, „Ride the Lightning”) a moja zombiaka (Iron Maiden, „The Reincarnation of Benjamin Breeg”). I wszystko jasne…
Dzięki wyglądowi usłyszałam też jeden z lepszych komplementów w życiu, a było to tak:
W pracy podczas przerwy na obiad chodzę zwykle zakupić precla na przegryzkę. Często też zatrzymuję się pogadać z panią precelkową. Raz tak stanęłam, owinęłam się porządniej w wehrmachtówkę, bo to jesień zdaje się była i chłodno. Do kompletu dobiła pani sprzątaczka. Narzekamy wspólnie na cośtam, a ona w pewnym momencie się pyta:
- A pani też tutaj [tj. w tym kompleksie biurowym] pracuje?
- A tak, o tam! (macham ręką w kierunku bramy wejściowej, przez którą się wchodzi do mojej firmy)
- O! Jako ochrona?
Dawno nie miałam takiego banana na twarzy.










Komentarze (0)
RSS komentarzy do tego wpisu