Syndrom ławeczkowy

Jakiś czas temu przeprowadziłam się do nowego mieszkania. Przed blokiem znajduje się miniaturowy skwerek, na środku niezbyt zadbany klomb, wokół alejka i drzewa. Zobaczywszy go po raz pierwszy, pożałowałam mocno, że nie ma tam ławeczek. Byłoby to przecież wymarzone miejsce do odsapnięcia – odizolowane od ulicy blokami, w zieleni, cisza, względny spokój…

Po wyrażeniu swojego żalu zostałam przez towarzysza pouczona, że mój smutek jest niesłuszny. Otóż dobrze, że ławeczek przed naszym blokiem brak. Gdyby były, natychmiast zebrałaby się na nich lokalna żulernia. A tak – zaobserwowałam wychodząc porankiem – siedzą na betonowych schodkach pod innym blokiem. Bezpieczniej, mniej śmieci, skutek ogólnie pozytywny. Ale skwerek byłby fajny…

Syndrom ławeczkowy z jeszcze większą siłą odezwał się we mnie dzisiaj po południu, kiedy wracałam z pracy. Idę sobie do autobusu wzdłuż bardzo ruchliwej drogi (część trasy Kraków – Zakopane), po lewej masa aut, po prawej to radośnie rosnące badyle, to zadbany trawniczek z tują czy innym takim krzaczorem. Za trawniczkiem parking. A za parkingiem taki zarośnięty gaik z brzózkami. Niewykorzystany. Ogrodzony. Wysokie, żelazne pręty z kolcami na wierzchu.

Strasznie mnie wkurzyło, że to takie ogrodzone, bo inaczej miałabym gdzie pójść odpocząć podczas przerwy obiadowej, której, jak na razie, nie wykorzystuję do niczego (okoliczne stołówki żarcie mają ohydne i drogie, a do miejsc „do posiedzenia” nie będących knajpami jest za daleko). A potem wewnętrzny głos powiedział: dobrze, że jest to ogrodzenie. Bo inaczej za miesiąc gaik ten byłby zasypany nielegalnymi śmieciami, butelkami, starymi garnkami, zużytymi prezerwatywami, zgniecionymi puszkami…

Widok stanął przed moimi oczami jak żywy, bo przykładów widziałam już niemało. Zrobiło mi się niedobrze. I od tej pory mam syndrom ławeczkowy. Mianowicie chciałabym mieć gdzie posiedzieć, ale każde zachęcające miejsce – jeśli nie jest poddane permamentnej obserwacji Straży (dowolnej) natychmiast staje się nie do użytku. A czasem staje się takie pomimo Straży. Frustruje mnie to.

Komentarze archiwalne

To chyba jest, cholercia, jakiś nasz polski folklor lokalny. W Danii jest mnóstwo takich miejsc. I o ile owszem, śmieci się zdarzają, to służby miejskie dość regularnie je uprzątają. Natomiast akty wandalizmu są rzadkością. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko mojego akademika jest wypasiony plac zabaw dla dzieci. Jak go zobaczyłem, pierwszą myślą było: „Kurczę, dlaczego u nas takich rzeczy nie ma, super miejsce!” I natychmiast druga myśl: „No tak, u nas przeżyłby może dwa dni, no, tydzień…” :-( Ale co jest pocieszające, to to, że ludzie zaczynają wreszcie się martwić tym problemem, czego dowodem jest wątek na forum gazety.pl pt. „Chuligaństwo”. To dopiero pierwsza jaskółka, ale mam nadzieję, że doprowadzi to może do jakiejś sensownej debaty publicznej na ten temat…

– Arim (21 październik 2005)


Hej, co do debaty publicznej, to u nas w Krakowie jedna z kandydatek do sejmu już się reklamowała hasłem „bezpieczne osiedla”. Wiele już było tekstów na temat „młodzież przeciwko przemocy”, „organizujmy rozrywki dla młodzieży sportowej” etc. A to wszystko jak na razie nic nie zmienia, bo potrzebna jest inicjatywa oddolna i zmiana mentalności, a nie regulacje odgórne.

Źeby coś się realnie zmieniło, to lokalni ludzie musieliby coś robić. Na razie moją jedyną wizją czystego lasu lub niezażulonych ławeczek jest teren prywatny strzeżony lub zamknięte osiedle. Można też próbować organizować straż obywatelską – to pomaga też przeciwko kradzieżom – ale w ilu miejscach znajdziesz ludzi, którym się chce coś robić, i to jeszcze dla innych czy „dla wspólnego dobra”, które po komunizmie śmierdzi?

– 3Jane (21 październik 2005)


Jest też inny sposób. Systematyczne sprzątanie przez służby porządkowe (te od sprzątania) i pilnowanie łacznie z karaniem przez służby porządkowe (te od pilnowania). W efekcie teren powinien być w zasadzie czysty. I to w zasadzie ma istotne znaczenie, bo jak uczą eksperymenty psychologów społecznych, w czystym otoczeniu gwałtownie spada chęć śmiecenia. Jednak najbardziej spada ona, gdy otoczenie jest w zasadzie czyste, to znaczy jest jakiś bród, smieć, który mocno kontrastuje z otoczeniem.
Oczywiście idealnie byłoby, gdyby sami mieszkańcy pomagali swoim służbom poprzez samokontrolę.
Feng shui uczy o czymś, do czego sam doszedlem wcześniej, bo to w gruncie rzeczy oczywiste. W czystym otoczeniu myśli są bardziej poukładane. Łatwiej panować nad emocjami. Występuje tu pozytywne sprzeżenie zwrotne. Warto więc dbać o nasze otoczenie.

– rawimir (22 październik 2005)

Zapisz w serwisie społecznym: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • email
  • Wykop
  • Gwar
  • Facebook
  • del.icio.us
  • Digg
  • StumbleUpon
  • Google Bookmarks
  • Reddit
  • TwitThis