Czerwiec 2005

Czerwiec 2005- przeglądasz archiwa miesięczne.

Byłam wczoraj na krakowskich Wiankach. Nie lubię ani tłumów, ani Budki Suflera, ale uwielbiam ognie sztuczne, więc koniecznie chciałam się wybrać na tę część programu (po raz pierwszy od paru lat zresztą). Ognie były piękne. Po wszystkim rozejrzałam się po tłumie. Mnóstwo ludzi miało na głowie takie kółka, zrobione ze spiętego końcami zadrukowanego w kwiatki paska papieru. Wszystkie takie same, wyglądały na masową produkcję. Chwilę potrwało, zanim zrozumiałam, że to są WIANKI, WERSJA POP.

Komentarze archiwalne

I tak mnie uśmierciłaś ostatecznie jedną notką. Mowę i zdolnośc ruchu na ten obrazek mi odjęło…co wskazuje moją niską tolerancję na zjawiska w stylu pop ;-)

Przypomniała mi się za to pewna dyskusja.

Kiedys przy okazji jakieś dłuższej rozmowy zastanawiałam się głośno, czy ludzie kultywują jakieś tradycje związane z Sobótką.

Rozmówczyni radośnie potwierdziła że oczywiście, wciąż kultywują.

Zaciekawiona dopytuję się dalej jakie to tradycje, bo przyznam, że mnie zaskoczyła.

Ona z wahaniem w głosie: „No jedzie się nad wodę, robi grilla i odpoczywa…”

– Abyss (26 czerwiec 2005)


Któraś gazeta, chyba GW, reklamowała pomysł tych pop-wianków jak znak powrotu krakowian i okolic do sobótkowych tradycji. Cóż, mam nadzieję, że nie dobiłam tym nikogo..

– Amber (26 czerwiec 2005)


Czekaj, czekaj… tych PAPIEROWYCH?!

– 3Jane (26 czerwiec 2005)


Tak, tak, tych papierowych kółeczek. Szkoda, że Monty Python już nie kręci nowych odcinków, pewnie by to kupili ;)

– Amber (6 lipiec 2005)

Animalizm, wersja poprawiona

Jak wszyscy wiedzą, Animalizm jest dyscypliną związaną ze zwierzętami. (Co może mniej oczywiste, White Wolf wyjaśnił go jako komunikację bestii z bestią.) Oboje z moim chłopakiem uznaliśmy, że Animalizm opisany w podstawce jest zbyt słaby w porównaniu z innymi dyscyplinami. Z tego powodu postanowiliśmy dyscyplinę zmienić. Oto jej nowa charakterystyka.

Czytaj dalej »

Problem: Żmij, ten zły

Jak wiadomo, świat Wilkołaka rządzony jest trzema siłami – kreacją, trwaniem i destrukcją – uosobionymi przez trzy duchy: Dzikun/Wyld, Tkaczka/Weaver i Żmij/Wyrm. Historia świata mówi, że w pewnym momencie Tkaczka z niewiadomych powodów oszalała i zaczęła więzić świat w swoich sieciach, usiłując go utrwalić w jednej formie. Żmij, który musiał ją zrównoważyć i rozdzierać to, co ona usiłowała zatrzymać, również oszalał.

Według legendy Tkaczka pozostała Tkaczką, Żmij jednak zmienił formę i stał się siłą zepsucia i korupcji. Jego pełne cierpienia sny o zemście, gwałtach i mordach dają początek duchom zepsucia, które coraz bardziej opanowują Ziemię. Cierpienie, rozlew krwi, okrucieństwo – te rzeczy karmią Żmija i jego potomstwo. Wilkołaki toczą z nimi beznadziejną walkę, starając się powstrzymać rozszerzających zepsucie ludzi przed zniszczeniem Matki Gai i wszystkich jej dzieci…

Stop.

Czytaj dalej »

Czasem grzebiąc przez sieć natrafiam na spory i dyskusje dotyczące tematu „czy czarownicą człowiek się rodzi, czy też może nią zostać?”. Jedni twierdzą, że moc ma się wrodzoną, że na duszy tkwi wtedy znak Bogów Czarownic i że albo się jest Z Tej Krwi, albo nie. Inni odpowiadają, że nie ma czegoś takiego jak wrodzona moc i przeznaczenie od urodzenia, że dar można w sobie wyćwiczyć (podobnie jak mięśnie) i że Bogowie są dostępni dla wszystkich.

Kto ma rację? Właściwie jedni i drudzy. Rzeczywiście, to nie jest tak, że pochodzenie determinuje wszystko. To tak jak z genami – można albo wykorzystać dary otrzymane na początku, albo je zaprzepaścić. Ale z drugiej strony nie każdy jest/może zostać czarownicą. Jest wielu takich, których fascynuje czarownictwo, którzy pragną być czarownicami i dążą do tego, przypinając sobie szumne etykietki ale… kiedy spojrzeć z boku, czarownicami nie są. A to dlatego, że nie są odpowiednimi osobami. I bardzo możliwe, że nigdy nie będą.

Oprócz rzeczy wrodzonych i własnych decyzji istnieje bowiem trzeci czynnik. Trwający całe życie wpływ świata na daną osobę. Bez pewnych elementów w sobie, elementów, które dostaje się dzięki odpowiednim doświadczeniom, ani rusz. Aby zostać czarownicą, trzeba zostać odpowiednio oszlifowanym przez świat. Za szlify te płaci się łzami, krwią, potem i cierpieniem. Bo aby się nauczyć, trzeba być gotowym cierpieć. Natomiast przytłaczająca większość ludzi ucieka od cierpienia gdzie pieprz rośnie. Nie potrafi się przyznać, nawet przed samym sobą, do błędów i braków. Okłamują siebie, żeby osłonić się przed bólem. Unikają szlifów. I dlatego czarownicami nie są i nie będą.

Tu wcale nie chodzi o fascynację cierpieniem i mroczną stroną życia, bo wśród „gotyckich wampirów” jest tyle samo takich zakłamanych chciało-by-się, co wśród „białych czarodziejek”. To tylko prosty fakt. Rzeczywistość. Nie ma nowego życia bez bólów porodowych. Nie ma wiedzy o sobie bez spojrzenia w lustro. A tym lustrem jest świat oraz inni ludzie.

Dzisiaj znalazłam (ponownie) taki artykuł na WitchVoxie: Be Nice or I’ll Punch Your Lights Out (wart przeczytania w całości). Jest to przykład sensownego podejścia do karmy. Autorka pokazuje między innymi, że określenia dobro i zło są relatywne i że nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć przyczyn, które wpłynęły na sytuację, ani możliwych konsekwencji naszej decyzji.

Z takiego punktu widzenia odpowiedź na „co zrobić, jeśli ktoś, kogo kocham, jest chory, nieprzytomny i umiera?” przestaje być łatwa. Ludzie wierzący w wersję trójpowrotu typu „młotek” w swoich książkach odpowiadają: „Bez ich pozwolenia – nic. Widocznie wybrali sobie taką lekcję w życiu”. A jeśli ich wybraną lekcją było doświadczenie, że mogą polegać na tych, którzy ich kochają, nawet, jeśli nie są w stanie poprosić o pomoc?

Postawa taka (”nie ratuję, bo to ich lekcja”) byłaby, według mnie, równie sensowna, co gdyby strażak stanął z założonymi rękami i powiedział: „Nie będę ludzi śpiących i zaczadzonych wyciągać z budynku, skoro o to nie proszą. Niech zginą w płomieniach – widać taką sobie lekcję wybrali. Nie będę na siebie brał brzemienia trójpowrotu. Kto wie, może z tego dziecka, co się właśnie spala, w przyszłości wyrósłby nowy Hitler?”

Ale z drugiej strony… większość ludzi przynajmniej raz doświadczyła pomocy, której sobie wcale nie życzyli i która, z ich punktu widzenia, była przymusem i wcale nie działała dla ich dobra. Wydaje się, że dobrym przykładem byłoby tu nawracanie – w końcu nikt nie ma ochoty na pranie mózgu. Czyli pomoc wbrew czyjejś woli jest zła. Mamy już przynajmniej jedną wartość absolutną. A… jeśli to „nawracanie” jest próbą wyrwania kogoś z destruktywnej grupy? Jeśli dziecko zmuszane jest do zażycia lekarstwa, żeby się nie pochorowało? Jeśli, po wszystkim, osoba wcześniej się sprzeciwiajaca stwierdzi, że ta pomoc wbrew woli wyszła jej na dobre?

Nigdy nie możemy być pewni, że postąpiliśmy dobrze – ani tego, że postąpiliśmy źle. Każda decyzja – a także jej brak, bo niedziałanie pozostaje jakimś wyborem – powoduje konsekwencje. Myślę, że w dalszej perspektywnie zawsze znajdą się i jakieś złe, i dobre. Pozostaje tylko się starać być najlepszym, jakim w danej chwili się może.

Przyszły ból jest częścią obecnej radości. Taka jest umowa.

— Ponoć C.S.Lewis

Pamiętaj, ktoś, kogo znasz, szanujesz i z kim codziennie rozmawiasz, jest introwertykiem i prawdopodobnie doprowadzasz go do szału.

Na WitchVoxie znajduje się ostatnio seria artykułów mówiących o osobistej odpowiedzialności. Jak do tej pory, najbardziej podobał mi się ten: Personal Responsibility Is Not So Personal. Jest zgrabnie napisany, spójny i ciekawy, mimo że niekoniecznie nowatorski. Mówi on o odpowiedzialności, jaką mamy wobec społeczeństwa. O tym, jak wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani, jak wiele zależy od współpracy i jak wiele możemy razem zdziałać.

Wynika to z podstawy etycznej większości neopogańskich ścieżek – masa książek, artykułów i ludzi zaciekle truje o tym, jak to cały świat jest jednością i wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Nie sikaj więc do basenu, bo wszyscy w nim pływamy, mówią. Natomiast żywi ludzie chętnie odnoszą to do działań typu ekologia, ale jakoś zupełnie zapominają, że inni ludzie i świat tuż przed ich nosem też należy do tych współpowiązanych.

Być może powód jest taki sam, jak ogromna popularność Prawa Trójpowrotu. Sprymitywizowanie ludzi. Neopogaństwo „zrób to sam, wyrzuć co ci nie pasuje” przestało rozwijać i pomagać dojrzewać, a zaczęło pozwalać na wygodne okopanie się w swoim dołeczku i postawę minimalnego wysiłku. Mamy coś za darmo? Cyckać, korzystać póki nie wyschnie! Brudno tutaj? Kopnij to pod kanapę, ktoś inny posprząta, po co się masz wysilać! Kiedy zachowuje się tak jedna osoba, nie jest tak źle. Kiedy robi to większość, mamy problem. To się nazywa gospodarka rabunkowa. Gdy dokonuje się jej na środowsku naturalnym, każdy neo- ryknie oburzony. A jeśli na ludziach – zadziwiająco wiele przymknie oczy.

Znając ludzką naturę można by przemówić do nich następująco: „Słuchajcie! Razem możemy mieć wszystko, a osobno – chałę! Jeśli nie dacie czegoś w zamian tym, którzy wam coś dają, źródełko w końcu wyschnie! Oni się zniechęcą! Inteligentny egoista o tym pamięta i wie, że może więcej dla siebie zebrać biorąc mało a długodystansowo, niż dużo na krótką metę!” Ale przecież nie o to tu chodzi, prawda? Chodzi o upadek pewnego ideału. O sprymitywizowanie mentalności środowiska, które kiedyś było elitą.

Gdzie tu osławiona neopogańska osobista odpowiedzialność? Gdzie tu minimalne poczucie empatii i zrozumienia, którego tak chętnie wymaga się od wszystkich innych? Gdzie rozwój i dojrzałość? Brak. Zostało tylko gorączkowe, prymitywne podgarnianie pod siebie, warczenie na tych, którzy nie dość chętnie dają i narzekanie na to, że nie ma więcej.

I dlatego źródełko wysycha.

Gadam zupełnie jak ci sumeryjczycy na dawno temu odkopanej tabliczce, prawda? :-)

Komentarze archiwalne

Nic dodać, nic ująć. Odpowiedzialność przestaje być modna. Przestaje od bardzo dawna, raczej staje się teraz coraz bardziej *niemodna*. Krzywienie się na to, co daleki lub na to, co robią onni – owszem. Jeśli przychodzi do oceny własnych działań – one zawsze są „w porządku”. „To nie mój problem” – sformułowanie święcące tryumfy…

Chyba jestem z sąsiedniej tabliczki.

– elwinga (12 czerwiec 2005)

Miejsce akcji: świat dysku. Rozmowa Śmierci (mówi DUŻYMI LITERAMI) z jego wnuczką, która właśnie uratowała życie boga słońca (mniej więcej, nie będę wam psuć niespodzianki spoilerami ;).

– Dzięki. Powiedz mi…
CO BY SIĘ STAŁO, GDYBYŚ GO NIE URATOWAŁA?
– Tak. Słońce i tak by wzeszło, prawda?
NIE.
– Przestań. Nie sądzisz chyba, że uwierzę. To przecież fakt astronomiczny!
SŁOŃCE BY NIE WZESZŁO.
(..)
– Doprawdy? A co by się stało, jeśli wolno spytać?
ZWYKŁA KULA PŁONĄCYCH GAZÓW ROZJAŚNIŁABY ŚWIAT.

Czy nie dlatego ludzie zwracają się w stronę neopogaństwa, że pragną odnaleźć słońce w świecie oświetlanym przez kulę płonących gazów?