Pouprawiam dzisiaj kolejną paskudną, niezwiązaną z Wicca prywatę ;) (28.11.2007 – wiedźmolog miał w sobie zawierać zalążki pogańskich artykułów, a nie osobiste wpisy). Otóż znalazłam The Dionaea House. Correspondence from Mark Condry. Zaleca się czytać po kolei. W „updates” znajdują się wpisy chronologicznie późniejsze od listów, dlatego zostawcie je sobie na koniec. Aha, są w nich też linki do innych stron. Też trzeba czytać je chronologicznie.
Kwiecień 2005- przeglądasz archiwa miesięczne.
Czytałam sobie dzisiaj artykuł Davena Live Like You Were Dying. W skrócie: świadomość tego, że się niedługo umiera, powoduje, że człowiek zaczyna naprawdę żyć pełnią życia. Gdybyśmy sobie tylko uświadomili, że możemy żyć pełnią życia teraz…
No właśnie, co by było? Czy rzeczywiście jest to dobre rozwiązanie? Pomyślcie. Człowiek, który widzi przed sobą przyszłość, może planować spełnienie wielkiego marzenia (np. kupienia domu w górach) na za pięć lat, regularnie odkładając pieniądze. Musi też cały czas myśleć o ewentualnych zagrożeniach czyhających na niego w przyszłości (np. że go zwolnią i przez rok nie będzie mógł znaleźć pracy) i się przed nimi zabezpieczać. Jego życie cechuje radość gorzka, o której pisałam jakiś czas temu.
Natomiast człowiek, który wie, że umiera, nie ma przed sobą przyszłości, więc nic nie planuje. Może zużyć wszystko co posiada na zaspokajanie swoich pragnień, czy są to chwilowe zachcianki, czy też życiowe marzenia, przed których spełnieniem zawsze powstrzymywały go odpowiedzialności związane z życiem codziennym. Pieniądze wyda zatem natychmiast, bo w końcu nie ma na co je odłożyć. Pojeździ na dzikim byku i skoczy na bungee, bo nawet jeśli go to poważnie uszkodzi, to co z tego – za tydzień i tak by się skończył. Świadomość śmierci zwalnia go z myślenia o przyszłości oraz związanego z tym poczucia odpowiedzialności i w ten sposób czyni go ponownie dzieckiem.
Dlatego nie sądzę, by „żyj tak, jakbyś miał umrzeć” było dobrą receptą na życie. Jest ono mieszanką korzystania teraz i odkładania na przyszłość. Powinniśmy natomiast pilnować, by ilość składników się równoważyła.
Komentarze archiwalne
Myślę, że „żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro” ma przypominać po prostu, że 16 godzin pracy dziennie przez 7 dni w tygodniu albo odkładania „nauczę się/pojadę/zobaczę/porozmawiam w końcu z…” będziemy żałować gdy zabraknie nam na to już czasu.
Istnieje też wersja, która (jak sądzę) podsumowuje twój wpis: „Żyj, jakbyś miał umrzeć jutro, gospodaruj tak, jakbyś miał żyć wiecznie.” :-)
– Abyss (29 kwiecień 2005)
Uprzedzam: mam gorączkę, co wywołuje problemy ze spójnym wypowiadaniem się, więc uważajcie na siebie podczas czytania…
Właśnie skończyłam czytać „Witchcraft”, komiks wydany przez stajnię DC/Vertigo. Ogólnie nie lubię ich podejścia do pogaństwa i dawnych bogów bo jest strasznie… chrześcijańsko-centryczne. Darujcie słowotwórstwo. Denerwuje mnie zwłaszcza potrójna bogini w ich wydaniu. Gravesowska wizja 3bogini (pierwszy minus) która najpierw została przeżuta i wypluta przez polityczną poprawność (drugi minus), a następnie przez pseudointelektualną mroczność (trzeci minus. Werdykt: dno). Dlatego miałam opory przed czytaniem i zabrałam się do niego dopiero dzisiaj, możnaby powiedzieć, z rozpaczy.
Zaskoczył mnie dość pozytywnie. Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam (jestem chora więc muszę pomarudzić, jasne?) Mianowicie główną osią fabuły jest zemsta czarownicy-czcicielki Hekate, Rzymianki, na barbarzyńcy, który ją (i jej współtowarzyszki) zgwałcił i zamordował kiedy odprawiały obrzęd. Oczywiście odbywa się to w następnych wcieleniach. Trzech do tego, bo dwa razy się nie udało. Za każdym razem on odradza się jako człowiek, który zrobił jakąś krzywdę człowiekowi, w którym odrodziła się ona (zabił jej ojca; przeleciał jego matkę i go zgwałcił (tu ona się odrodziła jako mężczyzna); zamordował jej wnuczkę).
Zauważmy, że wygodnym zbiegiem okoliczności za każdym razem ten odrodzony facet wyrządzał krzywdę tej odrodzonej kobiecie, dzięki czemu miała się za co mścić. Co by było, gdyby nie miała? Niewinny człowiek oberwałby w imię tego, co zrobiła kiedyś jego dusza? A może do zemsty na niewinnym dojść nie mogło, więc aby zemsta zaszła, to ta kobieta musiała najpierw być po raz kolejny skrzywdzona przez tego mężczyznę? Jeśli to ostatnie, to czy warto było żądać tej zemsty? W wyniku tego żądania przynajmniej jeden kolejny żywot ta kobieta sobie przechlapała, z góry zapewniając sobie, że ktoś jej wyrządzi wielką krzywdę, żeby następnie mogła się zemścić.
I teraz mam pytanie: jaki miałby być tego sens? Takiej „karmy” znaczy się. Czego mnie nauczy to, że w danym życiu dostanę kopa za coś, co zupełnie nieznana mi osoba zrobiła kiedyśtam, jeśli na dodatek i tak prawdopodobnie dowiem się o tym dopiero po śmierci? Osobie skrzywdzonej już to nie pomoże, a osobie wyrządzającej krzywdę tym bardziej. Brzmi to trochę jak rodowa wendetta: zabiję cię bo twój dziadek zabił mojego. (Oczywiście w komiksie to BYŁA w pewnym sensie wendetta, ale on mnie zainspirował do bardziej ogólnych wniosków). I dlatego nie uznaję tak czasem popularnej wśród neopogan teorii reinkarnacji i karmy.
W celu uświadamiania szerszej publiczności o tym, dlaczego magia nie powinna być dostępna dla każdego, zacytuję pewną rozmowę z OccultForums.com, która mnie rozłożyła swoim komicznym zestawieniem:
Nowy na forum: w czarostwie jestem nowy i mam trudności z rzuceniem klątwy na moją byłą dziewczynę. Nie chcę jej zabić, tylko zmusić ją, żeby sobie uświadomiła, co mi zrobiła. Proszę, pomóżcie mi i podajcie jakieś zaklęcia.
Moderator: Spróbuj z nią porozmawiać.
Komentarze archiwalne
Pytanie: czy to magia jest powszechnie dostępna czy też uproszczona, fastfoodowa wiedza o niej pochodząca z pewnego rodzaju wydawnictw i stron internetowych?
I jeśli można ściągnąć muzykę, książkę itd z sieci a dowolny zestaw narzedzi kupić w sklepie to czy należy się dziwić, że podobne rozumowanie funkcjonuje w przypadku magii?
– Abyss (23 kwiecień 2005)
Tylko że za pomocą książki nie możesz przeprowadzić na innej osobie odpowiednika prania mózgu. Zauważ, że na przykład broni nie sprzedają ot, tak sobie.
A jaki rodzaj magii jest powszechnie dostępny? Przy pewnej dozie starania – większość. Oczywiście potem trzeba się jeszcze tego nauczyć, a większość takich „żebrających o zaklęcia” się na to nie zdobędzie. Ale jednak.
A ponadto, nawet zwykłą wizualizacją można osiągnąć niezłe efekty, jeśli włoży się w to wiele siły woli i zacięcia.
– 3Jane (28 kwiecień 2005)
Poszukuję skutecznego lekarstwa na chorobę powszechnie zwaną leniem, a objawiającą się hasłem „Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce…”
Komentarze archiwalne
Muszę Cię zmartwić. Na to nie ma skutecznego lekarstwa. Trochę pomaga silna wola. Ewentualnie duża potrzeba osiągnięcia czegoś. Jakby jakimś cudem udało Ci się coś znaleźć to daj znać :).
– Riannonflame (21 kwiecień 2005)
A mi na lenia pomaga nowa tematyczna ksiażka czy coś, co od dawna potrzebowałam do zrobienia zaplanowanej rzeczy. Chęć czytania czy wypróbowania nowych narzędzi, materiałów, itp motywuje do pracy. Wada tego systemu: jest kosztowny ;-).
– Abyss (21 kwiecień 2005)
Obawiam się, że mój największy leń dotyczy zmuszania się do pracy obowiązkowej, która ciekawa nie jest, ale odwalona zostać musi.
Pewnym sposobem jest stworzenie sobie listy zadań z przewidywanym czasem na ich zrobienie i porównywanie go z czasem, który rzeczywiście zajęło zrobienie danej rzeczy. Wielka ulga spływa na człowieka, kiedy się patrzy, ile ma już z głowy.
– 3Jane (21 kwiecień 2005)
Zawsze pomagały mi nagrody pieniężne.
– Enenna (22 kwiecień 2005)
Czasem pomaga, przynajmniej mnie, robienie dwóch rzeczy naraz. Jak jedna tak mnie zmęczy, że mam ochotę rzucić wszystkim i wyjechać na Syberię ;) biorę się za drugą. Jak mam dosyć drugiej, wracam do pierwszej. Wada – trzeba mieć dwie równie nudne rzeczy do zrobienia i czas na dłubanie ich naraz. W sytuacjach kryzysowych – wspomaganie czekoladą ;)
– Amber (24 kwiecień 2005)
Na OccultForums.com natrafiłam dzisiaj na wątek Who’s being harassed for practicing Witchcraft?. Ludzie dzielą się w nim swoimi doświadczeniami związanymi z prześladowaniami religijnymi czarownic, neopogan, Wiccan, magów itp. (spotykających też ludzi wyglądających tylko na „nieodpowiednie elementy społeczne”).
Czytam ten wątek i jest mi dziwnie. Wiem, że ludzie czepiają się innych ze względu na najróżniejsze rzeczy – a czasem zupełnie bez powodu – ponieważ sama tego doświadczyłam. Nikt jednak nie prześladował mnie z powodu mojej religii w takim stopniu, o jakim piszą ci ludzie (pobicia, wyrzucenia z pracy, ostracyzm), choć nigdy jej nie ukrywałam. I to w Polsce, kraju zdeklarowanego katolicyzmu, okrzyczanej przez antyklerykałów ciemnogrodem przykładowym.
Z drugiej strony nie popisywałam się swoją innością – nie ograniczającą się tylko do religii – i nie straszyłam ludzi dla zabawy. Po prostu byłam sobą, świadoma swojej odmienności, i byłam w obronie własnych granic stanowcza. Być może brak czepiania się religii wynikł z tego, że okazuję szacunek poglądom innych, schodzę ludziom z drogi jeśli nie stają na mojej, a także starannie dobieram towarzystwo w którym przebywam, preferując kilku mądrych znajomych nad tabun świszczypał. Życie jednak ostro zaskoczyło mnie w kilku momentach.
W drugiej podstawówce odnoszono się do mnie przyjaźnie (kiedy już wywalczyłam sobie miejsce w hierarchii klasowej, z początku tępiona jako nowa po przeprowadzce i najlepsza w nauce). W liceum natknęłam się w wychodku/umywalni – zdziwionych uświadomię, iż było to miejsce obszerne, czyste, ciche, z wygodnym parapetem, nadające się do rozmów prywatnych i odpisywania zadań domowych – na dziewczynę, która grzecznie chciała mnie uświadomić o fakcie, że pentagram który nosiłam na szyi to symbol pięciu żywiołów, a nie szatana (o które to skojarzenie mnie podejrzewała niebezpodstawnie, ponieważ ubrana byłam jak najbardziej na metalowo). W tym samym okresie miałam szczęście natknąć się na księdza myślącego, który szanował chodzących na religię ludzi innego wyznania i chętnie z nimi rozmawiał nie usiłując ich nawracać ani nie uciekając się do utartych formułek.
Również w liceum zaczęłam rozwijać swoją pierwszą stronę WWW, już nieistniejącą, „Zamek Thalarion”. Powstał on z początku jako zadanie domowe z informatyki. Od początku miał rozdział o magii, który obecnie przekształcił się w stronę Troiana Mystica; później dodałam do niego rozdział o Wicca, który był zaczątkiem „Na korze brzozowej spisane”. Pod każdą z tych stron podpisałam się imieniem i nazwiskiem. I nigdy nie miałam z tego powodu żadnych kłopotów; ani w liceum, ani na studiach, ani przy szukaniu pracy („Na korze brzozowej spisane” figuruje w moim portfolio). Byłam też moderatorką wiccańskich list dyskusyjnych oraz udzielałam wywiadów przy dwóch artykułach związanych z tą religią. I nic. Nie, przepraszam, na co najmniej pięć lat zliczę kilka emaili w stylu „aleś ty naiwna że wierzysz w takie bzdury”.
Jestem szczęściarą i piszę to z całą świadomością tego faktu.
Komentarze archiwalne
Ja też miałam dużo szczęścia. Wynika z tego m.in. coś, co budzi zdumienie u wielu neopogan: mój pozytywny, a nawet ciepły stosunek do Kościoła Katolickiego.
Ale tak sobie myślę… może to szczęście wzięło się stąd, że obie mieszkamy w dużych miastach?
– Morven (18 kwiecień 2005)
Ja też miałam fajnego księdza w LO, ale potem zmienili go na jakąś siostrę z miejscowego zakonu (małe miasteczko), która była jedyną osobą w moim życiu kojarzącą mi się z czymś na kształt nietolerancji religijnej.
Jako nastolatka jeszcze nic nie wiedziałam o wicca czy magii, dopiero co przeczytałam „Księgę dobrych czarów” Medici i kontynuowałam „dokształcanie się” z „Wróżki” (Internet był nieosiągalny). Owa właśnie gazeta została mi wyrwana siłą z ręki przez zakonnicę, kiedy czytałam ją zupełnie legalnie na przerwie, nieświadoma, że weszła już do klasy (a nie przyszło mi wtedy do głowy, że można takim periodykiem kogokolwiek urazić!). Kazała mi wstać i wygłosiła długą mowę jak zgubię swoją duszę, jak jakaś sekta wkrótce zniszy moje życie, jakie straszne grożą mi konsekwencje…bo czytam tak groźne pisma jak „Wróżkę”.
Owa siostra jeszcze przerabiała z nami takie tematy lekcji jak „Czemu chrześcijaństwo jest doskonalszą religią niż hinduizm i buddyzm?” w ramach programu zapoznawania nas z religiami świata. Dobrze, że nic nie wiedziała o wicca… ;-)
– Abyss (18 kwiecień 2005)
U nas jest o tyle dobrze, że jako kraj składający się prawie wyłącznie z katolików (w znaczeniu: ochrzczonych w obrządku katolickim) nie mamy wrogów publicznych, takich jak Murzyni dla Ku Klux Klanu czy protestanci dla Irlandczyków. U nas inna religia jest traktowana wciąż jako dziwo, a nie jako zagrożenie. Oczywiście mówię tu o przeciętnym obywatelu, a nie o księżach, bo ci bywają różni. Dlatego też ludzie średnio przyjmują to do wiadomości i raczej nie przychodzi im do głowy, aby wyciągać z tego konsekwencje. Bardziej dżezi jest wałkować temat gejów ;)
– Ailinon (20 kwiecień 2005)
Tuptam sobie dzisiaj z wykładu bardzo boczną uliczką i co widzę? Małe drzewko śliwy zaczyna sobie kwitnąć. Tak znienacka. Jak tak można, proszę ja was? Dwa dni się nie wychodzi na ulicę bo zimno, mokro, wstrętnie i za dużo roboty w domu, a tu, o proszę, śliwka kwitnie. Nawet mnie nie uprzedziła, że ma zamiar, cholera jedna. (Parę dni temu zaskoczyły mnie również forsycje, które ni z tego ni z owego „ruszyły jak szatan”, używając sformułowania pani Chmielewskiej.)
Ze śliwami to jest tak, że kwiaty nagle się na nich pojawiają, a za parę dni już ich niet. Ni dudu. Przyszedł wiatr albo deszcz i kwiaty kaput. Każdego roku czekam na te śliwy, cieszę się, że to już, a potem przeżywam głębokie rozczarowanie, że tak krótko i że na powtórkę muszę czekać kolejny rok. Myślę, że ta krótkotrwałość to duży element uroku, jaki te kwiaty dla mnie mają.
Zastanawiam się, do jakiego stopnia ludzie zubożyli się emocjonalnie powodując, że tak wiele rzeczy jest dostępnych natychmiast – truskawki z Brazylii, kwiaty ze szklarni, przyjaźń po dwóch emailach, seks na telefon i miłość na dwa miesiące? Takie udostępnianie wszystkiego od ręki wynika oczywiście z chęci ułatwienia sobie życia oraz unikania doznań przykrych (bo tęskne wyczekiwanie czegoś upragnionego sprawia cierpienie, tym większe, im bardziej niedostępny przedmiot pożądania).
Ale czy prawdziwe szczęście w życiu rzeczywiście można osiągnąć przez unikanie cierpienia? O ile lepiej smakują świeże, ubłocone polskie truskawki, które można dostać tylko w lecie, o ile piękniejsze są śliwy, które kwitną raz w roku i ciężko je utrzymać w wazonie! Cierpienie wyczekiwania dodaje aromatu rzeczy oczekiwanej.
Dlatego lepiej, jak myślę, nurzać się w pełni życia, łapczywie pochłaniać zarówno radość jak i ból, żyć chwilą. Kiedy stoją przed tobą potrawa tak ostra, że dymi ci z uszu, oraz talerz mdłej brei (dla niepoznaki zaprawiony sztucznymi aromatami i barwnikami – czy zauważyliście jak bardzo zwiększyła się ilość pseudoniebezpiecznych podniet specjalnie dla ludzi, którzy się boją życia?), lepiej wybrać chili.
Komentarze archiwalne
Sądzę, że ludzie nie tyle boją się życia jako takiego a raczej utraty powagi, która w powszechnym rozumieniu łączy się z dojrzałością. Bo kto to widział, żeby dorosła osoba zachwycała się tak „banalnymi” rzeczami jak truskawki, deszcz czy kwiaty kiedy na głowie się ma rachunki i ileś tam różnych problemów. A przynajmniej odnosze takie wrażenie :-).
– Abyss (17 kwiecień 2005)
Mam takie (uwaga, będę strasznie uogólniać) nieprzyjemne wrażenie, że sporo neopogan nie chce sobie uświadamiać istnienia swoich i cudzych uczuć, starając się zapomnieć o tym, że emocje są naturalną częścią człowieka – ani złą, ani dobrą, tylko konieczną do życia. I że źle się kończy, kiedy człowiek ignoruje swoje emocje (albo jest w ich sprawie ignorantem), tak samo jak źle się kończy ignorancja w sprawach seksualności.
Te złe końce widać wszędzie. Ludzie nieświadomi lub nieakceptujacy swoich albo cudzych potrzeb emocjonalnych – pragnienia akceptacji społecznej, władzy i autorytetu, poczucia własnej wartości, bezpieczeństwa, wsparcia psychicznego w momencie trudnosci, zabawy, powagi – tłumią to w sobie, obśmiewają lub napadają na innych, którym się coś takiego wymsknie, a następnie sami wybuchają w sposób niekontrolowany, kiedy coś im nadepnie na odcisk. Przytłaczającą większość neopogańskich kłótni można sprowadzić do tego, że przynajmniej jedna strona była emocjonalnym ignorantem (w stosunku do siebie lub innych).
Istnieją dwie wersje ignoranctwa emocjonalnego. Pierwsza wersja jest sucha i wykastrowana. O uczuciach się nie mówi, uczucia się wyśmiewa, człowieka okazującego irracjonalne uczucia należy werbalnie zetrzeć na proch. O religii dyskutuje się w formie analizy filozoficznej. Drugą nazywam na własny użytek „domowym przedszkolem”. Jest to popisywanie się swoimi emocjami w wydaniu niedojrzałym: co w środku, to na wierzchu. Wyrasta to ze spontanicznego protest-songu przeciwko krytyce uczuć, ale ponieważ nie ma tam żadnych głębszych refleksji, jest to wersja bardzo uboga duchem.
Wielbienie logiki jest bolesne i nieodpowiednie, bo odbywa się w sferze religii, która w przeciwieństwie do filozofii jest z definicji nieracjonalna, bo niedająca się udowodnić. O ile należy więc pilnować, żeby własna ścieżka była w miarę spójna i trzymająca się kupy, o tyle odrzucanie lub nawet wyszydzanie każdego elementu nielogicznego i popartego jedynie argumentem „bo tak mi serce mówi” jest nie na miejscu, bo to kastrowanie religii, przerabienie jej na agnostycyzm z kolorowymi ozdóbkami.
Za serce chwytają rzeczy nieudowodnione, lecz piękne i poruszające, takie jak mity, Bogowie z którymi nawiązuje się kontakt uczuciowy, odwołanie do natury, której wielu mieszczuchom bardzo brakuje, rytuały dotykające wewnętrznego poczucia piękna, legenda powstania obejmująca czasy pradawne i odwołująca się do tajemniczego, groźnego i podniecającego archetypu wiedźmy. One są potrzebne, tak jak potrzebne są uczucia.
Jednak bez zrozumienia (za pomocą intelektu) tego, co się danej osobie w środku kotłuje, bardzo łatwo może ona wpaść w pułapkę leczenia skutków, a nie przyczyn. Używając wyżej wymienionych elementów zamyka się w skorupce i przestaje rosnąć, rozwijać się i dojrzewać, zaabsorbowana zaspokajaniem swoich potrzeb emocjonalnych w najprostszy możliwy sposób. Ma niskie poczucie własnej wartości i nie umie sobie z tym poradzić? Nic prostszego – ogłosi wszystkim, że jest potężną czarownicą i arcykapłanką trzeciego stopnia. Takie osoby mają tendencję do zbierania się w prywatne małe getta wzajemnej akceptacji. Stąd właśnie „domowe przedszkole”, które wszystkie dzieci kocha (pod warunkiem, że nie podstawiają innym lustra pod nos, rozbijając „bezpieczną” skorupkę).
Podsumowując, powiedzmy sobie szczerze: jest potrzebna i głowa, i serce – obydwa na wysokim poziomie. Z tego co widzę obserwując tzw. środowisko – głowa na wysokim poziomie już jest, ale bardzo brakuje serca.
Komentarze archiwalne
Jak dla mnie, to zbyt rozdzielasz te sprawy „umysłu” i „serca”. Odczucia z logiką tworzą jedną całość – logiczny mechanizm wnioskowania bierze jako dane wejściowe również potrzeby emocjonalne i nie widzę w tym nic dziwnego ani „nieracjonalnego”. Nie branie pod uwagę istniejących danych jest z punktu widzenia logiki nielogiczne i niepełne :) Możemy tylko dyskutować, w które miejsce należy te dane włożyć i jaką wagę im zaaplikować.
Inna sprawa, że porozumienie tekstowe wymusza użycie precyzyjnych określeń, podczas gdy uczucia są często trudne do nazwania i czasami ich pochodzenie nie jest sprecyzowane. Umiejętność operacji na tylu niewiadomych, liczbach rozmytych oraz założonych przypuszczeniach jest trudna, ale nie niemożliwa. Ale im mniej kogoś znasz, tym gorzej możesz przekazać niuanse pewnych wniosków czy decyzji. Dlatego w gronie ludzi w większości obcych trzeba działać na pewnych ogólnych założeniach i uproszczeniach, zakładając, że każdy postara się prowadzić interakcję w oparciu o taki model świata, jaki się da opisać i sprecyzować.
Stąd też trudno się dziwić, że ludzie dążą do takiego modelu, w którym jak najwięcej będzie można wyjaśnić, przynajmniej ogólnie, bez powoływania się na subiektywizm, który może wynikać z miliona powodów. Owszem, czasami trzeba, ale moja dobra wola, jako dyskutanta, zwykle odracza ten moment ile się da, nawet zastępując hipotezami. Na żywo można podyskutować już trochę inaczej, a w gronie przyjaciół jeszcze inaczej. Ale dopóki mamy się rozumieć z możliwie najszerszym gronem, dopóty trzeba używać możliwie najpopularniejszego języka.
Takie moje 0,03 PLN ;)
– Ailinon (12 kwiecień 2005)
Listy dyskusyjne i fora nie są całym moim światem, a życie religijne nie składa się wyłącznie z dyskusji o światopoglądzie z ludźmi, którzy się nie rozumieją nawzajem. Pisałam, że uogólniam. Chodziło mi o dostępny dla mnie całokształt – książki, strony internetowe, rozmowy bezpośrednie, również fora i inne rzeczy.
Widzę w tym całokształcie wyraźny brak rzeczy przeznaczonych dla węższego grona, takiego, w którym pewne rzeczy są oczywiste (np. że Bogowie istnieją obiektywnie, można się z nimi porozumiewać jak z rzeczywistymi osobami i są do nas nastawieni przyjaźnie). Brak głębokiej literatury religijnej. Brak serca.
I pytam przewrotnie: czy to nie dlatego, że nikt tak naprawdę nie wierzy w to, co głosi? Że tak naprawdę nie mamy do czynienia ze zbiorem neopogan, tylko z gromadką agnostyków w ładnych maskach?
– 3Jane (13 kwiecień 2005)
A co odnacza dla Ciebie ów „agnostycyzm”? Ten zestaw, który podałaś, że „Bogowie istnieją obiektywnie, można się z nimi porozumiewać jak z rzeczywistymi osobami i są do nas nastawieni przyjaźnie” nie jest oczywisty dla wszystkich. O ile z pierwszym się zgadzam (w mojej definicji Bogów, nie każdy musi ją podzielać, bo np. wg chrześcijańskiej już jestem ateistką), z drugim mniej więcej (nie porównywałabym tego sposobu porozumienia do żywych osób), a z trzecim już raczej nie, bo jak dla mnie z Bogami jest jak ze światem: bywa różnie. To jest sprawa indywidualnej wizji świata, która wcale nie musi się pokrywać. A jak się nie pokrywa… no cóż, wtedy wychodzą różnice dogmatyczne, które uniemożliwiają porozumienie na zasadzie „ja i Ty widzimy świat tak samo”.
Jak dla mnie to, czego szukasz, nie jest dostępne w szerokim gronie. Jakimkolwiek szerokim. Może być dostępne w kowenie, albo w konkretnej ścisłej linii, w której każdy przeżywał podobną rzecz.Kiedy wiadomo, dokładnie wiadomo, co masz na myśli mówiąc „Bogini”, a nie „każdy sobie”. W szerszym gronie nie ma pojęć oczywistych i obiektywnych – nawet Bogowie nimi nie są, jeżeli ludzie nie dzielili wspólnych doświadczeń.Może to właśnie dlatego ta nasza scena wygląda jak wygląda – bo ludzie są podobni jedynie w symbolice, której używają, a nie w tym, co siedzi pod spodem.
– Ailinon (13 kwiecień 2005)
Mam wrażenie, że nie bardzo rozumiesz, o co mi chodzi Dobrze wiem, że nie da się znaleźć rzeczy tak samo rozumiane przez wszystkich podpadających pod etykietkę neopogan. Nie chodzi mi tutaj wcale o komunikację, dyskusję, wymianę informacji, ale o inspirację i uczucie.
Może rzucę przykładem twórczości religijnej. Ksiądz Twardowski. Nie dla wszystkich będzie zrozumiały i nie wszyscy go zinterpretują tak samo, ale jego wiersze są ogólnodostępne.
– 3Jane (13 kwiecień 2005)
Dowiedziałam się dzisiaj, skąd się wziął tzw. czakram wawelski. Ten sam, o którego wybuchła taka potężna awantura. Pamiętacie? Kawałek chodnika przy takim jednym murku, gdzie umiejscawia się ów czakram, został przez zarząd Wawelu odgrodzony w celu zamknięcia dostępu. Do sznura doczepiono kartkę głoszącą, że wiara w ten czakram jest niechrześcijańska i tak dalej. Krew wtedy zawrzała w coponiektórych neopoganach. Nawet jakieś marsze protestacyjne miały być… Ale odchodzę od tematu.
Otóż dawno temu, tuż po wojnie, pracował na Wawelu jakiś krakowski profesor. Ujrzawszy wycieczkę Hindusów postanowił im spłatać głupiego figla, zaprowadził ich do wiadomego murku i pokazał tamten zakątek, informując, że jest to tutejsze miejsce mocy! Hindusi pokłonili się, jako że jest to naród wykazujący szacunek w stosunku do cudzych miejsc świętych, po czym poszli dalej. A profesor opowiadał o tym innym, ciesząc się swoim dowcipem.
Dowcipny profesor opowiedział o tym między innymi kolejnemu krakowskiemu profesorowi, zajmującemu się orientalistyką, ten natomiast przekazał to religioznawcy, który dzisiaj coś tam wykładał na UJ. Na religioznawstwie oczywiście. A historię powtórzył mi Mirach i stąd wiem. Nawiasem mówiąc, ten religioznawca sądzi, że pod Wawelem rzeczywiście musi być jakieś miejsce mocy, ale powiązanie go z kawałkiem muru i chodnika wynika wyłącznie z głupiego dowcipu starego profesora.
Złamałam się. Po raz kolejny przejrzałam sobie różne fora, grupy i grona, archiwa z list dyskusyjnych, strony WWW… i stwierdziłam, że mam poważne opory przed publicznym nazywaniem się Wiccanką. Neopoganka, tak, proszę bardzo. Wiccanka? JA? Żeby przy pierwszym spotkaniu ludzie mnie kojarzyli z tym motłochem ignoranckich debili i niedopieszczonych, zakompleksionych nastolatków zmieniających wierzchnią farbę na swojej – i tak słabej – znajomości chrześcijaństwa, który opanował polski internet?!
Żeby zamiast ze mną porozmawiać jak równy z równym zaczynali i kończyli konwersację na ironicznych uśmieszkach i pytaniach, czy ja naprawdę wierzę w tę kupę bzdur o tym, że wszyscy bogowie są jednym bogiem, więc Wiccanie mogą go czcić (oprócz Szatana, którego czcić nie wolno, bo to niepoprawne politycznie), że nie wolno wyrządzać żadnej krzywdy, a już największym faux pas (ten link jest tu dla leniwców nieumiejących korzystać z książek, onetu ani własnego mózgu i oczekujących, że odwalę za nich całą robotę) jest delikatne powiedzenie komuś: mylisz się, to nie ma nic wspólnego z prawdą, rzeczywistością ani nawet dobrym smakiem?
Więc koniec z tym. Rezygnuję z Wicca. Poświęcę się Kabale, ścieżce ludzi mądrych. Tam będę obracać się wyłącznie w towarzystwie elity intelektualnej, co nie będzie zmuszać mnie do wiecznego zniżania się do poziomu mentalności przedszkolaka (bo, jak pisałam, tylko taki rodzaj „Wiccanina” można w Polsce znaleźć – wyjątki albo są Tradycyjne albo przestały się nazywać Wiccanami). Inną zaletą Kabały jest to, że można się jej nauczyć przez internet lub w ostateczności z książek, nie trzeba wydawać olbrzymiej ilości pieniędzy na zagraniczne podróże, by odbyć trening jeden-na-jeden, no i nikt ci nie powie, że twoją ścieżkę wymyślił jakiś zboczeniec ledwie pół wieku temu!
Dziś więc, pierwszego kwietnia, decyzja została podjęta. Żegnaj Wicca. Witaj Kabało. Z moimi zdolnościami językowymi i znajomościami z hebrajskim do poziomu całkiem niezłego powinnam dojść w rok. A po mnie choćby potop! (Ostatnio kupiłam sobie kurtkę lotniczą).
Komentarze archiwalne
1) To prima aprilis, prawda?
2) Jeśli nie… cóż, bardzo dobrze cię rozumiem.
3) Ale nie będzie debil pluł mi w twarz.
4) Przestałam się nazywać Wiccanką, uznając fakt, że największe prawo do tej nazwy mają Tradycyjni, a więc nie ja.
5) Ale nie odejdę w stronę niczego innego. Ani Kabały, ani Tarota, ani neopogaństwa słowiańskiego, ani druidyzmu. Niczego, co mnie interesuje „pobocznie”. Wierzę, że kiedyś będę mogła się szkolić u Tradycyjnych. Nie, nie wierzę – wiem. Może to i będzie za 20 lat, ale będzie. Bo tak chcę i koniec.
6) Gdybym teraz nagle się zniechęciła, to by znaczyło, że jestem słabeuszką. Że załamuję się przy pierwszej, trzeciej czy dziesiątej trudności. Czyli: że nie jestem warta tego, co wybrałam. Mam bzika na punkcie konsekwencji. Wprawdzie rozumiem, że można zmienić zdanie, ale musi to u mnie wynikać z wewnętrznej ewolucji poglądów, a nie z wpływów otoczenia. Ponieważ… patrz punkt 3.
6) Ale także… patrz punkt 2. Czyń wolę swą. Powodzenia na nowej ścieżce. Chyba, że to naprawdę prima aprilis.
W sumie to chyba i tak nie wierzę w to, co napisałaś.
– Morven (1 kwiecień 2005)
Tak, to prima aprilis :)
Nie rezygnowałabym z czegoś na czym mi zależy tylko dlatego, że inni usiłują to zeszmacić.
– 3Jane (2 kwiecień 2005)

Najnowsze komentarze