Marzec 2005

Marzec 2005- przeglądasz archiwa miesięczne.

Jakiś czas temu na okładce którejś z gazet dla młodych dziewcząt (Miss? Filipinka?) znalazłam hasło podsumowujące artykuł znajdujący się wewnątrz. Głosiło ono:

Kreatywność nie boli!

Niedługo nadejdzie czas, kiedy młode dziewczęta będzie trzeba pouczać o tym, że myślenie też nie boli, bo same do tego nie dojdą. Nie, nie, chwila! Już nadszedł taki czas, większości ludzi jest potrzebne takie pouczenie. Ale takie pouczenia nie są niestety ani modne, ani poprawne politycznie (przecież nie wypada mówić komuś wprost że zachowuje się jak bezmyślny kretyn), więc się o tym nie pisze – gazeta by się nie sprzedawała.

Z innej beczki, znalazłam też wspaniałe hasło, które można zastosować do wielu spraw związanych z Wicca. Na przykład pojawiającego się ostatnio pytania: dlaczego coponiektórzy krzywią się na używanie sformułowania „Blessed be” jako standardowego pożegnania międzypogańskiego? Otóż

Jeśli trzeba ci to wyjaśniać, to nigdy nie zrozumiesz.

(ponoć pochodzi on ze starej naklejki Harleyowców). Więcej na temat „Blessed be” (albo „Bądź/cie błogosławiony/a/i”) już wkrótce.

Ponieważ powoli zaczęłam dochodzić do końca „Skutecznego systemu samoobrony psychicznej”, wybrałam się dzisiaj do księgarni i kupiłam „Samoobronę psychiczną” Dion Fortune. Przy okazji zobaczyłam na półce więcej klasyki: książki Annie Besant (teozofki – następczyni Heleny Blavatskiej) oraz Roberta Monroe (tego od projekcji astralnej).

Pierwsze wrażenia z książki Denning i Phillipsa? Mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się, że w książce poruszają nie tylko tematy dotyczące strony magicznej, ale również psychologicznej (radzą, jak zabezpieczyć się przed psychomanipulacją ze strony innych, w tym sprzedawców, biznesmenów i rodziny). Podkreślają również wagę regularnej praktyki. Z drugiej strony jednak części książki są wyraźnie przeznaczone dla chrześcijan i ludzi stosujących kabałę (jeden z obrzędów wymaga czytania psalmów i odwołuje się do Drzewa Życia), a pod względem etycznym jest ona momentami słaba. Więcej napiszę, jak skończę ją czytać.

Mam też pierwsze wrażenia z Dion Fortune. Po pierwsze, dramatyzuje. Po drugie, świat dzieli między Białych Magów Podążających (chrześcijańską) Ścieżką Prawej Ręki oraz Czarownice i Czarowników Podążających (satanistyczną) Ścieżką Lewej Ręki. Po trzecie, w kupie bredni (typu: podczas czarnych mszy tworzy się hostię z ludzkich odchodów, krwi miesięcznej i białej mąki), dramatyzowania i przypadków z życia codziennego (tj. opowieści typu „teściowa kobiety, którą znałam, okazała się podświadomie być czarownicą, co pozostało jej z poprzedniego życia, i przez to zniszczyła tą kobietę i jej męża”) znajdują się tam istotne spostrzeżenia i błyskotliwe uwagi.

Na ile książka Fortune będzie wartościowa pod względem psychicznej samoobrony, jeszcze nie wiem, ale jest to kolejna pozycja, którą należy czytać uważnie, z ołówkiem w ręku i notesem, w którym zapisuje się swoje uwagi i przemyślenia. Zupełnie tak, jak w przypadku Gardnera. Jak ktoś nie umie znajdować tego, o co chodzi, tylko oczekuje, że wszystko będzie miał podane pod nos, to stwierdzi, że to stek bredni i pseudonaukowych opowiastek. Zastanawiam się, czy to jakaś charakterystyczna cecha książek z tamtego okresu? Całkiem ciekawy sposób na ukrywanie informacji przed osobami, które nie są warte tego, żeby je posiadać. Jak nie umie myśleć – to się nie dowie…

Wczoraj czytałam sobie „Misteria Kabirów. Prometeusz” Karla Kerenyi. Znalazłam tam taki cytat:

„jeden jest człowieczy
i jeden bogów ród. Z jednej macierzy
oba nasze rody dech zaczerpnęły. A przecież dzieli nas cała moc
tak rozdzielona, że tu nic, a tam trwa na wieczność
spiżowa, krzepka nieb siedziba.”

W ten sposób Pindar w szóstej odzie nemejskiej jednoczy ze sobą i rozdziela plemię ludzi i bogów.

Konkurs tygodnia: gdzie w tekstach związanych z Wicca znajduje się tekst identyczny jak pierwsza połowa wiersza?

Miałam napisać o czym innym, ale przez przypadek wpadłam na artykuł Mary Wakefield przedrukowany w Forum, a następnie przeklejony na katolicki serwis Apologetyka (już niedostępny). Jest to sprawozdanie z rozmowy przeprowadzonej w angielskim pubie z neopoganinem o imieniu Steve.

Dziennikarka miała do rozmówcy stosunek niechętny i raczej pogardliwy, co widać po jej wypowiedziach („… przyjrzałam mu się uważniej w poszukiwaniu oznak konszachtów z diabłem”, „Przecież chyba nie wierzysz, że istnieją te setki pradawnych bóstw?”, „Steve, ale ty powinieneś lubić Kościół anglikański.”). Usiłuje wywołać takie samo uczucie również u czytelnika. Robi to za pomocą odpowiednio dobranych komentarzy i interpretacji: „Steve wstydliwie chowa dłonie pod stół” po tym, jak spytała go o zasady neopogaństwa (przyglądając mu się w poszukiwaniu kontaktu z diabłem), artykuły w przeglądanym przez nią neopogańskim czasopiśmie brzmią „smętnie znajomo, jak fragmenty poradnika psychologicznego”, a wywiad określa mianem „kursu reedukacyjnego”.

Z jednej strony próba manipulacji sympatiami czytelnika bije w oczy, a z drugiej… Jeśli pozostałe rzeczy przez nią opisywane i cytowane są prawdziwe, to ja jej się nie dziwię. Pomijam już wyśmiewanie grafomańskiej poezji i bzdurnych dyskusji, które można znaleźć na samym końcu. Pozwolę sobie natomiast zacytować fragment rozmowy dziennikarki ze Stevem. Otóż…

Dziewięć tysięcy nastolatek w Anglii zostało czarodziejkami wicca.co.uk z powodu Buffy, postrachu wampirów. Że co?! – To prawda – zapewnia Steve. – Kiedy Willow, przyjaciółka Buffy, została czarodziejką lesbijką, na stronie internetowej WiccaUk zakotłowało się i w efekcie cztery i pół tysiąca nowych czarodziejek do dziś jest pogankami. To jest przyszłość!

Smutna ta przyszłość.

Dziś w ramach posiadania mnóstwa wolnego czasu postanowiłam pójść na spacer. Z przykrością stwierdziłam, że na ten sam pomysł wpadło mnóstwo innych ludzi. Zazwyczaj odludne ścieżki i szlaki zatkane były dzisiaj starszymi babciami oraz rodzinkami wyposażonymi we wrzeszczące maluchy. Ble. Ludzi na świecie jest za dużo. Na całe szczęście zwykle siedzą w domu przed telewizorem, las zostawiając wiedźmom…

Ale miało być o ziołach. Otóż z obserwacji kwiatków: przebiśniegi zakwitły dawno temu, a krokusy też już były, ale dziś zobaczyłam podbiały i nawet jedną biedną przylaszczkę. Znaczy się, już wiosna. A najwiekszym odkryciem były zeschłe resztki bielunia dziędzierzawy. Niby taka „pospolita ruderalna” roślinka, a dopiero dzisiaj udało mi się ją przyuważyć w naturze. Jeść go nie zamierzam, bo zapędy samobójcze są mi raczej obce, ale zawsze warto wiedzieć, że jest i gdzie jest. W końcu to roślina czarownic.

Zajrzałam dziś do CUDu, największego krakowskiego sklepu z rzeczami ezoterycznymi, a zobaczywszy nowości miałam ochotę z radości kwiczeć, płakać i fikać koziołki. Otóż nareszcie zaczęto wydawać klasykę. Na półce stały sobie spokojnie obok siebie „Psychiczna samoobrona” Dion Fortune (Violet Firth) oraz „Skuteczny sytem samoobrony psychicznej” Melity Denning i Osborne’a Phillipsa (Vivian i Leona Barcynskich).

Tytuł tej drugiej pozycji był w oryginale taki sam, co pierwszej, ale polski wydawca widać uznał, że potrzebuje go nieco podkolorować, aby się lepiej sprzedawał. Tak jak pierwszego „Terminatora” w Polsce przemianowano na „Elektronicznego zabójcę” czy jakmutam. (Dobrze że Batmana nie przerobiono na „Zemstę nietoperza”…) Ale nic to! Ważne, że książki wyszły.

Na razie kupiłam sobie „Skuteczny system samoobrony psychicznej”. Mimo że w oryginale wydawane przez Llewellyn (wśród osób na poziomie to amerykańskie wydawnictwo stało się obecnie synonimem masowej tandety ezoterycznej), książki Denning/Phillips zaliczają się do tych nielicznych pozycji „z księżycem na grzbiecie”, które rzeczywiście są coś warte. Liczę zatem na ciekawą lekturę.

Aha – ani Fortune, ani duo Denning/Phillips nie mają oczywiście nic wspólnego z Wicca, a raczej z zakonami zajmującymi się magią ceremonialną w stylu Złotego Świtu. Jednak powieści ezoteryczne napisane przez Dion Fortune często uznaje się za ważne źródło inspiracji pierwszych Wiccan Tradycyjnych (patrz A Goddess Arrives. The Novels of Dion Fortune and the Developement of Gardnerian Witchcraft Chasa Cliftona). Z tego powodu o Dion Fortune warto dowiedzieć się więcej, czytając krótką biografię Dion Fortune i daty z jej życia oraz bardzo krótką biografię Dion Fortune i obszerne recenzje jej książek.

Ostatnio poczułam dość gwałtownie, że jestem przeciwko dalszemu robieniu wiccańskich rzeczy dla wszystkich. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Otóż każda grupa nieuchronnie ciąży do najniższego wspólnego mianownika. Inicjatywa wiccańska, która ma stały przypływ zupełnych „świeżasków” oznacza wieczne debaty nad znaczeniem Porady, narzekanie na chrześcijaństwo („świeży” zwykle wciąż jeszcze głęboko przeżywają swoje odejście od głównej religii i chętnie krzyczą o nienawiści do myślących inaczej, sami ją przy tym wykazując w nadmiarze i absolutnie nie dostrzegając swojej hipokryzji), tłumaczenie „świeższym”, że Wicca to NIE JEST pradawna religia celtycka, powszechnie panującą polityczną poprawność (bo „świeży” zwykle mają tak wrażliwe ego, że na prostą uwagę, że zachowują się niezbyt grzecznie albo gadają totalne bzdury zwykle obrażają się na wieki), oraz inne bzdury.

Nudzi mnie to, mdli i inne takie rzeczy. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom takie coś może być w rozwoju potrzebne (są też oczywiście „świeżaski”, które okazują się być mądre i na poziomie, ale są w mniejszości), tak samo jak potrzebne są kolejne szczeble edukacji z przedszkolem włącznie. Niemniej jednak bycie skazanym na wieczne siedzenie w przedszkolu, samemu będąc na etapie podstawówki bądź liceum, jest torturą psychiczną. Z nudy można zwariować.

Grupa dla wszystkich nieuchronnie stanie się przedszkolem. A ja bym chciała, żeby powstał wreszcie ten etap wyższy, wyżej wspomniana podstawówka bądź liceum. I żeby ludzie zamiast tłumaczyć po raz n-ty, dlaczego chrześcijaństwa powierzchownie przemalowanego na kult natury i doprawionego wzorkami celtyckimi nie można nazywać Wicca, wreszcie to coś wspólnie zrobili. Ludzie bardziej zaawansowani istnieją i często wykazują całkiem sporo inicjatywy na działania dla innych, tylko całą ją wkładają w przedszkole. Dlaczego?

Nie tupię tutaj i nie żądam „zróbcie to dla mnie, a ja przyjdę na gotowe i będę na waszą pracę kręcić nosem” (w przeciwieństwie do większości „świeżasków”). Chętnie będę współpracowała; ile potrafię zrobić, może zobaczyć każdy, kto czytał „Na korze brzozowej spisane” czy archiwa grup wicca-pl lub Wicca-ABC. Ale tu nawet nie ma się do czego przyłączyć i z kim współpracować. Dlaczego?

Parę dni temu padał gęsty śnieg. Wczoraj słońce świeciło dość obiecująco. Dziś poszłam na studia z rozpiętą kurtką, radośnie przyglądając się po drodze szpakom próbującym śpiewać na całe gardło. Po drodze wpadł mi pomysł na rozkręcenie nowego biznesu: w parku, przez który przechodzę idąc na uczelnię, założę wypożyczalnię kajaków. Sprawdzi się doskonale. Mam tylko nadzieję, że w tym roku Wisła nie wyleje przez to, że tak nagle ruszą śniegi.

Zastanawiam się, jak to jest z tym wczesnym latem i brakiem zimy. Jedni twierdzą, że to efekt gazów cieplarnianych, inni za to mówią, że to cykl, który powtarza się co mniej więcej 10 lat. Ponieważ pamiętam z czasów podstawówki, że pewnego razu w krótkim podkoszulku zaczęłam chodzić na Dzień Kobiet, a w następnych latach wnerwiała mnie długa i chłodna wiosna, teoria cyklu do mnie przemawia.

Ale kto ich tam wie? Teorie i opracowania naukowe, a zwłaszcza pseudonaukowe, związane z ruchem „zielonych”, stały się ostatnio strasznie sprzeczne między sobą – jak to się dzieje ze wszystkim, co polityczne i dotyczące zysku. Niektórzy odpowiednio opłaceni „naukowcy” próbują nawet udowadniać, że papierosy i DDT to substancje nieszkodliwe. Ha!

Kiedy byłam dzieckiem przysięgałam sobie, że jeśli dorosłość polega na ponuractwie, upierdliwości i spędzaniu wieczora na bezmyślnym gapieniu się w telewizor, to ja nigdy nie dorosnę. Teraz w dalszym ciągu nie mam zamiaru spędzić reszty życia przed tym patentowanym gadaczem-ogłupiaczem, ale zaczęłam rozumieć, skąd się brało to ponuractwo i upierdliwość.

Otóż ludzie dojrzali wiedzą, że jeśli oni zawalą, to koniec. Nie liczą na to, że „jakoś to będzie, ktoś inny się tym zajmie”. Uświadamiają sobie, czują podskórnie, że razem z pełnią możliwości działania otrzymuje się jednocześnie swoją działkę odpowiedzialności – za siebie i za innych. Nie jest to więc upierdliwość, ale miłość i troska, pragnienie ochrony przed bólem, choć może wyrażone w uciążliwy sposób. I nie ponuractwo, ale radość gorzka.

Radość staje się gorzka, kiedy domiesza się do niej obowiązek myślenia nad tym, co się robi. Myślenie to próby przewidywania kłopotów. Przewidywanie kłopotów to martwienie się. Martwienie się uniemożliwia nieskrępowaną, dziecięcą, ślepą radość. To dlatego dla tak wielu ludzi życie codzienne jest torturą, od której pragną uciec, czy to żyjąc losami bohaterów „M jak miłość”, czy uchlewając się do nieprzytomności i pieprząc z byle kim w kiblu na imprezie, czy też marząc o świecie zawierającym wyłacznie idealnych, kochających się wzajemnie neopogan, którzy wszystko akceptują i wszystko wybaczają, gdzie nigdy nikomu nie przytrafia się niezasłużona krzywda (a na polanach lwy leżą obok baranków zapewne, bo jak wiadomo mięsożerność jest zła i nienaturalna).

Religie masowe, przepisy prawne i normy obyczajowe to wyjście stworzone dla takich ludzi, dla tych, którzy nie są w stanie unieść tego ciężaru. Z góry ustalone jest, co dobre a co złe; nie musisz nad niczym myśleć. Lgnięcie ludzi do takich rozwiązań jest naturalne i nieuniknione. Nie każdy ma zapędy na filozofa. Nie każdy chce, by jego radość piekła smakiem wątpliwości. Większość ludzi chętnie odda część swojej wolności by pozbyć się goryczy całkowitej odpowiedzialności.

Gorzej, kiedy światem zaczyna opiekować się i rządzić gromada takich dużych dzieci. W imię ratowania swojej radości przed skażeniem jej goryczą myślenia głosują za unią europejską, bo tam będą tańsze perfumy, albo popierają Leppera, bo obiecuje dodrukować pieniędzy, w związku z czym każdy będzie miał ich więcej. Każdy, kto wymaga od nich logiki postępowania i usiłuje zmusić do myślenia, natychmiast staje się ich wrogiem numer jeden.

Nie mogę ich za to obwiniać, tak jak nie obwiniałabym głodnego drapieżnika za to, że ma ochotę na przekąskę z samotnie pętającego się po lesie człowieka. Taka natura ludzka i zwierzęca, nie można z nią walczyć – trzeba się z nią pogodzić i działać tak, by płynąć w zgodzie z jej rytmem. Nie puszcza się zatem samotnych ludzi do lasu i jednocześnie nie pozwala się kłusownikom wybić dzikiej zwierzyny, żeby drapieżniki nie rzucały się na ludzi z braku naturalnego pokarmu. A jak sobie poradzić z tłumem (a czasami motłochem) niedorosłych dorosłych?

Irytuje mnie strasznie widok kogoś partaczącego robotę, którą ja bym zrobiła szybko, sprawnie i skutecznie, a na której wyniku mi zależy, bo, na przykład, jest to część projektu, z którego ocena i mnie się dostanie. Mam wtedy odruch łapania za narzędzia i pomagania tej osobie, albo wręcz robienia tego za nią. (Gdyby to wobec mnie ktoś się tak zachował, pewnie by mnie to zdenerwowało. Założę się, że na nich też to działa podobnie.)

Ta sama prawidłowość pojawia się, kiedy czytam wypowiedzi innych ludzi dotyczące Wicca. Widząc błędy rzeczowe, brak logiki argumentacji, nieumiejętność obronienia poglądu, za którym i ja się opowiadam, mam nieodparte pragnienie włączyć się do dyskusji, dogadywać i poprawiać. Bo niby czemu błędy mają się po sieci panoszyć, albo czemu tamten gość ma odejść z przekonaniem, że Wiccanie to idioci, którzy nie umieją uzasadnić swojego zdania.

Od niedawna mi w miarę przeszło i wszystkim Bogom za to dziękuję. Mam dzięki temu więcej czasu dla siebie, cierpliwości dla ludzi (tych inteligentnych i pracowitych, którzy na tą cierpliwość zasługują), a pytania o rzeczy oczywiste otrzymywane od tych, którzy oczekują, że odrobię za nich ich zadanie domowe, odsyłam pod adres www.google.pl albo od razu do diabła (bo niby dlaczego mam komuś podawać „jak zostać czarownicą, w kilku dobrze zdefiniowanych krokach, tylko szybko!” Tu zwykle następuje więcej wykrzykników, a całość jest zawsze w formie mało ortograficznej a bardzo ordynarnej, ale oszczędzę drogim czytelnikom tego widoku, wierząc w ich wyobraźnię).

Tak czy siak, chciałam się z wami podzielić powodem. Otóż pewne rodzaje pomocy mają zupełnie odmienne skutki. Trzeba dać ludziom robić własne błędy i je poprawiać (albo i nie), podejmować walki i wykaraskiwać się z nich własnymi siłami, itd. Jeśli zawsze wszystko za nich będziemy robić to oni się nigdy sami nie nauczą. Niech zatem sami odrobią swoje zadanie domowe i odcierpią frycowe, tak samo, jak cierpieli przed nimi inni, którym nikt nie pomagał. Dojrzewanie niestety wymaga przejścia przez pewne bolesne doświadczenia; kogo się przed nimi osłania, ten jest o nie uboższy i mniej dojrzały. (Zaliczam do tej kategorii również myślenie, które, jak powszechnie wiadomo, boli, bo inaczej na świecie nie byłoby tylu idiotów).

Życzę więc początkującym (i zaawansowanym zresztą też) z całego serca: pomyślnej SAMODZIELNEJ drogi!