Kiedy byłam dzieckiem przysięgałam sobie, że jeśli dorosłość polega na ponuractwie, upierdliwości i spędzaniu wieczora na bezmyślnym gapieniu się w telewizor, to ja nigdy nie dorosnę. Teraz w dalszym ciągu nie mam zamiaru spędzić reszty życia przed tym patentowanym gadaczem-ogłupiaczem, ale zaczęłam rozumieć, skąd się brało to ponuractwo i upierdliwość.
Otóż ludzie dojrzali wiedzą, że jeśli oni zawalą, to koniec. Nie liczą na to, że „jakoś to będzie, ktoś inny się tym zajmie”. Uświadamiają sobie, czują podskórnie, że razem z pełnią możliwości działania otrzymuje się jednocześnie swoją działkę odpowiedzialności – za siebie i za innych. Nie jest to więc upierdliwość, ale miłość i troska, pragnienie ochrony przed bólem, choć może wyrażone w uciążliwy sposób. I nie ponuractwo, ale radość gorzka.
Radość staje się gorzka, kiedy domiesza się do niej obowiązek myślenia nad tym, co się robi. Myślenie to próby przewidywania kłopotów. Przewidywanie kłopotów to martwienie się. Martwienie się uniemożliwia nieskrępowaną, dziecięcą, ślepą radość. To dlatego dla tak wielu ludzi życie codzienne jest torturą, od której pragną uciec, czy to żyjąc losami bohaterów „M jak miłość”, czy uchlewając się do nieprzytomności i pieprząc z byle kim w kiblu na imprezie, czy też marząc o świecie zawierającym wyłacznie idealnych, kochających się wzajemnie neopogan, którzy wszystko akceptują i wszystko wybaczają, gdzie nigdy nikomu nie przytrafia się niezasłużona krzywda (a na polanach lwy leżą obok baranków zapewne, bo jak wiadomo mięsożerność jest zła i nienaturalna).
Religie masowe, przepisy prawne i normy obyczajowe to wyjście stworzone dla takich ludzi, dla tych, którzy nie są w stanie unieść tego ciężaru. Z góry ustalone jest, co dobre a co złe; nie musisz nad niczym myśleć. Lgnięcie ludzi do takich rozwiązań jest naturalne i nieuniknione. Nie każdy ma zapędy na filozofa. Nie każdy chce, by jego radość piekła smakiem wątpliwości. Większość ludzi chętnie odda część swojej wolności by pozbyć się goryczy całkowitej odpowiedzialności.
Gorzej, kiedy światem zaczyna opiekować się i rządzić gromada takich dużych dzieci. W imię ratowania swojej radości przed skażeniem jej goryczą myślenia głosują za unią europejską, bo tam będą tańsze perfumy, albo popierają Leppera, bo obiecuje dodrukować pieniędzy, w związku z czym każdy będzie miał ich więcej. Każdy, kto wymaga od nich logiki postępowania i usiłuje zmusić do myślenia, natychmiast staje się ich wrogiem numer jeden.
Nie mogę ich za to obwiniać, tak jak nie obwiniałabym głodnego drapieżnika za to, że ma ochotę na przekąskę z samotnie pętającego się po lesie człowieka. Taka natura ludzka i zwierzęca, nie można z nią walczyć – trzeba się z nią pogodzić i działać tak, by płynąć w zgodzie z jej rytmem. Nie puszcza się zatem samotnych ludzi do lasu i jednocześnie nie pozwala się kłusownikom wybić dzikiej zwierzyny, żeby drapieżniki nie rzucały się na ludzi z braku naturalnego pokarmu. A jak sobie poradzić z tłumem (a czasami motłochem) niedorosłych dorosłych?
Najnowsze komentarze