Luty 2005

Luty 2005- przeglądasz archiwa miesięczne.

Zwykle w charakterze ćwiczeń wizualizacyjnych używałam obiektów naturalnych. Wczoraj postanowiłam spróbować innego rodzaju, też często polecanego na początek jako najprostsze: figur geometrycznych w różnych kolorach. Zdecydowałam się na kolorowe okręgi na płaszczyźnie czarnej, a potem białej.

Okazało się, że to mi przychodzi ciężej. Czasem żeby np. wytworzyć pomarańczowy krążek musiałam wizualizować pomarańczę i w myślach z niej wycinać odpowiedni kształt. Jestem ciekawa, czy taka prawidłowość występuje zawsze (łatwiej wizualizuje się obiekty rzeczywiście występujące niż abstrakcyjne), czy też zależy to od osoby. Gdyby ktoś się chciał podzielić swoimi doświadczeniami, to zapraszam do komentowania albo skontaktowania się mailowo :)

Komentarze archiwalne

Przyznam się,że mam podobnie.O ile wizualizacja obiektów naturalnych przychodzi mi dość swobodnie to np.figury geometryczne(a w szczególności bryły przestrzenne ) wymagają ode mnie większej koncentracji ew. głębszego relaksu.Sądzę(zaznaczam,że jest to moja osobista teoria)że może mieć to związek z częstotliwością występowania danego obiektu w nazym otoczeniu.Dla przykładu częściej w ciągu dnia widzę szklankę niż fioletowy sześcian,więc jeśli próbuję wizualizować szklankę to mój umysł mając do dyspozycji więcej wspomnień nt. szklanki może ją z łatwością odtworzyć.Inaczej rzecz się ma z fioletowym sześcianem którego np.nigdy nie widziałem więc umysł musi zbudować jego obraz od podstaw,posługując się tylko wspomnieniami przedmiotów do niego podobnych lecz nie identycznych z nim.(takim działaniem mogła by być opisywana przez ciebie pomarancza)

Pozdrawiam

– Awaiku (26 luty 2005)


Jesli o mnie chodzi to nie ma zadnego znaczenia.
Najciezej jest z hmm… nie wiem czy mozna nazwac to wizualizacja… zapachow.
Ale wszystko to kwestia wprawy, moim zdaniem.

P.S. Chciclam Ci podziekowac Jane w imieniu wszyskich,ktorzy boja sie flafikow za stronke Troiana Mystica! Jak,ze tam nie ruszyla jeszcze ksiaga gosci wpisuje ta notke tutaj!
Oby tak dalej ;)

– Ilia (26 luty 2005)


ja tez nie mam problemow z wizualizacja „obiektow abstrakcyjnych” tak jak llia i o ile pamietam nigdy nie mialm, nawet na poczatku mojej drogi. Swego czasu spotykalm sie w gronie paru osob gdzie miedzy innymi wzualizowalismy rozne rzeczy i czesc z tych osob na poczatku miala problemy inni zas nie. Zgadzam sie tez z llia ze jezeli nie wychodzi od razu to poprostu cwiczyc a wiadomo ze cwiczenie czyni mistrza.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy zagladaja na te strone
Hanna

– Hanna (26 luty 2005)

Dziś na obiad były kopytka. To jedna z niewielu potraw, które potrafię przyrządzić – inne nadają się głównie na trutkę na szczury. Po rozwałkowaniu kawałka ciasta zwykle poklepuję go nożem, tworząc ukośny, kratkowany wzorek i spłaszczając nieco wałek ciasta. Dlaczego? Właściwie nie wiem, mogłabym też spłaszczać to ciasto inaczej. Ale taką kratkę zawsze robiła moja babcia.

Kopytka to moja ulubiona potrawa z dzieciństwa (i dalej mi to zostało zresztą). Dobrze pamiętam ugniatanie zimnych ziemniaków i smażenie ugotowanych kopytek na patelni ze skwarkami. W kuchni była też stara stolnica, z której zeskrobywałam resztki ciasta po pierogach i ugniatałam z nich małe „chlebki”, piekąc je w żarze kaflowych pieców, oraz robione domowym sposobem kwaśne mleko, które w lecie ochładzało się przed wypiciem owijając słoik w mokrą szmatkę i wystawiając go na słońce, co dla małego dziecka zakrawało na cud.

Z tymi wszystkimi wspomnieniami wiąże się moja nieżyjąca już babcia. To ona robiła kopytka i pierogi, to dla niej nosiłam węgiel do pieców, to ona nauczyła mnie magicznego sposobu ze szmatką. Kiedy patrzę wstecz, uświadamiam sobie, że to ona pokazała mi, co naprawdę oznacza tradycja. Stała się nią dla mnie.

Tradycja to opowieści i doświadczenia żywych ludzi, którzy cię poprzedzali i z którymi jesteś w jakiś sposób uczuciowo związany, choćbyś nawet ich nie znał. To TWOI ludzie. Ci, co robią z poprzedników sztuczne autorytety albo papierowych bohaterów (jak na historii w naszych szkołach), powodują, że ludzie patrzą na swoją tradycję jak na głupie przesądy lub niepotrzebne ograniczenia. Tę niechęć powoduje brak zrozumienia i czucia, że tradycja to coś więcej, niż zestaw sposobów na zrobienie czegoś. Tradycja to poczucie, że jest się częścią rodziny (czy jakiejś innej grupy). Tego nie zdobywa się ani za pomocą certyfikatu, ani przez niewolnicze naśladowanie przepisów. Tym się po prostu JEST.

Według tego co wyczytałam w mądrych księgach zielarskich, wrotycz odstrasza pasożyty w rodzaju pcheł czy wszy. Po zastosowaniu tej wiedzy w praktyce do odstraszania pcheł z kota okazało się, że wypłasza z domu również upierdliwe zwierzątka zwane mrówkami faraona (można też poczytać bardziej naukowo o mrówkach faraona). W celu wypłoszenia należy powiesić w domu duży wiecheć świeżego wrotyczu i niech wisi, schnie i śmierdzi (bo ma zapach, jakby to powiedzieć, intensywny :) Skuteczności odpchlania niestety nie stwierdzono, bo kot był również pryskany jakimiś środkami przez weterynarza. Niestety ani kot, ani mrówki nie są moje, dlatego doświadczenia raczej nie powtórzę :)

Komentarze archiwalne

Sądząc po fotografii, mam tego pełno w ogrodzie (potwierdzam, że pachnie.. intensywnie). A ponieważ kot też jest, eksperyment zostanie przeprowadzony. Czego się w końcu nie robi dla dobra nauki :)

– Amber (14 luty 2005)


Wrotycz jest mi znany jako środek do ściągania pochwy (po co? dlaczego? nie te czasy?). Wisiał u mnie w pokoju w celach dekoracyjnych, ale efektu na kota nie wywarł. Powtórzę doświadczenie latem.

Enenna (15 luty 2005)


Eksperyment przeprowadzono w miniaturowym mieszkaniu w bloku [36m kw.] a wiecheć była porządna. Może tu chodzi o stężenie na metr kwadratowy tego czy coś takiego. W końcu to ulatniające się olejki eteryczne.

W każdym razie kot był odpchlany zupełnie naukowo: weterynaryjnym specyfikiem działającym 3 miesiące. A faktem jest ze zwierząt domowych zostały się tylko mało uciążliwe pająki. A poprzez rury centralnego ogrzewania mieszkanie ma w pionie bezpośrednie połączenie z piwnicą…różna fauna wpada w odwiedziny.Po wrotyczu odwiedziny stały się zauważalnie rzadsze :-D.

O tych innych właściwościach wrotycza nie wiedziałam. Czego to kiedyś się nie robiło, żeby się…uniewinnić ;-)

– Abyss (15 luty 2005)


Kota chyba trzeba byłoby myć naparem. Zajrzałam sobie właśnie do wyżej wspomnianej księgi i pisze tam tak: zrobić odwar z 2 łyżek kwiatów na 1 szklankę wody, zmoczyć tym skórę głowy oraz włosy i zawinąć ręcznikiem na 3 godziny, po czym umyć, włosy dokładnie wyszczotkować. Następnego dnia włosy spłukać wodą z octem i wyczesać gęstym grzebieniem. Powtórzyć po tygodniu. (Przepis na pozbycie się wszy).

A w ogóle to wrotycz jest trujący i nie należy go spożywać. W „Toksykologii” pisze, że zawiera tujon i kamforę, zatruć się można kilkoma jego gramami, a zatruwają się głównie dzieci, którym się daje do picia odwar jako środek na pasożyty wewnętrzne oraz kobiety stosujące wrotycz jako środek poronny. No i mamy kolejne niepoprawne politycznie zastosowanie wrotyczu :)

– 3Jane (15 luty 2005)


Z innej książki, angielskiego przewodnika po truciznach i odtrutkach dowiadujemy się, że był to kiedyś popularny element arsenału czarownicy! Jego nazwa pochodzi z greckiego athanasia (nieśmiertelność), ponieważ był głównym składnikiem napoju, którym Zeus unieśmiertelnił Ganimedesa. Skojarzenie mogło się wziąć z tego, że kwiaty wrotycza wolno więdną albo z tego, że wkładano go do trumien, żeby odstraszyć, wiecie, robaczki. :>

– 3Jane (15 luty 2005)


A ja jeszcze czytałam o następującym zastosowaniu wrotyczu: kiedyś, kiedy msze trwały pare godzin (np. suma) wierni przekładali nim (oraz innymi silnie pachnącymi ziołami) kartki modlitewnika, żeby…nie zasnąć w ławce :-).

– Abyss (15 luty 2005)


ja bym grzecznie poprosila kota, zeby nie przynosil pchel. przeciez kot tez mysli :)

– wbasq (16 luty 2005)

Przysłowie na dzisiaj – ponoć wietnamskie:

Nawet osiemdziesięciolatek może się czegoś nauczyć od osoby mającej lat osiemdziesiąt jeden.

przy czym wiek rozumiem tutaj raczej jako długość doświadczenia w danej dziedzinie. Nieważne, ile już wiesz, zawsze możesz się dowiedzieć czegoś nowego. A jak komuś wstyd do tego się przyznać, albo się obraża na bardziej od siebie doświadczonych za to, że wiedzą więcej, to najlepszy znak, że wciąż jest początkujący.

Komentarze archiwalne

Kiedys trafilam na moim zdaniem ciekawa sentecje
a oto ona:
Doswiadczenie jeszcze o niczym nie swiadczy, mozna cos robic np.30 lat zle
pozdrawiam
Hania

– hania (26 luty 2005)


Pewnie, ale takie przypadki zdarzają się o wiele rzadziej, niż chciałyby tego rzesze nastolatków i ludzi, którzy nie są w stanie zaakceptować, że można w temacie wiedzieć coś więcej, niż oni.

Sądzę, że wystarczająco dużo ludzi przypomina (a często wręcz krzyczy) o tym co ty napisałaś, głównie po to, by usprawiedliwić swoje lenistwo i niewiedzę. Natomiast bardzo niewielu ma wystarczająco pokory i uczciwości, żeby przyznać, że wszystkich rozumów jeszcze nie pojadło.

Postawa świadczy o wartości człowieka.

– 3Jane (27 luty 2005)

Ważna informacja – szczególnie ten fragment wytłuszczony (zaznaczony przeze mnie – autorka posługiwała się w książce do podkreślania italiką):

(..) nie musisz „wierzyć” w rzeczywistość magii ani Boskości, by być Czarownicą. W Wicca tak naprawdę nie musisz „wierzyć” w żadne z przeżyć innych ludzii, w to, że Bogini istnieje ani nawet że jesteś w stanie użyć magii która objawi się w twoim życiu. W Wicca nie chodzi o wiarę w jakieś niewidoczne, transcendentne bóstwo; chodzi w nim o czucie i doświadczanie, a zatem poznanie Boskości, która przebywa we wszystkim. Religia Wicca to system świętych praktyk magicznych, a one działają – jeśli ich używasz. (Oczywiście widziałam również ludzi, którzy nie praktykują lecz udają, zaplątani w głaskanie swojego ego i politykę – ale co interesujące, jeśli przychodzą z niewłaściwych powodów lub z niewłaściwym nastawieniem, ich magia po prostu nie działa!)

Ponieważ te praktyki naprawdę działają, spotkasz Boskość i wyciągniesz pewne wnioski odnośnie rzeczywistości – że jest ona boska, że wszystko jest wzajemnie połączone, że życie jest święte i należy je przeżywać z radością i wdzięcznością. Powodem, dla którego Wicca to religia którą ludzie dzielą, jest to, że wyciągają podobne wnioski dotyczące boskości na podstawie podobnych doświadczeń.

W Wicca najpierw przeżywa się pewne doświadczenia w wyniku bardzo konkretnych praktyk magicznych, a potem już nie musisz wierzyć. Dlatego „Na korze brzozowej spisane” nie nadaje się podręcznik Wicca. Ta strona celowo zawiera tylko wyniki praktyk magicznych, a nie ich opis. Jest jak katalog ze zdjęciami gotowych produktów ze szkła – na podstawie takiego katalogu nie nauczysz się wydmuchiwać własnych szklanek.

Wszystkim ludziom, którzy czytają „Na korze brzozowej spisane” i twierdzą „Ja zawsze byłam Wiccanką/Wiccaninem, nie wiedząc o tym, bo dokładnie tak myślałam!” mówię: NIE. Wicca to najpierw to, co się ROBI i jak się ZMIENIA, a nie to, w co się wierzy na pałę. Światopogląd wynika z tego, czego się doświadcza. Wybieranie elementów religii na podstawie swojego światopoglądu to coś dokładnie na odwrót – można to nazwać neopogaństwem, ale Wicca to to nie jest.

Komentarze archiwalne

Rozumiem Twój punkt widzenia ale byc może ci, którzy mówią „zawsze byłem wiccaninem tylko o tym nie wiedziałem ” doświadczyli tej boskości, tego mistycznego związku z Naturą, ich życie zmieniało się pod wpływem tych doświadczeń ale nie nadawali temu nazwy, bo po prostu jej nie znali.

– Vanadisa (1 marzec 2005)


Droga Vanadiso, są konkretne techniki, których się używa, żeby przejść te konkretne doświadczenia, które związane są z Wicca. Jest BARDZO mało prawdopodobne, żeby samemu na nie wpaść, tak samo, jak bardzo mało prawdopodobne jest, żeby ktoś sam z siebie wpadł na odtworzenie jakiegoś stylu karate (utworzyć własną sztukę walki zapewne może, ale karate to to nie będzie).

Nikt jakoś nigdy nie twierdzi „zawsze byłem karateką, tylko o tym nie wiedziałem”, bo wszyscy wiedzą, że karate to bardzo konkretna rzecz. Tak samo z Wicca, ono też jest zestawem konkretnych technik, których trzeba się nauczyć.

Jeśli ktoś o nich wcześniej nie wiedział i ich nie wykonywał, to danych doświadczeń przejść nie mógł i nie ma o czym dyskutować. Jego mistyczne związki z naturą i doświadczenie boskości to po prostu jego prywatna religijność. Może to być religijność neopogańska (tak jak prywatna sztuka walki to też sztuka walki), ale nie jest to Wicca (prywatna sztuka walki to nie karate).

Taka prywatna religijność też jest bardzo dobra. Nie widzę powodu, żeby próbować koniecznie ją nazywać, i to nazwą, do której logicznie żadnego prawa nie ma. No, chyba że dla prestiżu i podszywania się, ale o takich intencjach nie mówimy, prawda?

– 3Jane (1 marzec 2005)

Czytałam sobie wczoraj na witchvoxie artykuł Shea Thomasa: Fifty Reasons For Community Space (pięćdziesiąt powodów, aby nasza społeczność miała swoje miejsce – dyskutują tam teraz, czy neopoganie potrzebują miejsc dostępnych dla swojej społeczności a przeznaczonych wyłącznie na cele religijne). Oto jeden z nich:

11. Ponieważ chcemy udostępniać miejsce innym, zamiast błagać o nie dla siebie.

Uderzył mnie w tej wypowiedzi fakt, że autor artykułu źle się czuje w pozycji kogoś, kto musi o coś prosić, ale chętnie zobaczy w niej innych, samemu będąc w pozycji tego, kto daje. Przypomniało mi to ten fragment:

To taka mała rzecz, ta odrobina pudru, ale urzeczywistniła starą prawdę. Datki dobroczynne rodzą złodziejstwo; obie te rzeczy to wielce upośledzone rodzaje wymiany międzyludzkiej, ponieważ brakuje w nich wzajemności. Marie Therese podkreśliła ten brak zrównoważenia, kiedy nazwała mnie, kobietę w tym samym wieku co ona, „manman”. Podczas gdy The Gamble telepał się górską drogą, zaczęłam widzieć przedobiednią kąpiel Alourdes w nowym świetle. Żądając wytarcia i natarcia mleczkiem kosmetycznym czterech kończyn, Alourdes zaciągnęła poczwórny dług u rodziny Marie Therese, przynajmniej częściowo równoważąc podarunek składający się ze skrzynki koli, worków z warzywami i lewej tylnej ćwierci kozła.

(Przypisy: Alourdes to tytułowa Mama Lola, kapłanka wudu z Brooklynu, która m.in. wybrała się z autorką w podróż do Haiti, przy okazji odwiedzając swoich krewnych (potwornie biednych, jak większość ludzi stamtąd). Marie Therese próbowała autorce ukraść trochę pudru i została przez nią obdarowana tym pudrem i innymi rzeczami. „Manman” oznacza „matka”. „The Gamble” – zakład, hazard – to wynajęty busik, którym jeździli po wyspie).

Kiedy czytałam artykuł Karla Lembke, Knowing Where We Cannot Prove, wpadł mi w oczy następujący fragment (tłumaczenie moje):

(..) we wszystkich doświadczeniach religijnych można dopatrzyć się zaspokajania potrzeb psychologicznych. Wiara w życie po śmierci to ukłon w stronę naszego przywiązania do życia i próba załagodzenia naszych lęków związanych z tym, że kiedyś niechybnie się skończy. Wiara w jakiś mechanizm wymierzający boską sprawiedliwość koi udrękę wywołaną widokiem cierpiących niewinnie i winnych na wolności. Ale sam fakt, że pewna istota zaspokaja potrzebę lub pragnienie, nie powoduje, że ta istota jest fikcją.

Przypomniało mi to inną stronę, która niestety już nie istnieje. Autorka artykułu tam zamieszczonego zastanawiała się, skąd tendencja do poprzestawania na jednym wyjaśnieniu (zwykle najwygodniejszym dla autora tezy) i brak dalszego drążenia tematu. Na przykład: jeśli pewne wzorce fal mózgowych występują przy braniu narkotyków i przy doświadczeniach religijnych, oraz pobudzane są te same receptory, to niektórzy wyciągają wniosek, że doświadczenie religijne jest po prostu naturalnie wywołaną halucynacją.

Ale to już jest interpretacja faktu, a nie sam fakt. Taka interpretacja nie jest rzeczą, którą można udowodnić – przyjmuje się ją, albo i nie, w zależności od tego, czy pasuje człowiekowi do reszty „udowodnionego” światopoglądu. Te same fakty łatwo zinterpretować na różne sposoby. Na ten przykład, możnaby też powiedzieć, że przy doświadczeniu religijnym te „wspólne” efekty to tylko skutki uboczne, a badający skoncentrowali się nie na tym, co trzeba. Może w ogóle nie da się (jeszcze?) zbadać tego, co trzeba?

To właśnie dlatego jeśli ktoś mówi po prostu „to naukowo udowodnione” i oczekuje ode mnie bezwarunkowej akceptacji, zaczynam być podejrzliwa, zwłaszcza kiedy nie podaje danych źródłowych. Zbytnio mi to przypomina „oto słowo boże” wygłaszane tu i ówdzie podczas mszy. (Nie, to nie było żadne podsumowanie ani morał. Ten wpis zawiera po prostu garść luźnych przemyśleń).

Komentarze archiwalne

Sceptyk albo naginający wyniki badań do własnych teorii mógłby zinterpretować ten fakt jeszcze inaczej. Zresztą wiele zależy tu od tego, jakie narkotyki brano pod uwagę w badaniu. Bo możnaby równiez wysnuć taki wniosek, że skoro fale mają taki sam przebieg – to zażycie niektórych substancji powoduje spotkanie z bóstwem – doświadczenie religijne. Co zresztą jest przyjmowane za pewnik w niektórych kultach Ameryki Łac. (peyotlyzm –> *każde* zażycie peyotlu prowadzi do spotkania z duchami/bóstwami i jest to dla „wyznawców” tak oczywiste, jak to, że woda jest mokra)…

Pozdrawiam

Elwinga (10 luty 2005)


Przepraszam, ten komentarz miał dotyczy wpisu o przebiegu fal mózgowych po narkotykach i w doświadczeniu religijnym. Nie wiem czemu trafił tutaj.

elwi (10 luty 2005)

Okazuje się, że na koloniach, dawno dawno temu, nauczono mnie wspaniałej pieśni na Beltane. Zwie się toto „Cztery razy po dwa razy” i, ku mojemu zaskoczeniu, jest uważane za piosenkę protoplastów disco polo. Postanowiłam zatem wziąć się do pracy i pozbierać parę wersji piosenki z różnych miejsc na sieci…

…a ja znowu jestem irracjonalnie szczęśliwa, pomimo sesji i innych związanych z tym przykrości. Podzielę się zatem z wami wrażeniami ze święta.

Dzień uczciłam budyniem śmietankowym (bo mleko) oraz puszczanymi na połowę regulatora – żeby sufit nie spadł – Metalliką, Moonspellem i czymś tam jeszcze (bo to takie poetyckie ;> ). Natomiast jeśli chodzi o ubiór świąteczny, to okazuje się, że do świętowania Dnia Świec wspaniale nadaje się zestaw złożony z polara, koca i olbrzymich bamboszy z czystej żywej wełny. (Na scenę wychodzi kapłanka w paputkach z pomponami. Tłumy szaleją. Ależ to by było widowisko).

Miałam trochę tradycyjnie pomarudzić na oszołomów i ludzi, którzy ich wykorzystują, ale co wam będę dupę truć. W każdym razie nie dzisiaj. Wesołego Dnia Świec :)

Komentarze archiwalne

Wzajemnie :)

– czeski (1 luty 2005)


Wzajemnie i zycze zeby kazdy dzien swiec byl lepszy od poprzedniego. :)

– Riannon (1 luty 2005)


BTW – co sądzisz, Jane o nazywaniu świat polskimi nazwami? Własnie jak Święto lub Dzień Świec? Przyznam, że sam skłaniam się ku takiej praktyce. Nie to, żeby oryginalne nazwy były złe, ale zyjemu w sumie w Polsce.

– czeski (1 luty 2005)


Zawsze czekam na Twoje przemyślenia. Nie jestem wikanką, ale to, co piszesz jest mi bardzo bliskie. Wicca jako „czary-mary” mało mnie interesuje. Tak jak Ty to przedstawiasz – bardzo. Może kiedyś przyjdzie czas na coś więcej.

– ajaa (3 luty 2005)


Oby do Beltane ;-)

– Lilith (9 luty 2005)