Listopad 2004

Listopad 2004- przeglądasz archiwa miesięczne.

Obecnie popularne jest składanie własnej ścieżki na zasadzie „religii supermarketowej”. Dostępnych jest wiele alternatyw, jako że informację można teraz zdobyć łatwo i szybko (ale, uwaga, nasza wiedza o danym przedmiocie jest wtedy bardzo powierzchowna). Wybiera się zatem kawałki, które wydają się przydatne i zachęcające, po czym stara wcielić „w siebie”. Widzę tutaj dwa problemy.

Po pierwsze, jak już zaznaczyłam, wiedza o wybieranych kawałkach jest często płytka, a osoba wybierająca nie ma ochoty wkładać wysiłku w jej pogłębianie. Wynika stąd bardzo powierzchowne traktowanie religii. Ludziom wydaje się często, że zmiana religii polega na zmianie zewnętrznych oznak – formy rytuałów, imienia i wizerunku bóstwa, symbolu religii. (Stąd pytania takie, jak „czy można być na raz chrześcijaninem i Wiccaninem?” Odpowiedź: „nie można.”)

To bardzo ubogie, a wręcz żadne zrozumienie religii (przynajmniej według mnie). Należy przecież w nią przecież wliczyć również światopogląd, społeczność, osobowość bóstwa, czy teorię „budowy” świata (skąd się wziął, jak na głębszym poziomie działa; przykładem jest tutaj debata kreacjonizm/ewolucjonizm). Żeby jednak te wszystkie rzeczy poznać, trzeba studiować religię jako nierozłączną całość, a nie zbiór niezależnych od siebie klocków Lego, który można rozebrać, a następnie złożyć w dowolną inną strukturę.

Elementy religii są bowiem wzajemnie od siebie zależne, a całość jest większa od sumy części. Nie ma sensu zatem częsta i przykra (dla osoby naprawdę wierzącej w daną religię) postawa, polegająca na zostawianiu tego samego światopoglądu, np. zachowywanie pojęcia grzechu i kary (czyściec), tylko pod inną nazwą, np. naruszenia Porady/Rede i prawa trójpowrotu. To takie wyznawanie „na gębę”, ładnie się ktoś nazywa, ale tak naprawdę wcale się nie zmienił.

Problemy miały być dwa, oto drugi: dlaczego właściwie zrobiona przez jedną osobę składanka fragmentów z różnych systemów miałaby działać? Nawet zakładając, że ktoś już zgłębił religie, z których pochodzą jej poszczególne fragmenty, to i tak zwykle tworzy się ją według własnego widzimisię, tak, żeby się komuś podobała. Czemu więc posłuży taka ścieżka, rozwojowi danej osoby, jej komunikacji z bóstwami i innym takim rzeczom, czy też po prostu emocjonalnemu jej zaspokojeniu?

No bo kto tak naprawdę da gwarancję, że tej poskładanej ścieżce nie brakuje jakiegoś bardzo ważnego elementu, który pominęliśmy, ponieważ nam akurat emocjonalnie nie pasował – na przykład dlatego, że wymagał np. dużej zmiany w sobie. Osoba korzystająca z takiej składki sobie zrobiła dobrze, owszem, ale czy naprawdę coś osiągnęła, czy też została w tym samym miejscu? Jeśli ktoś sobie, na przykład, wstawi jako pewnik w swojej ścieżce istnienie Wielkiej Kosmicznej Mamusi Która Wszystkim Się Zajmie i nigdy przez to nie dorośnie, to według mnie nie wyszło mu to na zdrowe.

I tu ostateczny disclaimer. Nie omówiłam tutaj całości zagadnienia. Nie było moim celem dyskredytowanie tej formy religijności. Odpowiedzi na wyżej przedstawione wątpliwości i klasyfikacja ich jako zalety lub wady zależą od tego, czego dana osoba oczekuje od religii. Przedstawiłam swoje zdanie, biorąc pod uwagę swoją definicję religii i akceptuję to, że inni ludzie mogą mieć inne zdanie, inną definicję i inne oczekiwania.

Nie od dziś wiadomo, że kiedy archeolodzy coś znajdą i nie wiedzą do czego służy, piszą, że jest to przedmiot kultowy. Czasem łapią za to neopoganie i stwierdzają, że interpretacja pasuje im do ulubionej teorii, więc przyjmą ją jako poprawną (na przykład: istnieje malunek naskalny w jaskini, który przedstawia postać ludzką z rogami, stąd wniosek, że cześć Rogatego Boga trwa od wieków). W ramach zaleceń ostrożności powtórzę więc anegdotę, którą zasłyszałam o takiej właśnie archeologii spekulatywnej.

Otóż jakiś czas temu znany archeolog odkopał dziwną strukturę z zaostrzonych na końcu drewnianych palików. Struktura była dziwnie regularna i wyglądała na dzieło rąk ludzkich, ale archeolog nie miał pojęcia, do czego mogła służyć. Wniosek? Przedmiot kultowy! Obfotografowano ją zatem, napisano o niej pracę, różni archeologowie kiwali nad nią głowami z mądrą miną.

I wszystko byłoby pięknie, a ludzie zyskaliby nowy zabytek, nad którym mogliby się głowić i rekonstruować kult z nim związany, gdyby nie pewien wredny biolog, któremu te zdjęcia przypadkiem wpadły w ręce. Popatrzył na nie, kiwnął głową i spokojnie skomentował: bobry.

Disclaimer: poniższe wynurzenia nie mają absolutnie nic wspólnego z Wicca ani żadną inną religią. Tak, uprawiam paskudną prywatę. No to co? To mój wiedźmolog. Jeśli nie wiesz co to AvP, najlepiej pomiń ten wpis… wymaga on pewnego obeznania w klimacie. Natomiast jeśli wiesz, o co chodzi, a nie widziałeś jeszcze filmu – ostrzegam, ten wpis zawiera spoilery.

Wyobraźcie sobie taką scenę. Cichy wieczór, lato. Prawie dwumetrowy metal na czarno i w skórze wychodzi słaniając się z kina. Nieomalże płacze i cały czas powtarza: „JAK oni mogli mu to zrobić?!”

To był znajomy znajomego po obejrzeniu „Garfielda”.

A teraz wyobraźcie sobie taką scenę. Cichy wieczór, pada śnieg. Półtorametrowy metal w za dużej, czerwonej kurtce z białym futerkiem u kaptura typu święty Mikołaj i nieco dziurawych glanach wychodzi z kina ze wszelkimi objawami szoku, patrzy się uparcie w ziemię i mamrota w kółko: „JAK oni mogli mu to zrobić?!”

To byłam ja po obejrzeniu „Alien versus Predator”, trochę ponad pół godziny temu.

Na litość boską, Predatory ruszają się w tym filmie jak krowy na pastwisku!! Nie, nawet krowa, co stoi i przeżuwa, ma lepszy refleks!! Jak to się ma do komiksu, gdzie Predatorzy byli szybcy, odważni i świetni technicznie, na Łowy wyruszali tylko najlepsi z nich (musieli walczyć między sobą o ten zaszczyt!), a Obcy zwyciężali ich tylko dzięki swojej miażdżącej przewadze (i to głównie wtedy, kiedy natrafiali na egzemplarz niedoświadczony)?! Gdzie tu gracja drapieżnika, gdzie dreszcz niebezpieczeństwa, gdzie podziw dla honorowego łowcy?! *bulgocze, krztusi się od nadmiaru emocji i przycicha na chwilę*

Jak zdążyłeś się już pewnie domyślić, Czytelniku, należę do zagorzałych fanów Predatorów. Nie mam nic przeciwko temu, żeby przegrali, o ile będzie to z honorem i patetycznie. Ale żeby zostali wyrżnięci jak niemowlęta tylko dlatego, że nie mieli pod ręką shoulder cannonów?! Kto ten scenariusz pisał?! Co to ma być, film akcji z elementami horroru czy tandetna komedia z Predatorami w rolach klaunów dostających tortami w mordę, uhaha?! *łzy w oczach*

Po wyrzuceniu z siebie najgorszego, mogę spokojnie przystąpić do dalszego objeżdżania filmu z góry na dół. Scenariusz i scenopis *są* do niczego. Nawet takie nic jak „Underworld” ratowały zwroty akcji i ciekawa intryga. Tutaj przede wszystkim brak akcji (w końcu to ma być film akcji). Te ujęcia typu „coś dzieje się znienacka”, które w nim wykorzystali, zrobiono tak mdło, że zamiast się bać – ziewam. A elementy, które mają przerażać (wykluwanie się obcego) są bardziej obrzydzające niż straszne. Nie wiem jak im się udało tak skopać obiecujący temat.

Brak tutaj inteligentnych tekstów i poruszającego klimatu akcji (komiks je miał!). Pakują ludzi, Alieny i Predatorów do dużej piramidy-łamigłówki (vide Cube, tylko w klimatach aztecko-egipsko-jakichśtam) i patrzą, jak się nawzajem wyrzynają. Jedyny mający coś w sobie tekst tego filmu poznałam już na zajawce (chodzi mi fragment z „What did you say this room was called?”). Inne są na poziomie „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem!” (tonem nadętym). Ziew.

Ponadto, scenarzysta wykazał absolutny brak logiki *zwłaszcza* w odniesieniu do Predatorów. Ich zbroja i „szpony” topią się po zetknięciu z kwasem Obcych – a przecież służą właśnie do walki z nimi! Predator skanuje wszystkich, żeby sprawdzić, czy aby przypadkiem nie są zainfekowani larwą Obcego, a jednak w scenie końcowej nie skanują wnoszonego na pokład statku trupa, bo wykluwa się z niego Obcy!

Dla znawców tematu. Ludzie! Tutaj nowicjusz sam siebie naznacza znakiem klanu (i potem to samo robi z człowiekiem)! Z jakiej paki, kto mu dał prawo? Kto widział, żeby ktoś sam sobie dawał odznaczenie?! Starszy tam powinien być, oglądać i dopiero wtedy potwierdzić jego umiejętności i dokonania! A potem jeszcze Starszy honoruje naznaczenie Murzynki dając jej włócznię – znowu, z jakiej paki? Znak Noguchi uchronił ją z jednego, jedynego powodu: bo otrzymała go od Starszego, i to głowy klanu. A tu? Jakiś szczyl pochlapał kwasem człowieka i Starszy już mu dary wręcza?!

To chyba tyle. Na plus o filmie mogę powiedzieć tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, modele są świetnie zrobione pod względem plastycznym (kinetycznym tylko u obcych). Po drugie, film ma czasem „smaczki” skierowane do znawców – występuje tu kompania Weyland, a gazeta, którą czyta przewodniczka ogłasza, że jej właściciel jest wybitnym robotykiem. Gra go ten sam aktor, który grał androida w „Obcym 2″ i dobrze – bo Weyland nadał niektórym ze swoich robotów własne rysy. Poza tym jest (bardzo nieznacznie) wzorowany pod względem historii na pierwszym komiksie AvP. Gdyby był bardziej wzorowany, wyszłoby mu to tylko na lepsze…

Komentarze archiwalne

No tak… tego sie spodziewalem po 3jane :) Ja musze powiedziec że film rzeczywiscie niczym nie porywa. Ani to horror takiej kalsy jak Obcy 1, ani pożądna strzelanina jak w Obcy 2. Jak dla mnie wyszlo im coś w rodzaju Obcy 3, chcieli wrzucić kilka fajnych wątków np opowiastka o predatorach jako bogach. Sama piramida to świetny pomysł według mnie, gdyby tylko ekipa nie zachowywała się tam jak na wycieczce krajoznawczej (pierw poruszamy, później pomyślimy). W sumie marudzić można by było dużo, ale w sumie wydaje mi się że moje marudzenie wynika z tego że za wiele sie spodziewalem. Film nie jest zły jako taki… ale dobry też nie jest. Co mi się podobało ? Tekst odnośnie Shoulder Cannon’s „To tak jakby odkryć DVD z mojżeszem”, smaczki typu podobieństwo używanej broni do M-41A, sposób poruszania się obcych… no tu nie moge się powstrzymać przed kawalkiem marudzenia… Walka Obcego z Predatorem wyglądała jak nawalanie się Ziutka z Jankiem na sterydach, zero finezji. No, nie bede wiecej marudzil :)

– Mirach (21 listopad 2004)


Niestety film zdradza cholernie reżysera tego samego, co w Resident Evil :/ Film jest bardziej „growaty” niż gra sama w sobie (odwołuję się tu do dwóch gier AvP) przez co miałam wrażenie, jakbym siedziała przed przydużym ekranem monitora z włączonym trainerem. Postacie giną szybko i bez sensu, ich śmierć nie robi żadnego wrażenia, bo w sumie do nikogo z tej hałastry nie zdążyłam się przyzwyczaić, nawet sam pan Weyland, po którym spodziewałam się, że będzie kimś ważnym, kopie w kalendarz z jakiegoś gównianego powodu, bo zapragnął popełnić honorowe samobójstwo.

Ogólnie zgadzam się z opinią Miracha, film nie jest ani „dobry” ani „zły”. NIe spodziewałam się wiele idąc na niego, nie zawiodłam się takowoż. Ot, napieprzanka, Predalien mi się nawet podobał :) Oglądałam jak grę komputerową, znakomicie wyłączało mózg ;)

Jako fanka serii filmów o Alienach (znam bardziej niż filmy o Predatorach, które oglądałam dawniej i z mniejszą ilością powtórek), muszę ponarzekać na biologię alienów, za szybki rozwój młodych i fatalne ich działanie grupowe, które zwykle było ich mocną stroną. Poza tym rzeczywiście Predatory wydawały się cienkie, chyba że ta piramida to była tylko training mission dla najmłodszych lamuchów.

– Ailinon (21 listopad 2004)


Niestety, nic dodać, nic ująć. Film nie broni się niczym, ani fabułą (bo jej nie ma), ani napięciem (bo też go nie ma), ani ciekawymi bohaterami (ich nie ma również). Co zostaje. Sfilmowana fabuła gry AvP, choć przyznaję, że gra była bardziej intrygującas, polegająca na nieskładnym lataniu po korytarzch z giwerą lub bez niej), przerywana wstawkami fabularnymi: „… musisz żyć dla swoich dzieci…” (oglądałem na kompie, wtedy poszedłem po herbatę). Obawiam się, że walcząc z Mirachem po 5 piwach ruszalibyśmy się zwinniej niż obie jakże agresywne rasy. Podsumowując obejrzeć i zapomnieć, bo dzieło zapadające w pamięć to nie jest.

– Rudy (24 listopad 2004)

Temat do przemyśleń na dzisiaj:

Bardzo ważne jest, aby rozumieć, że Bogowie są rzeczywistymi i żyjącymi istotami. Nie są zaledwie uosobieniami sił natury, ani jungowskimi archetypami, które znajdują się jedynie w naszych umysłach – choć praca Junga może być pomocna w zrozumieniu ich natury jako żyjących istot. Te istoty boskie, które nazywamy „Bogami” (to znaczy Asowie i Wanowie), są również „osobowymi bóstwami”, które aktywnie interesują się sprawami ludzkości i pragną związków ze swoimi wyznawcami. Ważne jest, by o tym pamiętać, kiedy odprawiamy ceremonie lub modlimy się do Bogów. Nie są magicznymi symbolami, którymi się manipuluje, nasza religia nie jest też jakąś olbrzymim kosmicznym automatem do sprzedaży, gdzie wrzuca się ofiarę, a wylatują błogosławieństwa. Bogowie są żyjącymi istotami i oferują nam korzyści, ponieważ jesteśmy ich przyjaciółmi i towarzyszami. Zawsze trzeba ich traktować z szacunkiem.

To napisali ludzie z Asatru (rekonstrukcji pogaństwa nordyckiego) i stąd „Asowie i Wanowie” – w tamtej mitologii są to, upraszczając, dwa wielkie rody bogów.

Komentarze archiwalne

Ale za to Gardner pisze: „the Gods are real, not as persons, but as vehicles of power”. Ja to rozumiem tak, że Bogowie są poniekąd interfejsem na siły, których się dotyka podczas rytuału, albo też, z drugiej strony, naszym przedstawieniem tych sił. Aczkolwiek nie wykluczam, że skoro siła działa z osobową jednostką poprzez samo oddziaływanie może poniekąd przyjąć cechy tej jednostki.

– Ailinon (11 listopad 2004)


Książki Gardnera to nie jest Biblia Wicca. W wielu ich miejscach umieszczał własne spekulacje – szczególnie odnośnie interpretacji przekazów otrzymanych od czarownic oraz historii ich kultu. A czasem ponoć celowo robił czytelników w konia i nie mówił prawdy, co było w tamtych czasach popularne przy publikacji materiałów zastrzeżonych (książki Regardiego i Crowleya też są ponoć pełne takich „pułapek”).

Ponadto nie wszystkie pomysły, które zaprezentował w książkach, dotrwały do dziś jako część tradycji. Ot, choćby ten kawałek, że kobieta musi być „słodka”, młoda i piękna, by była warta tego, by zstąpiła w nią Bogini (a zatem by została Arcykapłanką).

Fragment który zacytowałaś klasyfikuje się dla mnie jako jego prywatne zdanie wywodzące się ze znajomości teorii popularnych wtedy w środowiskach okultystycznych, a nie widać tego, bo wyjęłaś go z kontekstu. A wygląda on tak:

„Initiates will understand me when I say that the Gods are real, not as persons, but as vehicles of power. Much food for thought upon this point will be found in such books as The Mystical Qabalah, by Dion Fortune. And The Art of Creation, by Edward Carpenter, by those who care to seek.”

Zauważ, że pisze „Initiates” (i odnosi się do książek Fortune). Uważam w związku z tym, że chodzi mu o inicjowanych w WMT (Western Mystery Tradition, czyli ścieżki pokrewne Złotemu Świtowi, teozofii, wytworom Crowleya), bo tak wtedy tego słowa powszechnie używano. Natomiast gdzie Gardner mówi o przekazach od czarownic – identyfikuje je jako „witches”.

I nigdzie nie mówi, że to czarownice mu ten pogląd przekazały. Wręcz przeciwnie, wcześniej pisze tak:

„In fact, [the witches] seem to consider the gods as being more like powerful friends than deities to be worshipped.”

A w ogóle to nie omówimy obu książek w komentarzach do loga… kompilacja i interpretacja takich cytatów to materiał na artykuł albo i kilka :)

– 3Jane (17 listopad 2004)


Ależ nie upieram się co do tego, że to jest zdanie rodem z Biblii :) Po prostu zwróciłam uwagę na fakt, iż jego wymowa jest nieco inna niż zacytowany przez Ciebie fragment. Natomiast oczywiście, tradycja się zmienia – musi, inaczej by nie przetrwała, bo każde następne pokolenie jest trochę inne i tym samym pewne rzeczy będzie robić trochę inaczej. I właśnie z tego powodu ciekawi mnie fakt, jak ewoluowały które poglądy i co (o bóstwach, rytuałach, strukturach, itp.) sądziły dawne czarownice w przeciwieństwie do tego co sądzą teraz.

Ale, jak mówisz, to materiał na wiele prac i dyskusji. Są do tego odpowiedniejsze miejsca niż komentarze ;)

– Ailinon (18 listopad 2004)


Jak mówi pewien miły pan w TV: jednak tego nie dowiemy się już nigdy…

(tego = tego, co sądziły dawne czarownice) :)

3Jane (18 listopad 2004)

Dzisiaj kolejny zbiorek linków do co ciekawszych artykułów wynalezionych na WitchVoxie, z komentarzami. Jak widać, głowy neopogan w Stanach zaprzątają w tym momencie sprawy dyskryminacji religijnej.

  • A Wayward Witch – Social Interlude – musisz to przeczytać. Kilka słów prosto od Bogini na temat: jak zareagować, kiedy ktoś cię atakuje i oskarża o czczenie Szatana. Wypowiedź jest piękna i mądra.
  • Grey Magic: Back to the Broom Closet? – bardzo praktyczny artykuł o tym, co zrobić, kiedy stykamy się z dyskryminacją religijną. Szczególnie podoba mi się ostatni paragraf i uważam, że może mieć rację. Ostatnio, widząc jaki gatunek ludzi ciągnie do Wicca, stwierdziłam, że inkwizycja wcale nie była taka zła.
  • A Coven Commitment – a tu coś z innej beczki, krótki artykuł o tym, jak grupka samotnych Wiccan założyła kowen. W naszych warunkach może się przydać :-)

Teraz z tego samego źródła, ale nie na temat (tzn nie o Wicca).

  • The Church of Hate and Fear – analiza tekstu listu typu „spam”, która dokładnie pokazuje w jaki sposób manipulując słowami można odwołać się do instynktu stadnego czytelnika i wyłączyć u niego myślenie. Bardzo pouczające.
  • Scared Yet? The Truth Behind the 2004 Elections – artykuł umiejscawiajacy obecne wybory prezydenta USA w kontekście historycznym i mówiący, jakie to ma znaczenie dla neopogan. Martwi mnie on tym bardziej, że wiem z doświadczenia, że jego autorka jest kobietą mądrą i rozważną i nie rzuca niepodbudowanymi opiniami.

I na koniec – na rynku neopogańskim w Stanach pojawił się nowy produkt! Oto Pagan Paper Doll Coven. Pozostawiam bez komentarza.

Niedawno wróciłam do „Bell, Book and Murder”, zbioru opowiadań kryminalnych, których główną bohaterką jest Bast, Gardnerianka. Wpadł mi w oko następujący cytat i sądzę, że warto go przemyśleć (ma dziury, bo inaczej zdradzałby zakończenie opowiadania):

Gdzie leży linia rozdzielająca rzeczywistość i wyobraźnię? Czy Klash, upierający się, że jest Klingonem, oszukiwał się, czy jedynie odgrywał rolę? (..) W którym momencie nauka – lub religia – przemienia się w szaleństwo? Czy granice przesuwają się z każdym pokoleniem, czy też cały czas są stałe?

Prawdziwe pytanie brzmi: czy którekolwiek z nas mogłoby przestać robić to, co robiliśmy, gdybyśmy tylko chcieli?

Nie.

Maidjene nie mogłaby – podążając za tym, co uznała za wiccańskie prawo, zniszczyła swoje małżeństwo i zaryzykowała pójście do więzienia. A ja z podobnych powodów zraziłam do siebie moją najstarszą przyjaciółkę.

(..)

To różnica nie rodzaju, ale natężenia. Ta sama rozbieżność powoduje, że jeden chrześcijanin pikietuje przed kliniką planowanego rodzicielstwa, natomiast inny ją wysadza. A my mówimy, że jedno wolno robić, a drugiego nie, tak jak musimy.

Ale jeśli jest to, gdyż jest to, tylko różnica natężenia, gdzie jest nakreślona linia, która powoduje, że jeden czyn jest właściwy a inny nie – wyznaczona nie przez prawo, lecz przez moralność? Gdzie leży granica między dobrem i złem? Jak często każde z nas ją codzień przekracza, i jak możemy się zorientować, że to robimy?

Przypisy: Maidjene ostatecznie zdecydowała się na rozwód z mężem, kiedy spalił jej osobiste notatki i zaczął szydzić z jej wiary; już wcześniej ją zdradzał i źle traktował, ale jakoś to wytrzymywała. Ryzykowała więzienie, ponieważ nie chciała dać policji spisu nazwisk i adresów wszystkich uczestników zjazdu neopogan (obawiając się, że ludzie mogliby być później prześladowani z powodu swojej religii, co zdarza się również w Stanach).

Główna bohaterka, czyli Bast, pokłóciła się ze swoją przyjaciółką i Arcykapłanką, ponieważ twierdziła, że nie można akceptować wszystkiego jak leci i że gdzieś trzeba postawić granicę. I że niektóre rzeczy złe. Z czym owa przyjaciółka się nie zgadzała, wyznając zasadę „staraj się zrozumieć, akceptować i tolerować wszystkich”.

Klash to mężczyzna, który twierdził, że jest Arcykapłanem Klingon Wicca – a Klingoni to rasa obcych z serialu Star Trek. W innym miejscu Bast mówi o nich:

„Cokolwiek innego możemy [my, neopoganie] o sobie mówić, wydaje się, że zgadzamy się w jednym punkcie: odzyskujemy; albo bogów naszych przodków, albo wieczną prawdę; ścieżkę do doskonałej wiedzy lub bezpieczeństwa Ziemi. Ciężko w to wierzyć, kiedy widzimy, że taką samą ilość pracy i starannej rekonstrukcji wkłada się w coś, co wywodzi się z serialu telewizyjnego: Jak możemy być poważni, jeśli oni nie są? I jak oni mogą być poważni?

Oni nie są poganami, mówią poganie, oni są fanami.

Nie jesteśmy fanami, mówią Klingoni, my wierzymy.

Gdzie należy postawić granicę?

Czy powinno się postawić granicę?

A jeśli tutaj, to gdzie jeszcze?

Komentarze archiwalne

Ciężko jest postawić granicę, a jeszcze ciężej jej nie przekraczać. Często granicę stanowi wychowanie. Przyjmijmy, że komuś nie pozwalano jeść słodyczy przed obiadem. W dorosłym życiu swoim dzieciom na 90% też będzie wpajał takie zasady. Mimo to granicą jest zawsze według mnie, moralność i własne przekonania. Nie pozwalajmy sobie ich zmieniać. Przecież jak to wychodzi z bajki o skorpionie i żółwiu: nie da się zmienić ludzkiej natury.

– Ainara (23 listopad 2004)


No dobrze, ale co wtedy, kiedy czyjeś przekonania każą mu zabijać ludzi, którzy z jakiegoś powodu mu podpadną? Czy to też jest dobre i nie należy tego zmieniać? O to właśnie chodzi.

Gdzie jest granica dopuszczalności czyichś przekonań i moralności? Czy istnieje coś takiego jak obiektywne zło, skoro pewne rzeczy są dla jednych OK, a dla innych nie? (Jak w cytacie z tą kliniką planowanego rodzicielstwa).

Dlaczego miałoby się przyjmować tutaj moralność takiej grupy, a nie innej? Czy rozstrzyga to tylko „kto silniejszy i kogo więcej”, czy też są jakieś zasady uniwersalne, którymi trzeba się kierować?

– 3Jane (29 listopad 2004)