Październik 2004

Październik 2004- przeglądasz archiwa miesięczne.

Namnożyło się ostatnio grup i grupek, które radośnie oznajmiają swoje istnienie i zapraszają do wstąpienia w ich szeregi. Jednak im głośniej robi to dana grupa, im szumniejszą (czy też bardziej „cool”) przybiera nazwę i im bardziej zachęcająco i przyjaźnie wygląda, tym większą nieufność we mnie wywołuje.

Dobra rzecz kosztuje zarówno tego, co daje, jak i tego, co bierze. Prawdziwej przyjaźni, na przykład, nie nawiązuje się po jednym spotkaniu, ale po roku lub więcej, kiedy przyjaciele pomagali sobie nawzajem w trudnych chwilach, poznali się dobrze, zrozumieli i ogólnie „zjedli ze sobą beczkę soli”.

Tak samo, a nawet bardziej, jest z każdym mądrym nauczycielem i każdą grupą religijną (przynajmniej jeśli chodzi o Wicca). Oni nie idą na ilość, idą na jakość. Jeśli ktoś naprawdę ceni to, co daje, nie będzie tego dawał byle komu. Będzie od osoby uczącej się od niego oczekiwał wysiłku, wkładu w różnych dziedzinach, jak również tego, że przyjdzie do niego sama, bez zachęty z jego strony.

To, że ktoś idzie na jakość, a nie na ilość, oznacza że opublikuje jedną książkę zamiast dwudziestu. Będzie miał w swojej „karierze” może dwudziestu uczniów, a nie paręset. Jego grupa będzie składać się z paru osób, a nie parudziesięciu. Ale wszystko to będzie najwyższej próby, a nie tanią masówką.

Kiedy jakiś, pożal się Bogini, „Wiccanin”, sugeruje, że w łatwy sposób będziesz mógł od niego otrzymać coś wartościowego, dołączyć się do grupy, zostać zaakceptowanym i pokochanym, otrzymać wartościową wiedzę – to widoma oznaka, że kłamie. Sam niewiele chce zaoferować, więc i od innych wiele nie wymaga.

Może się też potem okazać, że w tym „kontrakcie” są ukryte warunki. Pierwszy z nich to klasyczna, podręcznikowa manipulacja – wywoływanie poczucia wdzięczności „darmowymi” podarunkami, a następnie wykorzystywanie go do wyłudzania rzeczy, których normalnie by się nie dało (używają jej ludzie, którzy na ulicy wtykają ci w rękę kadzidełko lub książkę, a następnie proszą o datek „co łaska”).

Druga niebezpieczna pułapka „grupy za darmo” to emocjonalne uzależnienie od podarunków a w konsekwencji od ich źródła. Przykład: wykorzystywana przez sekty technika „bombardowania miłością” – ofiarowywania bezwarunkowej akceptacji osobom, które desperacko jej pragną, bo czują się przez nikogo niezrozumiane czy znajdują się w trudnym okresie życia, a następnie grożenia: rób to, co ci każę, bo inaczej ci odbiorę wszystko, co do tej pory dostałeś „za darmo”. Może to przybrać formę manipulacji niejawnej: na każdą próbę sprzeciwu osoba uzależniająca symuluje zranienie i chęć wycofania się z „przyjaźni”, co oczywiście wymusza przeprosiny i robienie wbrew własnej woli tego, czego ta osoba chce.

Każda wartościowa grupa i wartościowy nauczyciel (przynajmniej jeśli chodzi o Wicca) przedstawi ci swoje wymagania i warunki na początku. Nie będzie ukrytych pułapek, które odkrywa się dopiero po dłuższym zaangażowaniu.

A co z pojedynczymi osobami? Kiedy właśnie spotkana osoba rzuca mi się na szyje, deklaruje radość z powodu odnalezienia kogoś, kto jest taki jak ona, przyjaźń, chęć odprawiania razem rytuałów i w ogóle, to jest to dla mnie znak ostrzegawczy. Za bardzo mnie do siebie ciągnie. Przecież w ogóle jeszcze mnie nie zna! Wniosek: desperacko szuka kogokolwiek, nie zależy jej akurat na mnie. Ta osoba nie jest w stanie wiele od siebie dać, więc i od innych niewiele wymaga. I na dodatek jest zagrożona wciągnięciem w taką pułapkę manipulacji emocjonalnej (bombardowanie miłością), jak opisałam powyżej.

Podsumowując: nie ufam ludziom, którzy oferują dobre rzeczy za zero (lub minimalną ilość) wysiłku, bo w przyrodzie nie istnieje taka rzecz, jak obiad za darmo. Radzę, żebyś ty też nie ufał.

Kiedy przestajesz przetwarzać świat na słowa, widzisz go inaczej. Polega to nie tylko na tym, że nie wypowiadasz słów, ale także na tym, że zatrzymuje się u ciebie wewnętrzny dialog, który zwykle gdzieś tam w środku brzęczy. Kiedy patrzysz na jakąś rzecz, nie określasz jej słowem i nie zaczynasz analizować słownie, ale odbierasz ją w inny sposób, bardziej chyba bezpośredni.

Tak naprawdę dowiesz się jak to jest, dopiero wtedy, kiedy tego doświadczysz. Bo to jest po drugiej stronie świata, niemej stronie świata. Słowa nie mają tam znaczenia. Sztuka w tym, żeby umieć się między dwoma stronami – niemej i wypełnionej słowami – poruszać. Umieć dokonać przeskoku. Jak przy poruszaniu się woda/ląd – trzeba przestać chodzić, zacząć pływać – i na odwrót.

Dlaczego piszę tak mało? Bo jestem po drugiej stronie.

Komentarze archiwalne

:-)
…vide: „Tkacz Iluzji” Ewy Białołęckiej.

– Morven (31 październik 2004)

Ostatnio znajomy opowiedział mi o swojej rozmowie ze Świadkiem Jehowy, który pytał się go, czy wierzy w świat bez wojen. Znajomy odpowiedział że nie, po czym uzasadnił swoje stanowisko, co w skrócie brzmiało tak: człowiek jest istotą społeczną, w każdym społeczeństwie powstaje hierarchia i polityka, a wojna to polityka, tylko prowadzona innymi środkami (jak powiedział jakiś mądry człowiek, którego nazwiska nie zapamiętałam).

Ja bym stwierdzenie „świat bez wojen” uogólniła na „świat bez konfliktów”. Ludzie nie są idealni i nigdy nie będą, nie wierzę bowiem w „sumaryczny” rozwój ludzkości (to znaczy „w sumie jesteśmy teraz lepsi niż kiedyś”). Nie będzie świata idealnego ani nawet zbliżonego do ideału i trzeba się z tym pogodzić. Zawsze będzie ból, cierpienie i zawsze jedni ludzie będą krzywdzić innych.

Po co w takim razie w ogóle starać się cokolwiek robić w kierunku polepszania świata? Po co pomagać innym, skoro i tak nie da to trwałych rezultatów? Po co dbać o naturę, skoro i tak setki ludzi dookoła spuszcza ścieki do rzek bez zmrużenia oka, żeby odrobinkę oszczędzić? Czemu by po prostu nie zignorować tego wszystkiego, zająć się sobą, a ludzi którzy się starają określać jako frajerów?

Ano jest to podobne do sprzątania pokoju (albo mycia naczyń). Stale odkurzamy czy myjemy, a pokój i naczynia się „same” brudzą na powrót. A jednak jakoś nikt zdrowy na umyśle nie stwierdza „nie warto sprzątać, bo kiedyś i tak tu się zabrudzi”. Po pewnym okresie akumulacji brudu pokój staje się ohydną norą, do której strach wchodzić, a naczynia śmierdzą i nie nadają się do dalszego użytku.

Starać się żyć dobrze trzeba tak samo, jak trzeba się myć. Podniesienie papierka, zasadzenie kwiatów w ogródku, zagłosowanie na odpowiedniego kandydata do rządu czy pomoc w nauce koleżance należą do takiej „psychicznej higieny”. Gdyby świat zostawić odłogiem i zignorować go całkowicie, to w końcu stałby się tak niezdrowy i nie do zniesienia, jak człowiek, co się od paru lat nie mył. Ale nie będziemy mieli gdzie od niego uciec. Więc sprzątajmy razem ten wspólny pokój.

A dlaczego „my” a nie „inni”? Proste. Nie wolno zakładać, że to inni o nas zadbają, bo można się na tym ostro przejechać. Dlatego kiedy uważam, że coś trzeba zrobić, to wolę to zrobić sama, zamiast czekać aż ktoś łaskawie zrobi mi dobrze i zrobi to za mnie… I stąd wzięła się ta strona :)

Komentarze archiwalne

Camus napisał kiedyś, że tylko z niemożności osiągnięcia celu nie można wywnioskować przyzwolenia na stanie z założonymi rękami ‚bo to nic nie zmieni’. A to właśnie wysiłek na przekór świadomości, że chociaż wciąż podejmowany, nie pozwoli dojść do happy endu, czyni nas bardziej ludźmi.
Anyhow, dziękuję za to co napisałaś powyżej:)

– Amber (14 październik 2004)