Przez dłuższy czas gryzło mnie, jak to jest, że tak popularną skargą samotnych (i nie tylko) Eklektyków stało się „brakuje drugiego etapu”, a co więcej – sama to czuję. Dlaczego? O co chodzi z tym drugim etapem?
Dzisiaj odkryłam (a właściwie to ponownie sobie to uświadomiłam). Chodzi o tradycję.
Skojarzyłam to, kiedy słuchałam dziesięciominutowej, po-egzaminowej opowieści o buddyźmie i tym, jak tam pojmują czyn, czyli karman, oraz to, jak wpływa on na życie (również przyszłe). Porównałam sobie tą relację z wszystkim, co do tej pory (przez lat… będzie już dziewięć) dowiedziałam się o karmie w Wicca (jako że część Wiccan w nią wierzy) i Wicca wypadło na minus. Było za płytkie – zwłaszcza jego najczęściej spotykana odmiana.
Przypomniałam sobie moją ukochaną mitologię nordycką i trochę mniej ukochaną, ale za to od przedszkola zaczytywaną grecką, kabałę, o której w końcu udało mi się trochę dowiedzieć wbrew wewnętrznej niechęci, Tarot, runy i w ogóle wszystkie rzeczy, do których zaglądają Eklektyczni, by nadać swojej praktyce głębi. I ponownie sobie uświadomiłam podstawową prawdę: człowiek głodny, który nie ma własnego pożywienia, sięgnie po cudze, zwłaszcza niepilnowane. Głód w końcu robi się za silny.
To zapożyczanie wynika po prostu z tego, że w Wicca Eklektycznym nie ma ekwiwalentów rzeczy zapożyczanych. Nie ma przypowieści, mitów, głębszego systemu filozoficzno-magicznego (myślę tu o kabale), obszernej symboliki – słowem, tradycji. Rzeczywiście brak drugiego etapu, czegoś głębszego, prawdziwego „food for thought” (dosł. „pożywienia dla myśli”, czyli rzeczy pobudzających do przemyśleń).
Jest to oczywiście zupełnie naturalne. Wicca Tradycyjne, o ile ma takie materiały, nie przekazało ich publice. Eklektycy muszą więc sięgać do innych źródeł. Tylko że… takie Wicca to już nie jest Wicca! To prywatna, eklektyczna sklejka wielu elementów z różnych czasów i kultur, które spodobały się danej osobie. Sklejka ta będzie różna u różnych ludzi (choć niektórzy mogą z niej zrobić przekazywane tradycje i wtedy będzie w miarę stała).
Nie mówię oczywiście, że to złe. Skądże! Ale gdybym chciała sklejki, to nie nazywałabym siebie Wiccanką i nie starała się zgłębić tej religii.
Dlatego tak cenne jest dla mnie „Zstąpienie Bogini” oraz „Pouczenie Bogini”, dlatego wczytuję się w Gardnera, Valiente i innych (również Eklektyków, np. Reed). Szukam jakichś dalszych wskazówek. Chcę rozwijać się w mojej religii, której „ducha” czy też „esencję” dostrzegam i czuję, a nie zapożyczać jeden element stąd, a inny stamtąd, a następnie udawać, że to moje. Dlatego nie chcę sklejki.
Uważam ponadto, że ludzie mają wiele do nauczenia jedni od drugich i że perspektywa drugiego człowieka wyznającego tą samą religię potrafi bardzo poszerzyć czyjś punkt widzenia. A oprócz tego sądzę, że ścieżka stworzona przez jednego człowieka nigdy nie będzie tak bogata, jak kreowana przez kilku (lub wielu, na przestrzeni wieków). Z tego powodu nie satysfakcjonuje mnie religia prywatna, natomiast cenię tradycję i dialog.











Komentarze (0)
RSS komentarzy do tego wpisu