Dzisiaj kupiłam sobie nową książkę jednego z moich ulubionych autorów: Williama Gibsona. Na okładce reklama typu: pisarz odchodzi od nurtu SF, co wychodzi mu świetnie. Z pewną nadzieją zasiadłam więc do czytania i…
Szczegółów czepiać się nie będę, powiem tylko tyle, że po paru rozdziałach mam wrażenie, że już to czytałam. Główny jej wątek powtarza elementy z dwóch poprzednich książek (może nawet i w sposób kreatywny – jeszcze się nie przekonałam). Może będzie coś nowego, ale sam początek mnie rozczarował.
Morał bajeczki: każdemu autorowi kiedyś kończy się inwencja twórcza lub temat. Dlatego wolę ludzi, którzy piszą mało, ale smacznie, od tych, co produkują wiele tomów wypełnionych bzdurami. Dlatego też unikam „zawodowych pisarzy” albo czytam raczej ich początkowe książki.
Przyznam, że sama się zastanawiam co jakiś czas, czyby, kiedy już na tej stronie będzie mnóstwo artykułów, nie zebrać ich razem w formie książki (podążając w ślady Joan Bunning, autorki mojej ulubionej strony o nauce Tarota, Learning the Tarot – an Online Course). Ale to będzie JEDNA książka, a nie dwadzieścia podręczników na temat magii takiej, siakiej i owakiej, okraszonych rytuałami i papką pseudoreligijną. Po tym można w sumie poznać, czy ktoś pisze od siebie, czy też nabija sobie kiesę masówką…
Komentarze archiwalne
Czytałam tego Gibsona. Moje wrażenia były inne. Pierwsza refleksja: Gibsona, podobnie jak Lema, dogoniła rzeczywistość. Żyjemy w przyszłości. Refleksja druga: Gibson zaczął bardziej dostrzegać ludzi niż przedmioty, co akcentuje uczynienie bohaterką kobiety – chociaż już w „Mona Lisa Overdrive” była kobieta. Bohaterki chodziły do fryzjera, co było z pewnym znawstwem opisane: aby subtelniej opisać bohatera, sięgamy do bohaterów przeciwnej płci. Co do drugiej refleksji, mogę się mylić.
Uwaga o inwencji twórczej jest bardzo słuszna. Patrz rozmaite serie, również serie o magii. Ale akurat w kwestii Gibsona nie zgadzam się.
– Enenna (9 wrzesień 2004)
A ja książkę właśnie skończyłam i dalej mam wrażenie, że przeczytałam mieszankę „Grafa Zero” (wątek z Marly Krushkovą), „Idoru” (Colin Laney) oraz odrobinką Neuromancera. W innych realiach, ale motywy powtarzają się dokładnie te same.
Brakowało mi też tego, co pojawiało się w poprzednich książkach (w „Wszystkie jutra” już chyba do przesady) – widoku z różnych punktów, różnych wątków, które się potem łączą.
A że rzeczywistość go dogodniła, to inna sprawa. Ale w dalszym ciągu moimi ulubionymi jego książkami jest pierwsza trylogia (plus opowiadania, które dają im podłoże historyczne).
– 3Jane (9 wrzesień 2004)











Komentarze (0)
RSS komentarzy do tego wpisu