Wrzesień 2004

Wrzesień 2004- przeglądasz archiwa miesięczne.

Nie miałam zamiaru dzisiaj świętować Zrównania Jesiennego, bo przechodzę właśnie ostry finisz kampanii wrześniowej. Przez ostatnie parę dni jedyną moją czynnością „na czasie” było namiętne napychanie kieszeni kasztanami (nigdy nie mam ich dość). Poza tym czas zajmowało mi kończenie projektów oraz obgryzanie paznokci z nerwów z powodu spóźnionych wyników egzaminu.

A tu, okazuje się, otoczenie samo o mnie zadbało. Wyniki pojawiły się dzisiaj rano. Po południu ni z tego ni z owego matka obdarowała mnie swetrem w barwach kremowo-brązowych i kremowym szlafrokiem z polaru. No i dowiedziałam się, że parę rzeczy na które dość długo czekałam będzie możliwe.

I jak tu nie wierzyć w to, że jeśli płyniesz ze światem i świadomie się dostosowujesz do jego rytmu, to wszystko samo zdarzy się we właściwym czasie i twoje życie samo się układa?

Komentarze archiwalne

Racja, gdybym nie zdała dziś prawa jazdy (wcale nie pierwsze podejście) rok byłby niekompletny…

Naya (22 wrzesień 2004)


Skad ja znam wrzesniowe boje… Zawsze jednak dziwnym trafem do przodu :D

Grzybek (24 wrzesień 2004)


Masz rację, dziwnym trafem do przodu :) Od dzisiaj jestem dumną studentką czwartego roku informatyki :)

3Jane (24 wrzesień 2004)

po zeszłonocnym mrozie
chłodniejsza muzyka
wietrznych kurantów

Pierwszą oznaką zrównania jesiennego jest chłód. W nocy zaczyna spać się pod dodatkowym kocem. Rano trzeba założyć kurtkę, którą trzeba też
ze sobą zabrać (na ramieniu) na dłuższe odwiedziny – będzie potrzebna wieczorem. Chłód powoduje, że po raz pierwszy zaczynamy patrzyć w przyszłość z niepokojem i niepewnością. Spada coraz więcej żółtych liści a nowe się nie pojawiają. Od dziś uświadamiamy sobie więc bliską obecność zimy i śmierci.

Po raz pierwszy (w cyklu) stajemy też przed pytaniem: czy jesteśmy dość silni, by sobie poradzić z tym nieprzyjaznym okresem głodu i mrozu, który leży tuż przed nami, którego oddech czujemy już na plecach? Czy przetrwamy tę próbę? Czy zapracowaliśmy sobie na spokojne życie, czy też zaczniemy się teraz rzucać w panice jak pasikonik, który całe lato przeleniuchował?

zachwaszczone pastwisko:
pierzasty szpon martwej sowy
zaciśnięty na jakimś badylu

Podczas tego święta dominuje zatem nastrój powagi i surowości. W obliczu zbliżającego się zagrożenia musimy wreszcie (o ile nie mogliśmy wcześniej) zdobyć się na szczerość z samym sobą. Ocenić swoje silne i słabe strony. Sprawdzić, co w rzeczywistości udało nam się osiągnąć (jakie są nasze zbiory), jak się one mają do naszych planów i czy wystarczą?

Czasem bowiem problem nie w tym, jak dużo pracowaliśmy (o czym mówiło Lammas), lecz w tym, czy udało nam się osiągnąć pewien cel. Nie wszystko można oceniać w kategoriach relatywnych, jakkolwiek przyjemne one by nie były. Czasem po prostu wyszło albo nie – trzeba z tego wyciągnąć wnioski i iść dalej. Szczerość boli, ale otwiera oczy. A do prób nie
można przystępować będąc ślepym, jeśli się chce przez nie przejść żywym i zdrowym.

stary album:
z początku nie poznaję
własnej młodej twarzy

Szczerość wymaga wspomnień, które są kolejnym tematem zrównania jesiennego. Używając przenośni góry zawartej we wpisie o Lammas – okres od zrównania jesiennego do Samhain to odpowiednik odpoczynku na samym szczycie. Patrzymy się wstecz, na ścieżkę, myśląc: tu mogliśmy podejść nieco szybciej, tam pomogliśmy komuś przejść przez pień, a jeszcze ówdzie o mało nie wpadliśmy w rozpadlinę – o kurczę, co by to było!

W tym punkcie końcowym, na szczycie góry, możemy sobie przypomnieć pomocne dłonie, które nas w pewnym momencie wyciągnęły z kłopotów, potknięcia, z których jakoś sami wyszliśmy, sukcesy i triumfy. A potem wyrazić, jak bardzo jesteśmy wdzięczni sobie i innym (w tym Bogom) za wytrwałość, pomoc i opiekę. Dlatego też zrównanie jesienne nazywa się czasem w Stanach wiedźmim Dziękczynieniem. Jest to dobry czas, by uczcić swój sukces oraz powiedzieć innym, jak bardzo doceniamy wszystko co dla nas zrobili (nawet jeśli nie było tego zbyt wiele). Tak często zapominamy o wdzięczności. Niech ten dzień będzie przypomnieniem, jak ważna ona jest.

A kiedy już zbierzemy wszystkie swoje wspomnienia, ogarniemy wzrokiem tę drogę, którą przeszliśmy – możemy opisać tą drogę. Stąd też zrównanie jesienne może objawiać się ożywieniem intelektualnym, rozmowami, wyrażaniem swojej wiedzy. W naturalny sposób możemy też zaczynać zbierać się w grupy – ostatecznie razem łatwiej przejść trudny okres,
a ciekawie się rozmawia z innymi (i chwali swoimi przejściami po drodze :> ).

chirurg mówi…
spokój jego milczących
dłoni

Spisywanie doświadczeń pomaga innym w ich drodze. W pewien sposób zwracamy wtedy to, czym nas obdarowano, albo też przekazujemy dalej ten dar (najlepszym sposobem pokazania, jak bardzo ceni się podarunek, jest używanie i rozwijanie go). Kim byli inni dla nas – a byli pomocą, przewodnikami – bądźmy my dla innych. Podczas zrównania jesiennego może się w nas objawić starsza, mądra, doświadczona osoba, która rozumie innych i jest w stanie przeprowadzić ich przez te same pułapki, przez które sama przeszła. (Czasem upierdliwa i zrzędliwa, kiedy ogranicza się głównie do swoich doświadczeń i marudzi „co wy, młodzi, możecie wiedzieć!” – ale to już jest temat na inną bajkę :) ).

(Haiku z wyboru pt. „Płatek irysa” Elizabeth Searle Lamb)

Temat do przemyśleń:

Just because it is difficult does not mean it is not your destiny.

Tak sobie pomyślałam, że uprawiany przez tzw. „dojrzałych” wyznawców proceder deptania królików (inaczej „fluffy bunny”) prezentowany m.in. przez stronę Why Wiccans Suck (strona niestety już znikła, ale część jej artykułów wciąż znajduje się na sieci) świadczy o pewnej nadgorliwości i niedojrzałości, a ponadto o braku zastanowienia nad rzeczywistością. Podobnie jest zresztą w przypadku siostrzanego ruchu po drugiej stronie lustra: króliczym obrażaniu się na wszystkich, którzy mówią im, że są królikami.

Co ciekawe, zjawisko to występuje nie tylko w Wicca. Z osobistego doświadczenia mogę wymienić RPG (na polski tłumaczone zwykle jako gra wyobraźni), które z początku wymagało od graczy dużego wysiłku (jako rozrywka mało w Polsce popularna) przy zdobywaniu ciekawych materiałów, później się rozpowszechniło. Rezultat? Większa komercjalizacja, „moda” na RPG i starzy wyjadacze zrzędzący na młodych agresywnych napaleńców psujących im opinię. Mogę się też założyć, że Wicca i RPG to nie są jedyne przykłady takich konfliktów. A dlaczego one w ogóle powstają?

Jeśli coś istnieje, to znaczy że powstało z jakiegoś powodu, wypełnia jakieś zapotrzebowanie. Najwyraźniej, Sherlocku, ludzie mają różne potrzeby religijne (oraz seksualne, emocjonalne, rozrywkowe, itd). Nie można wymagać, żeby wszyscy uprawiali seks codziennie, żeby wszyscy byli jednakowo żarliwi emocjonalnie, czy mieli równie głębokie podejście do religii.

Wręcz przeciwnie, im bardziej ekstremalna postawa – na przykład im bardziej poważne zaangażowanie w religię (to samo tyczy się też zupełnego braku takiego zapotrzebowania) – tym rzadziej występuje. Najwięcej zawsze będzie tych „letnich”, tych pośrodku, niezbyt zaangażowanych, podchodzących do religii z rezerwą, tych, co (metaforycznie) chodzą do kościoła raz na rok.

Nie ma co na nich krzyczeć. Po prostu taka jest ich natura. Próby „nawrócenia króliczków na dobrą drogę” bądź nienawiść do tychże króliczków z powodu tego, jakie są, jest równie sensowna, co próby nawrócenia ludzi heteroseksualnych na homoseksualizm, bo akurat dana osoba się czuje przywiązana do tego ostatniego. Albo też, próby przestawienia misia polarnego na wegetarianizm bo komuś żal tych wszystkich biednych foczek zjadanych przez misia.

(Z drugiej strony, żeby być sprawiedliwym, ludzie zwykle określani jako „króliczki” też sobie powinni uświadamiać, że to, co robią, dla innych może mieć o wiele większe znaczenie emocjonalne, niż kiedykolwiek podejrzewali i powinni szanować ich uczucia, zamiast na nich pluć).

Tak czy inaczej, trzeba tą „drugą stronę” po prostu postarać się zrozumieć i zaakceptować. A że sporo ludzi nie chce rozumieć? No cóż – taka ich natura… Nam (Wiccanom) nikt nie obiecywał, że świat będzie doskonały, prawda?

A co z argumentem „króliki psują nam opinię”? Będę szczera. Jeśli ktoś wyrobił sobie opinię o Wicca na podstawie paru króliczków, a następnie spotkał mnie, poznał mnie lepiej, dowiedział się w końcu, że jestem Wiccanką i (mimo tego, że mnie poznał) zaczął mnie oceniać na podstawie swoich doświadczeń z wcześniej spotkanymi króliczkami… to ten ktoś nie jest wart mojego czasu. (Zakładam, że poznał mnie lepiej, bo przed obcymi w przelotnej rozmowie nie obnoszę się ze swoją wiarą. Bo po co?)

Podsumowując: jeśli ktoś jest dobrze wychowany, dyskretny, daje swoim życiem dobre świadectwo o swojej wierze i utrzymuje bliższe znajomości z wartościowymi ludźmi albo wcale, to mu się krzywda nie stanie. A króliczki albo zaangażują się bardziej, albo im się znudzi, albo zostaną na tym samym poziomie zaangażowania… To ich sprawa i ich wybór! Ciebie, Deptający Króliki Słuchaczu, to nie dotyka, więc się przestań przejmować. Nie ma co się frustrować, naprawdę.

Komentarze archiwalne

Co do króliczków – potępienie nie jest dobrym sposobem, ale z drugiej strony nie jest przyjemnie usłyszeć w rozmowie od kogoś inteligentnego „Wiccanka? Ach, to ci, co kochają słoneczko i kwiatki… ” Moim odruchem jest wtedy potrząsnąć rozmówcą i wrzasnąć „NIE!!!!”. Z nadmiaru stereotypów i tego, że królików są ostatnio dzikie tłumy (neopogaństwo zaczyna być bardzo modne), biorą się te wszystkie nerwowe reakcje. Czasem zbyt nerwowe, niemądre, ale zdecydowanie uzasadnione i zrozumiałe.

– Morven (14 październik 2004)


Owszem, ale według mnie inteligentny człowiek wie, że są różne stopnie zaangażowania w religię i zrozumienia jej treści (o czym mówiłam wyżej), dlatego spokojne pokazanie mu, że Wiccanie to nie są „ci, co kochają słoneczko i kwiatki” nie powinno stanowić problemu.

Jeśli nie może zaakceptować takiego wyjaśnienia, to znaczy że człowiek ten albo nie tak inteligentny jak się myślało, albo z góry uprzedzony i celowo szukający ośmieszających przykładów. Tak czy tak, albo nie warto się przejmować, albo trzeba się uzbroić w cierpliwość i grubą skórę – emocje tu bynajmniej nie pomogą.

Reakcja potrząsania i wrzeszczenia „NIE!” miałaby według mnie w każdym przypadku skutek przeciwny do zamierzonego. Osobiście, kiedy ktoś BARDZO protestuje przeciwko jakiemuś stwierdzeniu, w sposób wręcz agresywny, zaczynam podejrzewać, że w tym stwierdzeniu kryje się ziarno prawdy, że ta prawda jest dla niego niewygodna i że próbuje on krzykiem mnie zastraszyć, żebym zostawił temat. Już mi się to zdarzało.

Doskonale rozumiem, że to boli. Ale reakcji nie pochwalam. Po prostu nie zawsze można dawać ujście swoim uczuciom. Zwłaszcza, kiedy znajduje się w trudnej pod względem dyplomatycznym sytuacji.

– 3Jane (15 październik 2004)

Przez dłuższy czas gryzło mnie, jak to jest, że tak popularną skargą samotnych (i nie tylko) Eklektyków stało się „brakuje drugiego etapu”, a co więcej – sama to czuję. Dlaczego? O co chodzi z tym drugim etapem?

Dzisiaj odkryłam (a właściwie to ponownie sobie to uświadomiłam). Chodzi o tradycję.

Skojarzyłam to, kiedy słuchałam dziesięciominutowej, po-egzaminowej opowieści o buddyźmie i tym, jak tam pojmują czyn, czyli karman, oraz to, jak wpływa on na życie (również przyszłe). Porównałam sobie tą relację z wszystkim, co do tej pory (przez lat… będzie już dziewięć) dowiedziałam się o karmie w Wicca (jako że część Wiccan w nią wierzy) i Wicca wypadło na minus. Było za płytkie – zwłaszcza jego najczęściej spotykana odmiana.

Przypomniałam sobie moją ukochaną mitologię nordycką i trochę mniej ukochaną, ale za to od przedszkola zaczytywaną grecką, kabałę, o której w końcu udało mi się trochę dowiedzieć wbrew wewnętrznej niechęci, Tarot, runy i w ogóle wszystkie rzeczy, do których zaglądają Eklektyczni, by nadać swojej praktyce głębi. I ponownie sobie uświadomiłam podstawową prawdę: człowiek głodny, który nie ma własnego pożywienia, sięgnie po cudze, zwłaszcza niepilnowane. Głód w końcu robi się za silny.

To zapożyczanie wynika po prostu z tego, że w Wicca Eklektycznym nie ma ekwiwalentów rzeczy zapożyczanych. Nie ma przypowieści, mitów, głębszego systemu filozoficzno-magicznego (myślę tu o kabale), obszernej symboliki – słowem, tradycji. Rzeczywiście brak drugiego etapu, czegoś głębszego, prawdziwego „food for thought” (dosł. „pożywienia dla myśli”, czyli rzeczy pobudzających do przemyśleń).

Jest to oczywiście zupełnie naturalne. Wicca Tradycyjne, o ile ma takie materiały, nie przekazało ich publice. Eklektycy muszą więc sięgać do innych źródeł. Tylko że… takie Wicca to już nie jest Wicca! To prywatna, eklektyczna sklejka wielu elementów z różnych czasów i kultur, które spodobały się danej osobie. Sklejka ta będzie różna u różnych ludzi (choć niektórzy mogą z niej zrobić przekazywane tradycje i wtedy będzie w miarę stała).

Nie mówię oczywiście, że to złe. Skądże! Ale gdybym chciała sklejki, to nie nazywałabym siebie Wiccanką i nie starała się zgłębić tej religii.

Dlatego tak cenne jest dla mnie „Zstąpienie Bogini” oraz „Pouczenie Bogini”, dlatego wczytuję się w Gardnera, Valiente i innych (również Eklektyków, np. Reed). Szukam jakichś dalszych wskazówek. Chcę rozwijać się w mojej religii, której „ducha” czy też „esencję” dostrzegam i czuję, a nie zapożyczać jeden element stąd, a inny stamtąd, a następnie udawać, że to moje. Dlatego nie chcę sklejki.

Uważam ponadto, że ludzie mają wiele do nauczenia jedni od drugich i że perspektywa drugiego człowieka wyznającego tą samą religię potrafi bardzo poszerzyć czyjś punkt widzenia. A oprócz tego sądzę, że ścieżka stworzona przez jednego człowieka nigdy nie będzie tak bogata, jak kreowana przez kilku (lub wielu, na przestrzeni wieków). Z tego powodu nie satysfakcjonuje mnie religia prywatna, natomiast cenię tradycję i dialog.

Dzisiaj kupiłam sobie nową książkę jednego z moich ulubionych autorów: Williama Gibsona. Na okładce reklama typu: pisarz odchodzi od nurtu SF, co wychodzi mu świetnie. Z pewną nadzieją zasiadłam więc do czytania i…

Szczegółów czepiać się nie będę, powiem tylko tyle, że po paru rozdziałach mam wrażenie, że już to czytałam. Główny jej wątek powtarza elementy z dwóch poprzednich książek (może nawet i w sposób kreatywny – jeszcze się nie przekonałam). Może będzie coś nowego, ale sam początek mnie rozczarował.

Morał bajeczki: każdemu autorowi kiedyś kończy się inwencja twórcza lub temat. Dlatego wolę ludzi, którzy piszą mało, ale smacznie, od tych, co produkują wiele tomów wypełnionych bzdurami. Dlatego też unikam „zawodowych pisarzy” albo czytam raczej ich początkowe książki.

Przyznam, że sama się zastanawiam co jakiś czas, czyby, kiedy już na tej stronie będzie mnóstwo artykułów, nie zebrać ich razem w formie książki (podążając w ślady Joan Bunning, autorki mojej ulubionej strony o nauce Tarota, Learning the Tarot – an Online Course). Ale to będzie JEDNA książka, a nie dwadzieścia podręczników na temat magii takiej, siakiej i owakiej, okraszonych rytuałami i papką pseudoreligijną. Po tym można w sumie poznać, czy ktoś pisze od siebie, czy też nabija sobie kiesę masówką…

Komentarze archiwalne

Czytałam tego Gibsona. Moje wrażenia były inne. Pierwsza refleksja: Gibsona, podobnie jak Lema, dogoniła rzeczywistość. Żyjemy w przyszłości. Refleksja druga: Gibson zaczął bardziej dostrzegać ludzi niż przedmioty, co akcentuje uczynienie bohaterką kobiety – chociaż już w „Mona Lisa Overdrive” była kobieta. Bohaterki chodziły do fryzjera, co było z pewnym znawstwem opisane: aby subtelniej opisać bohatera, sięgamy do bohaterów przeciwnej płci. Co do drugiej refleksji, mogę się mylić.

Uwaga o inwencji twórczej jest bardzo słuszna. Patrz rozmaite serie, również serie o magii. Ale akurat w kwestii Gibsona nie zgadzam się.

– Enenna (9 wrzesień 2004)


A ja książkę właśnie skończyłam i dalej mam wrażenie, że przeczytałam mieszankę „Grafa Zero” (wątek z Marly Krushkovą), „Idoru” (Colin Laney) oraz odrobinką Neuromancera. W innych realiach, ale motywy powtarzają się dokładnie te same.

Brakowało mi też tego, co pojawiało się w poprzednich książkach (w „Wszystkie jutra” już chyba do przesady) – widoku z różnych punktów, różnych wątków, które się potem łączą.

A że rzeczywistość go dogodniła, to inna sprawa. Ale w dalszym ciągu moimi ulubionymi jego książkami jest pierwsza trylogia (plus opowiadania, które dają im podłoże historyczne).

– 3Jane (9 wrzesień 2004)

Punktem wyjściowym moich przemyśleń były nastolatki, ale potem doszłam do wniosku, że właściwie sprawa dotyczy wszystkich ludzi, którzy akurat mają kryzys osobisty, psychologiczny lub fizjologiczny. Otóż zastanawiam się, w jaki sposób mogą oni znaleźć wsparcie w Wicca jako religii.

Zacznijmy jak zwykle od historii i początków Wicca. Wicca Tradycyjne, z tego co się orientuję, jest ścieżką nastawioną na ludzi dojrzałych i takich, którzy już sobie ze swoimi codziennymi problemami życiowymi poradzili. Stąd właśnie ograniczenie wieku do lat 21 – czasem nawet do 28 (które nie jest jedynym zabezpieczeniem; bywają przecież ludzie starzy a głupi).

Inicjacja i praktykowanie Wicca Tradycyjnego powoduje bowiem – według czytanych przeze mnie relacji inicjowanych – wielki rozgardiasz w życiu i nagły wysyp kłopotów. Wynika to z prostej zasady, że żaden rozwój nie obejdzie się bez odrzucenia rzeczy starych i za ciasnych, ale do których już zdążyliśmy przywyknąć, i konfrontuje nas z nieznanym – więc boli. A to u ludzi, którzy jeszcze sobie nie poradzili ze starymi problemami, mogłoby po prostu spowodować załamanie nerwowe. Każdy ma jakąś granicę wytrzymałości.

Co w takim razie z Wicca Eklektycznym? To bardziej luźna religia. Jednak tutaj też można znaleźć wielu ludzi, którzy nie chcą uczyć nastolatków (z osobami przechodzącymi kryzys bywa różnie). Jest kilka powodów. Po pierwsze, granica prawna (rodzice mają prawo wychowywać swoje dziecko w swojej religii). Po drugie, granica prawna (nikt nie chce zostać oskarżony o molestowanie nieletnich, a są tacy, którzy tylko czyhają, żeby kogoś uziemić). Po trzecie, nastolatki mają do religii (i nie tylko) podejście specyficzne. Wywołuje ono pewne problemy.

Otóż w stosunku do religii mało popularnej (jaką jest Wicca), zwykli ludzie zazwyczaj stosują następującą strategię. Jeśli ktoś, kto zrobił coś głupiego/złego miał jednocześnie cokolwiek wspólnego z religią niepopularną, to zrobił to na pewno przez tą religię. Oprócz tego, jeśli kilka pierwszych osób spotkanych z tej religii było głupich, to na pewno wszyscy inni też tacy są i religii tej nie trzeba traktować poważnie.

Niestety, nastolatki przeważnie traktują Wicca trochę jednostronnie, m.in. jako coś, co pomoże im się poczuć wyjątkowymi i podreperować trochę chwiejne w tym okresie poczucie własnej wartości. W związku z tym mogą reprezentować tą religię w formie spłyconej i (dla dorosłych) śmiesznej (bo zawsze się komuś wydają problemy śmieszne po tym, jak już przez nie przeszedł). Dodatkowo, jeszcze nie widziałam, żeby do nastolatka dotarł argument „zrozumiesz, jak dorośniesz” albo „widzisz to zbyt jednostronnie, z wiekiem twoje spojrzenie dojrzeje”, które niestety bywają w takich przypadkach prawdziwe, wiem po sobie.

W związku z dwoma powyższymi faktami naturalnym odruchem Wiccan jest nałożenie ograniczenia wiekowego, żeby tylko zwariowane dzieciaki nie narobiły im złej reputacji. Co, jak widać po internecie (również polskim) nie skutkuje. Jeśli ktoś będzie się chciał nazwać Wiccaninem, to to zrobi, mając w dupie całą resztę populacji, dobre wychowanie, uczciwość, logikę i inne rzeczy.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak dla mnie, odruch „chronienia Wicca przed nastolatkami” jest zupełnie niewłaściwy. Skoro ludzie (na przykład nastolatki) tak bardzo pragną Wicca, że pomimo próśb i zakazów sobie je biorą, to znaczy że… Sherlocku… TEŻ MAJĄ POTRZEBY DUCHOWE (i psychologiczne). Człowiek w kryzysie potrzebuje wsparcia religii. Człowiek głodny, który nie może zarobić na jedzenie, kradnie je, bo nie potrafi się bez niego obyć. Proste.

Wniosek: zamiast zabraniać, powinno się młodym wyjść naprzód. Stworzyć „pierwszy krąg Wicca”, religię, która być może nie jest tak „głęboka” jak wersja dla ludzi lubiących nazywać się dojrzałymi, ale która odpowie na „śmieszne” potrzeby nastolatków. Jak sobie poradzić w grupie rówieśników, która próbuje sobie podporządkować jednostkę? Jak przetrwać walkę z rodzicami? Jak kształtować własny system wartości? Jak zapewnić sobie wsparcie duchowe od jedynych osób, na których można z pewnością polegać – Bogów?

Katolicy mają rekolekcje i lekcje religii. Mają też grupy wsparcia dla ludzi przechodzących kryzys. To dlaczego Wicca tego nie może mieć?

Ano, nie ma kto tego zrobić, oprócz samych nastolatków. Bo niestety Wicca w Polsce składa się głównie z nastolatków. I to jest problem.

To tyle marudzenia na dzisiaj.

[Dodane osiem godzin później]

Ale przez Wicca dla nastolatków nie mam na myśli przeżutej i wyplutej komercyjnej magii, która obecnie powtarza się we wszystkich książkach zatytułowanych „dla nastolatków” (w szczególności pani Silver Ravenwolf) i powtarzana jest na wielu stronach, ani spłyconej wersji oryginału („chodzi o to, żeby czcić boginię i boga, wybierz sobie z leksykonu na końcu książeczki takich, jacy ci się podobają, nieważne z jakiej kultury są. Aha, i pamiętaj że nigdy nie robimy nic złego, żeby się to nie wróciło trzy razy!! NA PEWNO OBERWIESZ!!”).

Ludzie są inteligentni… nastolatki też… zasługują na coś lepszego, niż to gówno.

Komentarze archiwalne

Nice, jedyna uwaga co do „glupich doroslych” wydaje mi sie ze chodzilo ci tutaj o to ze dorosli tez moga byc niepozbierani emocjonalnie i rozumiec religie bardzo plytko. A co do nastolatkow… to uwazam ze tworzenie splyconej religii tylko irytuje takiego czlowieka, sama swiadomosc ze ucza mnie „okrojonej wersji religii” tylko dlatego ze nie mam 21 lat jest dla nastolatka bardzo irytujaca ( z tego co pamietam ze swych doswiadczen :). Jak dla mnie poprostu potrzebny jest tutor, nauczyciel ktory bedzie wprowadzal powoli w tajniki religii upewniajac sie ze nie bedzie podawal nastepnych faktow zanim poprzednie nie zostana odpowiednio przetrawione. No ale do tego potrzebny jest nauczyciel, a najlepiej coven…

– Ktokolwiek (3 wrzesień 2004)


Mam 15 lat, i wclae nie mam niskiego poczucia wartosci, wrecz przeciwinie jestem pewna siebie.Nie robcie ze wszytskich nastolatek bezmozgowcow. Nie nazywam sie Wiccanka bo jeszcze nia nie jestem, dopiero ja poznaje i ucze sie. Traktuje sprawe religii a wiec i Wiccy powaznie.Cztuje ksiazki odwiedzam sprawdzone strony internetowe. Nie chce zostac Wiccanka dlatego zeby moc sie chwalic ze jestem czarownica. To glupie..Wicca jest czyms wiecej niz tylko rytualami i rzucaniem urokow. Owszem nauczyciel by sie przydal…ale coz, wy „dorosli” wiedzcie ze nie wszytskei nastolatki nazywaja sie Wiccanamiz kaprysu.

– Mala (3 październik 2004)


tu kompletnie NIC nie zalezy od wieku!

wbasq (16 luty 2005)

Dzisiaj będzie kilka linków, które mi wpadły w oko.

  • The Moon and Methaphysics – ktoś się zastanowił nad wpływem Księżyca na swoje życie i opracował całkiem ciekawe ćwiczenie na zgranie się z jego pływami. Radzę zajrzeć.
  • On The Shores, I Heard Her Voice – co można usłyszeć od Bogini, kiedy wsłucha się w naturę. Poruszające.
  • Do the Gods Take American Express? – czy religię można sprzedać? Bardzo ciekawy artykuł o kontrowersyjnych praktykach płatnych kursów Wicca (i innych powiązanych rzeczy). Uwaga: pisany z punktu widzenia, że Wicca to to samo, co Tradycyjne Wicca. (cytat: „Wicca is an initiatory mystery religion. This means you need to be trained in it and initiated by someone who is already a part of Wicca.”)

To chyba tyle. Witamy w nowym roku szkolnym.