Ostatnio przekonuję się do pisania dziennika (takiego zwykłego, na papierze) i wpadł mi w związku z tym pewien pomysł. Otóż dziennik taki wykorzystuje się czasem do zapisania wszystkich swoich problemów, które aktualnie człowieka dręczą, i w ten sposób rozładowuje się stres bez marudzenia nad uchem postronnej osobie (która w końcu może mieć tego dość). Po prostu się pisze, pisze, pisze, dopóki człowiek nie czuje, że całkowicie wyczerpał tematu i się wygadał.
Z drugiej strony często mi się zdarza przed rytuałem, że coś mi się przypomina i zaczyna mnie gryźć (albo wpadam na pomysł i chcę go zapamiętać). Teoretycznie powinnam się tego pozbyć, a potem zacząć o tym myśleć po rytuale, ale często mam tak, że jak o czymś zapomnę, to przepada. Pół biedy, jeśli to był pomysł. Gorzej, jeśli to była godzina umówionego spotkania…
Dla wszystkich, którzy mają ten sam problem, proponuję mały dzienniczek przed-i-w-trakcie-rytualny. W ramach wstępnego oczyszczenia spisuje się przed rytuałem wszystkie rzeczy, które człowieka męczą lub o których musi pamiętać, a następnie albo zostawia się go poza obrębem kręgu, razem z zegarkiem, wyłączoną komórką itp., albo bierze ze sobą (jeśli zdarza się tak, że danej osobie przychodzą do głowy pomysły w kręgu i chce je móc spisać).
(Za wskazanie tematu pisania dziennika dziękuję -abyss–)











Komentarze (0)
RSS komentarzy do tego wpisu