Przemyślenia o Dniu Świec

Przemyślenia o znaczeniu święta

Wiosna w tym roku przyszła niespodziewanie wcześnie. Może to ocieplenie klimatu, może halny. Tak czy tak, kiedy tylko nadszedł Dzień Świec, łachy brudnego śniegu błyskawicznie zniknęły. Wystarczyła jedna noc. Jednego dnia świat był biało-szary, a już drugiego brunatny. Ziemia wciąż jeszcze jest goła, ale ptaków pojawiło się już mnóstwo. Kosy, drozdy, wróble, gołębie, wszystkie wydzierają się na całe gardło. Powietrze pachnie inaczej, tak jakoś słodko. Ziemia powoli się budzi.

Dzień Świec jest bowiem dniem przebudzenia. Być może życie rodzi się na nowo w Yule, ale dopiero dziś temu ślepemu szczeniakowi otwierają się oczy. Wyrusza nieporadnie na pierwszy spacer i rozgląda się ciekawie, poznając cały świat (a może przypominając go sobie i poznając na nowo?).

Ale z przebudzeniem wiąże się coś jeszcze. Żeby móc postawić ten pierwszy krok, trzeba najpierw wygrzebać się spod zimowych koców. Aby ziemia mogła na nowo rozkwitnąć, musi zniknąć pokrywający ją śnieg. Innymi słowy, Dzień Świec jest również dniem oczyszczenia ze starych, niepotrzebnych już rzeczy. Odrzuceniem tego, co przeszkadza nam w przebudzeniu się. Usunięciem starego, by dać miejsce na nowy wzrost.

Czasem taki krok może się wydawać zbyt nagły, pochopny, czasem wręcz przerażający czy lekkomyślny. Po co ściągać z siebie kołdrę, przecież jest pod nią tak ciepło i wygodnie? Po co pozwalać dziecku (albo samemu sobie) odejść z domu rodzinnego, w którym jest tak bezpiecznie? Myśląc tak, nie dostrzegamy jednej, bardzo ważnej rzeczy. Śnieg, który za długo leży na polach, skuwa je brudną, twardą skorupą. Dopóki nie zejdzie, dopóty nic się przez niego nie przebije. Innymi słowy, to, co się nam wydaje znane i bezpieczne, po pewnym czasie, jeśli nie będziemy umieli się bez tego obyć, stanie się naszym więzieniem, ograniczeniem. Zacznie nas dusić.

Kiedy ktoś chce zaprosić tą wspaniałą osobę na randkę, zgłosić się jako kandydat do nowej pracy, albo wcielić w życie swoje marzenie, ale paraliżuje go wstyd, obawa przed niepowodzeniem czy kompleksy, potrzebuje tego ognia, który się właśnie budzi, iskry, co roztopi pętające go lodowate ograniczenia. Płomień Dnia Świec to nie tylko objawienie i zrozumienie, ale również odwaga i oczyszczenie. Z tego właśnie powodu jest on, jako moment, w którym zrzuca się starą skórę i zaczyna widzieć świat w nowy sposób, często wybierany jako dzień inicjacji bądź potwierdzenia swojego poświęcenia danej ścieżce.

Nie chodzi mi tu jednak o inicjację w sensie zmiany pozycji społecznej czy też wstąpienia w szeregi jakiegoś stowarzyszenia czy religii. Mówię o inicjacji w misteria życia. Misteria to coś, czego nie da się w pełni wyrazić słowami tak, żeby inni poczuli, o co ci chodzi. To nowa rzecz, którą postrzegamy w świecie. Za każdym razem, kiedy doświadczasz nagłego „Aha!”, kiedy dostrzegasz i pojmujesz istotę sprawy, która wcześniej była dla ciebie niezauważalna bądź niezrozumiała – przechodzisz inicjację. A to, czego rozumienie właśnie zyskujesz, jest misterium. Inicjacja to gwałtowna zmiana sposobu postrzegania świata (choćby w jednym, małym punkcie).

Każdą taką inicjację trzeba bardzo sobie cenić i świętować. Nie da się nią raczej podzielić z innymi. Prawdopodobnie cokolwiek nie powiesz, przemieni się to w uszach innych albo w powtarzanie prawd oczywistych i dawno im już znanych, albo w coś kompletnie obcego i niezrozumiałego. Nie spodziewaj się więc, że inni docenią wagę, jaką ma dla ciebie twoja inicjacja. Nawet bliskie ci osoby mogą mieć z tym poważny kłopot, bo po prostu nie czują tego co ty. (Dokładnie tak samo ktoś, kto nie jest zakochany w tej samej osobie co ty, nie jest w stanie do końca zrozumieć, co takiego w niej widzisz).

Mimo wszystko spróbuję jednak poniżej napisać o czymś, co wreszcie przyswoiłam w tym roku, a uważam to za rozwiązanie dość powszechnie występującego problemu. Impulsem, który to sprawił, było dla mnie jedno zdanie, które gdzieś przeczytałam. Być może to, co napiszę, przyda się komuś na podobnej zasadzie… Otóż…

…co zobaczyłam w tegoroczny Dzień Świec

Trzeba również spojrzeć na drugą stronę medalu. Próby nadmiernego oczyszczenia. Wielu z nas wpojono wieczne poczucie winy i wstrętu do samych siebie. Jeśli patrzysz się na siebie i stwierdzasz „No tak, wszystko, albo przynajmniej większość, do wyrzucenia!”, jeśli po popełnieniu błędu stwierdzasz, że jesteś beznadziejny, jeśli większość swoich zachowań potępiasz – to to nie jest zdrowe. Krytykowanie samego siebie to nic mądrego.

Że co, że tylko dzięki temu, że ktoś ich krytykuje, ludzie starają się być lepsi? A jak siebie nie będziemy krytykować to świat się niby zawali, bo staniemy się nadęci i wywyższający nad innych, całkowicie zapominając o tym, że my też mamy swoje wady? Gówno prawda, że się tak brzydko wyrażę (ale te twierdzenia w pełni zasługują na takie określenie). Można być
świadomym, że nie jest się istotą doskonałą i że popełnia się błędy, akceptować ten stan rzeczy i nie wymagać od siebie doskonałości. Można się cieszyć z siebie właśnie w chwili, kiedy właśnie popełniło się błąd. A jak?

Widzisz… próbujesz robić wszystko, co w swojej mocy, żeby sobie z czymś poradzić. Tak? Pewnie tak. No więc… niespodzianka… to już jest wystarczająco. Jest dobrze. Jeśli pomimo wszelkich wysiłków ci się nie udało, to nie ma znaczenia, bo wiadomo, że nie zawsze się udaje, taki jest naturalny stan świata i to jest w porządku. Ważne jest, żebyś był(a) świadoma, że dajesz z siebie wszystko, co w danej chwili możesz, i z tego właśnie był(a) zadowolony/a.

Nie to się liczy, czy zdasz test za pierwszym razem, ale to, że jesteś w porządku pod względem moralnym. W tym wypadku – że nie traktujesz siebie, testu, czy czegokolwiek, na zasadzie „na odwal się”, że poświęcasz im tyle siły, na ile cię w danym momencie stać. (Również wtedy, kiedy poświęcasz jej niewiele, bo uznajesz, że inne rzeczy są ważniejsze!) W ten sposób zawsze rozwijasz się dokładnie o tyle, o ile możesz, i nie masz najmniejszego powodu do poczucia winy.

Nie oceniaj się według swojego poziomu umiejętności, siły fizycznej, wyglądu… rzeczy, które są tak naprawdę niezależne od ciebie. Od ciebie zależy jedynie, jak wykorzystasz to, co już masz (nawet, jeśli jest tego niewiele): czy będziesz dobrym człowiekiem. A dobry człowiek to ten, który stara się być w porządku wobec siebie (m.in. stara się dbać o siebie, szanować siebie i lubić – na tyle, na ile w danej chwili może) oraz wobec innych (a to już jest temat na osobny artykuł), i który jest wierny sobie – trzyma się swojej hierarchii ważności w sposób odpowiedzialny, nawet, jeśli otoczenie jest innego zdania.

A jeśli stwierdzisz, że jednak mimo wszystko coś zawaliłeś, że olałeś sprawę, że naprawdę mogłeś lepiej, ale jakoś ci się nie chciało, to też nie jest powód, żeby zaczynać litanię wstrętu do siebie. Stało się. Ludziom zdarza się mylić, bumelować, olewać. Następnym razem postarasz się tego nie zrobić. Słowem kluczowym jest: staranie się. Każde przyrzeczenie, które mówi „zawsze tak będę robić”, albo „nigdy tak nie będę robić” jest fałszywe. Można się tylko starać. Bo jesteśmy ludźmi. Tylko ludźmi. Aż ludźmi.

To jest właśnie to, co zobaczyłam w ten Dzień Świec.

Teksty inspirujące

Noc płonących białych świec
ciemność stała się światłem
„wszystko, czego ona dotknie,
zmienia się”
uczta rosnących płomieni
ognia serca i domu
ognia umysłu
migotanie iskry
ożywienie powietrza
rozgrzewająca się i inspirująca
roztapiająca w swej niewinności
śnieg w pożądanie
„ona świeci dla nas wszystkich
i płonie wewnątrz nas”
gorąco życia w spirali
„ona świeci w nas wszystkich
i płonie wewnątrz nas”
ognie twórczości
„ona świeci w nas wszystkich
i pali nas od wewnątrz”
potrzebuje przebudzenia, powstania
„ona świeci dla nas wszystkich
i płonie wewnątrz nas”
jej świeca jest naszym jedynym źródłem.

„Noc płonących białych świec” to przetłumaczony wiersz z książki „Casting the Circle” Diane Stein. Cytaty w tym wierszu Stein zaczerpnęła z pieśni ułożonych przez Starhawk.

Bogini,
napełnij mnie światłem,
które ujawnia lód;
napełnij mnie ogniem,
który lód roztapia;
napełnij mnie blaskiem,
który oświeci mnie w mej kryjówce,
a wyjdę z niej radować się pięknem
świata i samej siebie.

Daj mi odwagę,
bym zmieniała rzeczy,
które mogę zmienić.
Daj mi cierpliwość,
bym doceniała rzeczy,
których zmienić nie mogę.
I obdaruj mnie mądrością,
żeby mi się jedno z drugim nie popieprzyło! :)

„Bogini, napełnij mnie światłem” to adaptacja dwóch elementów: modlitwy z książki „Be a Goddess” Franceski de Grandis oraz popularnego powiedzenia.

Zapisz w serwisie społecznym: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Gwar
  • Ma.gnolia
  • Wykop