Przemyślenia o Dniu Świec

Miałam strasznie duże kłopoty, żeby znaleźć odpowiedni do tego artykułu cytat. W końcu się poddałam. Chyba nie istnieje taki fragment. Najlepszym stwierdzeniem, które mogę wymyślić, a które oddaje choć trochę nastrój Dnia Świec, jest:

- O!

Dzień Świec rozpoczyna okres powolnego wyrywania się z kokonu. Powoli człowiek budzi się z miłego, ciepłego, niespiesznego zawieszenia. To uczucie podobne do tego, kiedy leniwie przeciągam się rano w łóżku i stwierdzam ze zdumieniem, że słońce zagląda mi w twarz; zupełnie już o nim zapomniałam przez noc/zimę, ale okazuje się, że ono o mnie nie zapomniało i
wróciło.

Rozgląda się więc skołowany człowiek dookoła, i nagle okazuje się, że każda rzecz ma nową barwę, odzywa się swoim głosem. Poznaje się wtedy świat na nowo. Wielość doświadczeń czasem aż przytłacza, nie wiadomo, na czym się skupić. Wszystko wywołuje podobną reakcję zdumienia: O!

Do głowy przychodzą również coraz to nowe pomysły; często ciężko je pogodzić. Każdy obiecuje, że rozwinie się w coś niezwykle interesującego. Nie dotyczą już jednak pytania „kim/jaki(a) jestem”; teraz odpowiadają na pytania „co to jest świat?” i „jaka jest następna interesująca rzecz, którą teraz mogę zrobić?”.

Właśnie – najbardziej, jak dla mnie, charakterystyczną cechą Dnia Świec jest to, że przenosi on uwagę człowieka z niego samego na otoczenie, aż do momentu, gdy to otoczenie jest w stanie całkowicie go zająć. Przypomina to małe dziecko, które po raz pierwszy odkrywa swoją rękę, czerwoność i twardość grzechotki, zawroty głowy po bujaniu się na huśtawce i dziką radość biegu.

Idziesz sobie, na przykład, wieczorem, i nagle zauważasz, że na niebie wisi ogromny, okrągły księżyc. Wracasz do domu, czekasz aż pokaże się w oknie i możesz tak patrzeć na niego… godzinę? Dwie? W sumie to już nie ma znaczenia.

Albo inaczej: idziesz sobie pod zwieszonymi gałęziami drzew, które jeszcze są gołe i trochę przykryte burym śniegiem, i nagle uświadamiasz sobie, że one żyją. Mają coś takiego w sobie, coś, co cię porusza gdzieś w środku. One promieniują tym ukrytym życiem.

Im bliżej Ostara, tym bardziej daje się to wyczuć. Ziemia jest na przemian zabłocona i bagnista, to znowu sucha; zieleni nie ma jeszcze ani na lekarstwo, jeśli nie liczyć zdechłej trawy, która ledwie przeżyła zimę. No i przebiśniegów. A jednak… idąc pod drzewami, idąc wzdłuż żywopłotu, coraz wyraźniej ma się to wrażenie. Po prostu wrażenie. W sumie jest ono nie do opisania. Coś takiego czułyby chyba mijające się magnesy, gdyby czuły. Tak, jakby w tym czasie z każdą istotą gdzieś głęboko działo się to samo.

- Ty… też?
- Tak… ja… też…

To dopiero ciche, potajemne porozumienie – wiem, co czujesz, rozumiem cię – nie triumfalny krzyk życia, który pojawi się po Ostara. Niemniej jednak jest to wrażenie niesamowite. Atmosfera gęstnieje. W powietrzu wisi potencjał. Gdzieś w środku wszystkiego jarzy się ten sam płomień – tętni to samo serce – i można go słuchać godzinami.

W Dzień Świec zapaliła się Świeca Życia.

Zapisz w serwisie społecznym: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Gwar
  • Ma.gnolia
  • Wykop