Język, narodowość, tożsamość

O czym myślicie, kiedy od dzieciństwa uczycie się angielskiego? (Anglicy mówią mi z podziwem, że sami nigdy by się tak płynnie nie nauczyli mówić obcym językiem.) Kiedy cała prawie literatura interesującego was przedmiotu to tłumaczenia z angielskiego? O czym myślicie, kiedy w polskich książkach roi się od anglicyzmów, a za granicą zapożyczono od nas „kiełbasa” i „pierogi”?

O czym myślicie kiedy przeglądacie żurnale mody z Londynu i Paryża? O czym, kiedy u eksperta czytacie, że Anglicy mają naturalne wyczucie mody, a w Polsce, no cóż, białe skarpetki do czarnego garnituru? Kiedy na zjazdach fantastów na całym świecie naśladuje się dziewiętnastowieczne ubiory z Anglii, kiedy Szkoci z dumą obnoszą tartany, a w Polsce stroje ludowe wiszą w Cepelii?

O czym myślicie, kiedy na co drugiej ulicy stoi kościół rzymskokatolicki, ambasada Watykanu, której personel ewidentnie nie podlega prawu państwa, na którego ziemiach się znajduje? A kiedy przeglądacie fora neopoganskie, na których najpopularniejsze formy religijności to angielskie Wicca i druidyzm, oraz nordyckie Asatru? Na których popularne przydomki pochodzą z mitologii nordyckiej i celtyckiej, a o Twardowskim, Wandzie, Libuszy zapomniał świat? Kiedy każdy starszy poganin i poganka wzdychają na wspomnienie serialu BBC „Robin Hood”, a o „Janosiku” słuch zaginął?

Poniżej cytat z powieści Mike’a Resnicka „Kirinyaga”. Narrator, Koriba, jest przywódcą grupki ludzi, którzy na sterraformowanej planecie Kirinyaga postanowili założyć utopię, odtwarzając dawny sposób życia Kenijczyków (Kikuyu). Kolejne opowiadania mówią o tym, jak w zetknięciu z dobrami zachodniej cywilizacji po raz kolejny stare zwyczaje i przesądy się kruszą. Koriba odchodzi z Kirinyagi, by zamieszkać na Ziemi ze swoim synem. Odbywa z nim taką oto rozmowę:

Późnym popołudniem wszedłem do gabinetu syna.
- Jeden ze służących powiedział, że chcesz się ze mną zobaczyć – powiedziałem.
- Zgadza się – odrzekł mój syn odrywając wzrok od komputera. Na ścianie za nim wisiały portrety dwóch wielkich przywódców, Martina Luthera Kinga i Juliusa Nyerere, dwóch czarnych mężczyzn, lecz żaden z nich nie był Kikuyu. – Proszę, usiądź.
Spełniłem jego prośbę.
- Na krześle, ojcze – powiedział.
- Podłoga mi wystarczy.
Westchnął głęboko. – Jestem zbyt zmęczony, by się z tobą spierać. Odświeżam znajomość francuskiego – skrzywił się. – To trudny język.
- Dlaczego uczysz się francuskiego? – spytałem.
- Jak wiesz, ambasador z Kamerunu kupił w enklawie dom. Pomyślałem, że korzystnie byłoby móc porozmawiać z nim w jego własnym języku.
- Chodzi ci o bamileke lub ewondo, nie francuski – zauważyłem.
- On nie zna tych języków – odparł Edward. – Jego rodzina pochodzi z klasy rządzącej. W jego rodzinnym terenie mówią wyłącznie po francusku, a edukację odebrał w Paryżu.
- Skoro jest ambasadorem w naszym kraju, to dlaczego ty uczysz się jego języka? – spytałem. – Dlaczego to nie on uczy się swahili?
- Swahili to język ulicy – odrzekł mój syn. – Językami dyplomacji i interesów są angielski i francuski. Ambasador słabo mówi po angielsku, więc zamiast tego porozmawiam z nim po francusku. – Tu uśmiechnął się z zadowoleniem. – To dopiero zrobi na nim wrażenie!
- Rozumiem – powiedziałem.
- Wyglądasz, jakbyś tego nie pochwalał – zauważył.
- Nie wstydzę się bycia Kikuyu – powiedziałem. – Dlaczego ty wstydzisz się, że jesteś Kenijczykiem?
- Niczego się nie wstydzę! – krzyknął. – Jestem dumny z tego, że mogę z nim rozmawiać w jego własnym języku.
- Jesteś z tego bardziej dumny niż on, gość w Kenii, jest dumny z tego, że może rozmawiać do ciebie w twoim języku – zauważyłem.
- Nic nie rozumiesz! – powiedział.
- Najwyraźniej – zgodziłem się.
Wlepiał we mnie na chwilę wzrok, milcząc, a potem głęboko westchnął.
- Doprowadzasz mnie do szału – powiedział. – Nie wiem nawet dlaczego o tym rozmawiamy. Chciałem się z tobą zobaczyć z innego powodu.
Zapalił bezdymny papieros, zaciągnął się raz i wrzucił go do spalarki.
- Dziś rano odwiedził mnie ojciec Ngoma.
- Nie znam go.
- Znasz jednak jego parafian – powiedział mój syn. – Przychodzą do ciebie po porady.
- To możliwe – przyznałem.
- Jasna cholera! – powiedział Edward. – Muszę mieszkać w tej okolicy, a on jest księdzem tej parafii. Gniewa się na to, że mówisz jego trzodzie jak mają żyć, zwłaszcza, że to co im mówisz jest sprzeczne z katolickimi dogmatami.
- Czy mam zatem ich okłamywać? – spytałem.
- Czy nie możesz po prostu powiedzieć im, żeby zwrócili się do ojca Ngoma?
- Jestem mundumugu – odparłem. – Do moich obowiązków należy doradzanie tym, którzy przychodzą do mnie po wskazówki.
- Nie jesteś mundumugu od kiedy zmusili cię do odejścia z Kirinyagi! – powiedział poirytowany.
- Odszedłem z własnej woli – odrzekłem spokojnie.
- Znów schodzimy z tematu – powiedział Edward. – Słuchaj, jeśli chcesz kontynuować interes jako mundumugu, wynajmę ci biuro, albo, – dodał z pogardą,- kupię ci kawał gruntu, na którym będziesz sobie mógł usiąść i wygłaszać orzeczenia. Nie możesz praktykować w moim domu.
- Parafianiom ojca Ngomy musi się nie podobać to, co ojciec ma im do powiedzenia, – zauważyłem, – bo inaczej nie szukaliby pomocy u kogoś innego.
- Nie życzę sobie, żebyś z nimi więcej rozmawiał. Czy to jasne?
- Tak – odparłem. – Jasne jest, że nie chcesz, bym więcej z nim rozmawiał.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli! – wybuchnął. – Koniec gierek słownych! Może działały na Kirinyadze, ale tutaj nie będą! Za dobrze cię znam!
Wrócił wzrokiem do komputera.
- To niezwykle interesujące – powiedziałem.
- Co takiego? – spytał podejrzliwie i utkwił we mnie wzrok.
- Siedzisz sobie otoczony anglojęzycznymi książkami, uczysz się francuskiego, a w dyskusji bierzesz stronę kapłana włoskiej religii. Nie tylko nie jesteś Kikuyu, myślę że przestałeś nawet być Kenijczykiem.
Spojrzał na mnie sponad biurka ze złością. – Doprowadzasz mnie do szału – powtórzył.

(Tłumaczenie moje).

Tak brzmi jeden z najbardziej znanych koanów, paradoksalnych zagadek z tradycji Zen. Krążą o nim żarty, pojawiają się trawestacje. Nie znam jednak ostatecznej odpowiedzi na to pytanie. Może dlatego, że tak naprawdę nie jest ona interesująca?

Nie oczekiwalibyśmy niczego ekscytującego po odpowiedzi na pytanie: „Jeśli pociąg przyspiesza z prędkością x metrów na sekundę, to z jaką prędkością będzie jechał po y kilometrach?” Najbardziej interesujący jest proces odpowiedzi na to pytanie. Służy ono uczniom do gimnastyki umysłu, rozwijania umiejętności matematycznych. Podobnie, jak mi się wydaje, jest z koanami. Stanowią ćwiczenia gimnastyczne dla mózgu, kształtując proces myślowy ucznia w sposób, który odpowiada naukom buddyzmu.

Pokuszę się wreszcie o interpretację i odpowiedź na postawione w tytule pytanie. Jedną dłonią nie da się klaskać. Do tego, by zaistniał dźwięk, potrzebne są dwie dłonie. Jest to zgodne z buddyjskim twierdzenie, zgodnie z którym nie mamy własnego „ja” czy też własnej natury, a istniejemy wyłącznie w relacji i w zależności od innych.

Na koniec dodam małe zastrzeżenie: moja wiedza o buddyzmie jest fragmentaryczna. Powyższy wpis zawiera moje prywatne przemyślenia, które mogą się nijak mieć do doktryny buddyzmu Zen i buddyzmu w ogóle.

Zapraszam na fotoblog

Wszystkich wiernych czytelników (i nowych gości) zapewniam, że blog nie został porzucony. Pracuję po prostu na pełen etat i jednocześnie chodzę na dwa kursy. W związku z tym niewiele czasu zostało mi na inne czynności życiowe, nie mówiąc już o luksusach w rodzaju pisania bloga. Dla relaksu chodzę na spacery z aparatem i podglądam okoliczną naturę. Rezultaty tychże wycieczek postanowiłam ku uciesze zaniedbanych czytelników opublikować – i stąd nowy (foto)blog: Observe, na którego chwilowo przenoszę działalność. Zapraszam!

Kuchnia naprawdę nie wiem jaka, 4-6 porcji (raczej 4).

Czytaj dalej »

Kuchnia wegetariańska, wygląda na coś indyjskiego chyba. Proporcje dla 4 osób.

Czytaj dalej »

Komentarze chwilowo zamknięte

Stali bywalcy bloga mogą z niepokojem zauważyć, że znikła opcja komentowania-bez-zalogowania. Niestety uparł się na mnie jakiś spam-bot, a ja nie mam czasu skonfigurować wtyczki kasującej spam. Komentarze powinny wrócić w weekend.

Druga zajawka

Uprzejmie informuję, że nowa strona dalej „się pisze”, a na bloga nie wstawiam nic z tego przykrego powodu, że mam problemy z siecią. Okazuje się, że Wielka Brytania też ma „swoje TPSa”. Nie zwlekając więc wstawiam drugą zajawkę, zanim mi się łącze znowu skopie.

Druga zajawka strony „Którędy na sabat?”


Zajawka nowej strony

Powolutku skrobię sobie nową stronę, a Żaku, jak widać, bawi się oprogramowaniem do efektów specjalnych:

Zajawka strony „Którędy na sabat?”


Kuchnia meksykańska. Proporcje dla 4 osób.

Czytaj dalej »

Kuchnia indyjska/wegetariańska. Proporcje dla 4 osób.

Czytaj dalej »

« Późniejsze wpisy